Co łączy starą aferę Telegrafu z ujawnioną ostatnio aferą Srebrna Tower?

Przede wszystkim postać szefa partii, wtedy PC, dziś PiS, Jarosława Kaczyńskiego. Ale także mechanizm działania: „podpieranie się” kredytem z państwowych banków, wykorzystywanie wpływów politycznych w biznesie, który ma wzbogacić partię i zapewnić synekury jej zaufanym ludziom, na wypadek gdyby w polityce powinęła im się noga.
Przypomnijmy: spółka Telegraf powstała w 1990 r. W jej radzie nadzorczej zasiedli: obaj bracia Kaczyńscy, Maciej Zalewski, Andrzej Urbański, Krzysztof Czabański. Miała zajmować się właściwie wszystkim: wydawaniem czasopisma „Telegraf”, budową stacji telewizyjnych, stacji benzynowych, centrów handlowych, usługami itd. Była to typowa spółka krzak z symbolicznym, śmiesznym kapitałem założycielskim 250 mln starych złotych (25 tys. PLN). A jednak w ciągu 10 miesięcy istnienia jej kapitał wzrósł do 50 mln PLN!

Zrzutka

Czy twórcy Telegrafu zawdzięczają to swoim talentom ekonomicznym? Czy zaczęli produkować jakiś rynkowy hit lub świadczyć usługi, dzięki którym byli rozchwytywani? Nic z tych rzeczy. Ich firemka wyspecjalizowała się w zdobywaniu pieniędzy. Kasę spółki zasilił m.in. państwowy Bank Przemysłowo-Handlowy (11 mld starych złotych kredytu), państwowy Kredyt Bank (15 mld), państwowy Bank Rozwoju Energetyki (18 mld), a centrala handlu zagranicznego Budimex, również państwowa, wykupiła udziały za 9 mld zł. Dorzuciły
się też przedsiębiorstwa prywatne: Pol-Kaufring, RDS Bankier, a przede wszystkim sławna wtedy Art-B, której twórcy Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski uchodzili za geniuszy przedsiębiorczości, by wkrótce stać się bohaterami najgłośniejszej afery lat 90. Poważne firmy wręcz pchały się, żeby powierzyć grube pieniądze grupce młodych polityków bez grosza przy duszy i doświadczenia biznesowego.
Dlaczego? Były to czasy kariery politycznej braci Kaczyńskich u boku Lecha Wałęsy: w latach 1990–1991 Jarosław był ministrem stanu, szefem Kancelarii Prezydenta, zaś Lech – także w randze ministra stanu – nieco krócej kierował prezydenckim Biurem Bezpieczeństwa Narodowego. Wylecieli stamtąd po konflikcie z prezydentem Wałęsą i szefem jego gabinetu Mieczysławem Wachowskim, ale zanim to nastąpiło, zrobili wiele dla zbudowania pozycji swojej partii, Porozumienia Centrum, i jej zaplecza finansowego. Politycy PC weszli w skład dwóch rządów – Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego. To à propos pisowskiej legendy, że prawie zawsze rządzili jacyś inni, prawie nigdy oni, i że za całe zło III RP odpowiadają wrogowie braci Kaczyńskich.
W marcu 1991 r. ówczesny minister budownictwa, Adam Glapiński z PC, podpisał list intencyjny między spółką Telegraf a włoską firmą Itelco, która podjęła się za pożyczone we włoskich bankach 80 mln dolarów zbudować w Polsce siedem stacji telewizyjnych; w uzyskaniu kredytu miał pomóc polski rząd. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, ale cała operacja na kilometr trąci patologią: minister budownictwa patronuje prywatnemu biznesowi kolegów partyjnych, w dodatku biznesowi z innej branży niż jego resort?… W rozmowie z Witoldem Gadomskim z „Gazety Wyborczej” Glapiński zaprzecza, by miał związki z Telegrafem: „To robili ludzie ze skrzydła związkowego (PC miało dwa skrzydła, związkowe i liberalne – przyp. D.W.), z którym byłem poróżniony. List intencyjny nie miał żadnego znaczenia. To były czasy, gdy rodziły się rozmaite dziwne pomysły, które nie były kontynuowane”.
Polski kapitalizm dopiero raczkował, kadra kierownicza miała nawyki z PRL: wszystko można załatwić przez znajomości. A znajomość z ministrem czy jego kolegą musiała być wyjątkowo cenna. Nie da się oczywiście wykluczyć, że wszyscy ci kredytodawcy i inni sponsorzy naprawdę wierzyli, że Telegraf rozwinie skrzydła i pomnoży kapitał, uczciwie dzieląc się z nimi zyskami. W okresie transformacji ustrojowej urzędnikom wychowanym w innym świecie nie mieściło się w głowie, że ludzie z pierwszych stron gazet mogą zachować się jak oszuści i ordynarnie wyrolować partnerów.
Owszem, krytyczne wobec ówczesnej władzy media huczały, że stojący za Telegrafem politycy wykorzystują swoje koneksje i stanowiska do – nazwijmy to po imieniu – wyłudzania kredytów. Bez szans na ich spłatę, bo spółka nie podjęła przecież żadnej konkretnej działalności. Według wielu komentatorów, miała służyć tylko finansowaniu partyjki PC. „Matki” PiS.

Za co siedział Zalewski

Wszystko to uszło „biznesmenom” na sucho, z jednym wyjątkiem: bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, zatrudniony w BBN, Maciej Zalewski, został oskarżony przez byłych właścicieli spółki Art-B, Bagsika i Gąsiorowskiego, że wymuszał na nich kasę dla Telegrafu oraz ostrzegł ich przed aresztowaniem, nie z dobrego serca bynajmniej, tylko po to, żeby skłonić ich do ucieczki z Polski i wyłgać się od spłaty pożyczek. Jak w końcu uznał sąd, Zalewski zażądał od szefów Art-B równowartości 1,7 mln zł w dolarach oraz 4 mln zł nieoprocentowanej pożyczki dla Telegrafu, obiecując, że będą mogli kupić akcje tej spółki. W efekcie Zalewski został skazany na 2,5 roku więzienia, z czego odsiedział rok i trzy miesiące. Co za traf – zwolniono go przedterminowo „za dobre sprawowanie” w 2006 r., pod rządami PiS.
Szefów Telegrafu podejrzewano o udział w aferze FOZZ i konszachty z jednym z jej bohaterów – Januszem Cliff-Pineiro. Parę lat temu Samoobrona pokazała na konferencji prasowej skrót 33-minutowego niewyemitowanego wywiadu TVP z Grzegorzem Żemkiem, prezesem FOZZ, ostatecznie skazanym na osiem lat więzienia. Żemek opowiada tam, jak ze środków FOZZ finansowany był Telegraf. „Wierutne bzdury” – tak to skomentował wierny druh prezesa Marek Suski.
Spółka upadła w niejasnych okolicznościach. Nie wiadomo, co się stało z milionami, których się dorobiła. Liderzy PC zawsze twierdzili, że nie było żadnej afery Telegrafu, a wszelkie zarzuty wobec jej patronów i szefów fabrykowali przeciwnicy polityczni. Swoją drogą, to wielka sztuka tak wychować sobie elektorat: nawet gdyby zobaczyli, że Kaczyński osobiście zadźgał nożem kobietę na ulicy, powiedzieliby, że na pewno go sprowokowała, a rozdmuchiwanie tej sprawy jest dziełem „totalnej opozycji”.

My, Srebrna

Od afery Telegrafu minęło blisko 30 lat. Wtedy młode wilczki z PC musiały zabiegać o kontakty biznesowe i obiecywać złote góry. Teraz prezes upaństwowionego banku Pekao SA, zawdzięczający tę fuchę nominacji partyjnej, jak chłopiec na posyłki spieszy na Nowogrodzką, żeby odebrać i wykonać instrukcje: dać Srebrnej kredyt w wysokości 1,3 mld zł.
Jarosław Kaczyński porósł w pierze, osiągnął pozycję faktycznego naczelnika państwa, idola ciemnego ludu. Żyje jak cesarz, wożony limuzyną, chroniony przez byłych komandosów, karmiony i obsługiwany. Wykorzystuje swoją pozycję do planowania przedsięwzięć, które mają zapewnić jego formacji przewagę finansową nad innymi, i to na długie lata. Nie dajmy się zwieść pisowskiej machinie propagandowej – ani zawodowy poseł, ani partia polityczna nie mogą prowadzić działalności gospodarczej. Tak stanowi prawo, którego PiS nie zdążyło zmienić. A jednak Kaczyński faktycznie kieruje spółką z wielkim majątkiem i obraca setkami milionów (na głośnych już nagraniach mówił „my” – my, spółka Srebrna, formalnie zarządzana przez figurantów!). Niczego tu nie zmienia fakt, że prezes PiS zasiada w radzie fundacji pod nazwą Instytut im. Lecha Kaczyńskiego, która jest głównym udziałowcem Srebrnej.
To wtedy, na starcie III RP, wykuwały się standardy, według których działają właściciele Polski.

Facebook Comments