Wbrew opinii, którą PiS na swój temat kreuje, partia ta jest nieczuła na potrzeby grup o słabszej pozycji materialnej. Programy socjalne – jej znak rozpoznawczy – są tylko narzędziem utrzymania władzy.

Co więcej, w DNA Prawa i Sprawiedliwości wbudowana jest niezdolność rozpoznania potrzeb dużych grup społecznych i nieumiejętność reagowania na sytuacje kryzysowe. Formacja Kaczyńskiego jest dobra tylko w rozdawaniu pieniędzy na własnych warunkach – w robieniu podarków, jak przedwyborczą trzynastą emeryturę określiła Beata Szydło („Wspaniała wiadomość, prezent od Jarosława Kaczyńskiego dla wszystkich emerytów”). Kiedy ktoś zaczyna się czegoś na serio domagać, gdy pojawia się groźba poważnego protestu, PiS się gubi.
Kompletnie nie potrafi prowadzić dialogu społecznego. Wiele sporów mogłoby – a nawet powinno: po to powstała Komisja Trójstronna, ostatnio przekształcona w Radę Dialogu Społecznego – być rozwiązywanych właśnie przez negocjacje w ramach tych instytucji. Skoro doszło do tak poważnego napięcia na linii rząd – nauczyciele, to znaczy, że zawiedli ludzie odpowiedzialni za wsłuchiwanie się w głos licznej i ważnej grupy zawodowej: wicepremier do spraw społecznych Szydło, minister pracy Rafalska. Nie wspominając już o minister edukacji, która działa na pedagogów (a przy okazji także na samorządowców i znaczną część rodziców) jak czerwona płachta na byka.

PiS przeciwko nowoczesnej edukacji

Nie ma racjonalnego uzasadnienia tej postawy. Gdyby premier Morawiecki na serio brał własne słowa o innowacyjnych start-upach, przemyśle „4.0”, milionie produkowanych nad Wisłą elektrycznych samochodów, Polsce jako potędze w produkcji zaawansowanych technologicznie promów itp., musiałby twardo stawiać na rozwój kapitału intelektualnego. Ktoś będzie musiał te wynalazki opracowywać, prowadzić badania, wymyślać nowe technologie. Nie da się tego zrobić bez dobrej szkoły. Na politechniki nie mogą iść niedouczone miernoty, bo nie doznają tam iluminacji i nie staną się z dnia na dzień Einsteinami. A dobrej szkoły nie będzie bez dobrych nauczycieli. Także: nauczycieli dobrze opłacanych. Na miejscu Morawieckiego podniósłbym pensje pedagogów, i to znacznie, już w dniu, kiedy ogłaszałbym Plan, czy też Strategię, Odpowiedzialnego Rozwoju (Czy wszyscy zapomnieli już o tych fantastycznych slajdach sprzed trzech lat? Niesłusznie, rozliczajmy rząd z tych pięknych zapowiedzi).
PiS tymczasem potraktowało 700-tysięczną armię nauczycieli jak wrogów. Od początku chaosu spowodowanego sposobem likwidacji gimnazjów ostentacyjnie ignorowało to środowisko. Nie oglądając się na nie, minister Zalewska wprowadziła też nowe podstawy programowe i programy nauczania, mające ukształtować nowego człowieka, nieufnego wobec świata, wierzącego w wielkość Lecha Kaczyńskiego i wyznającego kult „żołnierzy wyklętych”. To część planu stworzenia własnych elit IV RP (na uniwersytetach zajmuje się tym wicepremier Gowin).
Obecna władza konsekwentnie lekceważyła rosnące niezadowolenie z powodu relatywnie malejących uposażeń nauczycielskich. Wynagrodzenie wszystkich dookoła rosło, podnoszono płacę minimalną, wprowadzono minimalną płacę godzinową – a w oświacie podwyżek nie było przez cały okres globalnej koniunktury i związanej z nią pisowskiej prosperity. Do tego jeszcze części tego środowiska faktycznie pogorszyły się warunki pracy. Choćby tym, którzy po „reformie” mają kawałki etatu w kilku szkołach i dzień po dniu peregrynują po nich, aby uzbierać swą skromną pensję. Ogłaszając hucznie „piątkę Kaczyńskiego”, całkowicie pominięto pracowników oświaty, będących w tym czasie w sporze zbiorowym z rządem. Oliwy do ognia dolali politycy PiS serią lekceważących wypowiedzi: a to zachęcając osoby kształcące nasze dzieci do płodzenia własnych, aby dostać kolejne 500+, a to przekonując, że właściwie to nauczyciele zarabiają tyle co posłowie itd.

Byle tylko nie usiąść do stołu

No i się doigrali. Determinacja sięgnęła tego stopnia, że w przeprowadzonych niemal we wszystkich polskich szkołach referendach propozycję strajku w przeddzień kwietniowych egzaminów końcowych w wygaszanych gimnazjach i wydłużonych podstawówkach poparło 80–90 proc. nauczycieli. I to nie tylko członków ZNP, który stanął na czele tego protestu, lecz wszystkich zatrudnionych w edukacji. To ograniczyło pole manewru rządowi, który ewidentnie chciał załatwić sprawę dogadując się z zaprzyjaźnioną Solidarnością i zostawiając Sławomira Broniarza na lodzie. Przypomnijmy, że prorządowy syndykat skupia 70 tys. członków, a Związek Nauczycielstwa Polskiego trzy razy tyle. I wspólnie z nim akcję prowadzi trzecia duża centrala, Forum Związków Zawodowych.
Z punktu widzenia techniki negocjacyjnej protestujący wybrali dobry moment i zastosowali dobre narzędzia. Jeśli naprawdę chcesz coś uzyskać, żądaj tego wtedy, kiedy przeciwnik będzie miał związane ręce i uderzaj celnie. Groźba strajku po maturach i po wyborach spotkałaby się na Nowogrodzkiej co najwyżej ze wzruszeniem ramion.
Rząd, zamiast kluczyć, atakować publicznie ZNP, obrażać nauczycieli, próbować dzielić środowisko, mógł na poważnie usiąść do stołu rokowań. Postulowana podwyżka o 1 000 złotych to niemały koszt dla budżetu, ale cóż to jest, skoro właśnie się ogłosiło wydatki rzędu czterdziestu kilku – pięćdziesięciu kilku (im dokładniej eksperci liczą, tym bardziej ta kwota rośnie) miliardów rocznie? Zresztą wystarczyłoby na przykład zadeklarować nie 500, lecz 400 zł na każde dziecko; to w pełni zrekompensowałoby wzrost wynagrodzeń w wysokości żądanej przez ZNP. A przecież to inwestycja w podniesienie jakości edukacji tych dzieci. W ich lepszą przyszłość. Czy rodzice pozostaliby na to głusi?
Poza tym, można by się jeszcze targować. Na tym polegają negocjacje. Broniarz i inni są ludźmi rozsądnymi. Ich celem są trwałe gwarancje uczciwych warunków zatrudnienia, a nie robienie komuś wbrew.
Oczywiście upór władzy może brać się też z racjonalnych przesłanek. W lutym po raz pierwszy od dwóch lat budżet odnotował deficyt (800 mln zł). W czasie radosnego czerpania z koniunktury na świecie, po dwóch miesiącach realizacji budżetu rząd zawsze dysponował nadwyżką. Może na Aleje Ujazdowskie, gdzie gabinet ma Morawiecki, i na Świętokrzyską (Ministerstwo Finansów) dotarło, że nadciągają czarne chmury? Nawet jeśli, to trzeba było powściągnąć zapędy „Prezesa” do nieograniczonego obiecywania. Poobcinać inne zapowiedzi, a nauczycielom dać to, co im się należy. Odpowiedzialne – że znów nawiążemy do tytułu zapomnianego sztandarowego projektu Morawieckiego – rządzenie sprowadza się nie tylko do wygrywania wyborów za wszelką cenę.

Wybory za pasem

Pisowska władza sprokurowała sobie niezły bałagan. Teraz, gdy nauczyciele łapią ją za gardło, nie bardzo wie, jak zareagować. Nie przywykła do ustępstw, odbiera je jako przejaw słabości i dowód porażki, a wybory za mniej niż dwa miesiące. Nawet gdyby doszło do strajku i przeciągnąłby się do matur, świat by się nie zawalił: procedury rekrutacyjne do szkół średnich oraz wyższych przecież i tak zostałyby przeprowadzone, tyle że z drobnym opóźnieniem. Profesura w liceach i na uniwersytetach miałaby trochę pokręcone wakacje, a absolwenci przeżyliby dodatkowy stres, ale w końcu wszyscy by to przeżyli.
Czy jednak przeszliby przez to bez szwanku kandydaci PiS na listach do Parlamentu Europejskiego, z samą Zalewską na czele? To nie jest takie pewne. Spora część niezadowolenia spadłaby właśnie na nich, mimo prób rządowej telewizji zrzucenia konsekwencji na ZNP, Koalicję Europejską, SLD (już lansuje się tezę o politycznej naturze protestu, bo Krzysztof Baszczyński, zastępca Broniarza, był kiedyś lewicowym posłem). A na końcu oczywiście okaże się, że to wina Tuska. Ale ten rząd ma wszystko w garści prawie całą kadencję, nie da się zamazać rzeczywistości.
Lud nie wszystko już kupi.

Facebook Comments