Jeśli wygra Duda, będą to ostatnie w miarę wolne wybory.

Pierwsza tura nie przyniosła rozstrzygnięcia. Duda wypadł słabiej niż się spodziewał, mimo maksymalnej mobilizacji Polski pisowskiej. Stąd sztuczny entuzjazm wśród jego klakierów w wieczór wyborczy – liczyli na więcej. Ale się otrząsnął, otrzepał i ruszył do boju, za radą Bielana zaostrzając przekaz, atakując osoby LGBT i „niemieckie media”, mobilizując własny twardy elektorat i kokietując skrajną prawicę Bosaka.
Trzaskowski ma większe możliwości zdobycia nowych wyborców. Ale musi zrobić szpagat: pozyskać jednocześnie zwolenników Hołowni, Biedronia i Kosiniaka-Kamysza, nie gardząc elektoratem Bosaka, a przynajmniej tą jego częścią, którą uwiodły wolnorynkowe hasła Korwin-Mikkego.
A więc godzić ogień z wodą, co odbija się na wyrazistości przekazu i grozi zniechęceniem pryncypialnych lewicowców. Przed drugą turą kandydaci idą łeb w łeb, o zwycięstwie zadecyduje niewielka przewaga głosów.
Nie są to wybory w 100 procentach równe, tajne, bezpośrednie i powszechne. Wątpliwy konstytucyjnie termin, nierówny dostęp do mediów formalnie publicznych, obcięcie Trzaskowskiemu kampanijnego budżetu do połowy kwoty, jaką dysponowali rywale, kompromitacja polskiej dyplomacji, z winy której około 60 tys. zarejestrowanych wyborców za granicą nie mogło oddać głosu w pierwszej turze – to tylko niektóre nieprawidłowości. Nie wiadomo też, jak zachowa się obsadzona przez pisowską neoKRS i Dudę Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, gdy przyjdzie jej rozpatrywać protesty wyborcze i orzekać o ważności wyborów.
Ale tym wszystkim będziemy się martwić później. Dziś przed nami druga tura, ostatnia szansa zablokowania pisowskiej rewolucji ustrojowej i wyprowadzania Polski krok po kroku z UE. Zwycięstwo Dudy pozwoli Kaczyńskiemu rozprawić się z ostatnimi niezawisłymi sędziami, niezależnymi mediami, samorządami, organizacjami pozarządowymi. Wzorem Orbána tak zmienić system wyborczy, aby w wielkich miastach było mniej mandatów do zdobycia, a na podkarpackiej wsi – więcej. Nie mając większości konstytucyjnej w parlamencie, nasz kieszonkowy dyktator wybrał drogę łamania konstytucji i niszczenia/przejmowania wszystkich organów państwa. Trudno to nazwać inaczej niż pełzającym zamachem stanu.
Duda da

Nie bez powodu pokazany w „Uchu prezesa” jako Adrian z poczekalni, Andrzej Duda był prezydentem służalczym wobec Kaczyńskiego, lekceważonym przez własny obóz polityczny. Jego jedyna samodzielna inicjatywa, wymyślone z okazji 100-lecia niepodległości referendum w sprawie zmian w konstytucji, została z pogardą odrzucona przez pisowski Senat. Prezydenckie weto dla dwóch ustaw „sądowych”, które pozwoliło doraźnie uciszyć protesty w obronie wolnych sądów, ośmieszył później sam Duda, podpisując się pod nowymi projektami Ziobry, niewiele różniącymi się od tych zawetowanych. Faktyczną uległość rekompensował sobie gromkim pokrzykiwaniem i strojeniem marsowych min à la Mussolini (podbródek do góry!).

Zepchnięty do roli objazdowego agitatora, bywalca gminno-powiatowych festynów i odpustów, nie miał wpływu na decyzje władz, tych prawdziwych. Dopiero przed wyborami propaganda zaczęła gwałtownie kreować go na „dawcę” 500+ i innych prezentów dla ludu, stratega, który sprowadza do Polski wojska amerykańskie (faktycznie realizując tylko ustalenia z czasów Obamy i Komorowskiego) i planuje przekop Mierzei Wiślanej. Fałsz tej kreacji bije po oczach, zwłaszcza jeśli się pamięta, jaki bezradny był zwierzchnik sił zbrojnych w konfrontacji z Macierewiczem i jak długo biernie się przyglądał osłabianiu armii.

W kampanię Dudy zaangażowano całą machinę państwa, od premiera poprzez KURwizję aż do policji. Tyle kłamstw w mediach „publicznych” i przekupionych prywatnych, tyle obietnic kiełbasy wyborczej, a tu nie ma zwycięstwa w pierwszej turze i trzeba grać dalej! W czasach kryzysu, gdy brakuje kasy na rozdawnictwo i zaraz po wyborach trzeba będzie nowelizować budżet, ujawniając, jak wielka zionie w nim dziura.

Wojciech Czuchnowski nawiązał na Twitterze do pastora Kinga: „Miałem sen: przed pierwszą turą opozycyjni kandydaci wystąpili razem, podali sobie ręce, wezwali swoich wyborców do głosowania i zapewnili, że wspólnie poprą tego, kto wejdzie do drugiej tury”.
Ale partykularne interesy partyjne i ambicje liderów zawsze były u nas ważniejsze niż racja stanu.

Na opozycję demokratyczną głosowało w sumie 57 proc. wyborców, tyle że była ona rozbita i skłócona. Podczas gdy Trzaskowski, z myślą o drugiej turze, nie atakował żadnego z trzech rywali (Hołownia, Biedroń, Kosiniak-Kamysz), oni nie żałowali sobie ataków na „duopol”, „POPiS”, „partyjniactwo” (w tym ostatnim celował Hołownia, który właśnie szykuje się do założenia własnej partii).

Osobny rozdział to bliski nam ideowo Robert Biedroń, który dostał 2,22 proc. (sześć razy mniej niż jego ugrupowanie w wyborach parlamentarnych!). Posłowie Lewicy tłumaczą ten fenomen koronawirusem, bo Robert nie mógł organizować spotkań w terenie… Cóż, wszyscy poza Dudą grali w tych samych warunkach. Debiutant Hołownia potrafił przenieść kampanię do internetu. Reprezentant trzeciej siły w Sejmie, która ma pieniądze i struktury, nie potrafił. Na konwencji Biedronia lewica powtarzała mantrę: „przez 15 lat”. Przez 15 lat rządziła prawica, PO i PiS zmieniały się u steru i dlatego było tak źle. A wcześniej co, mieliśmy raj?
O ile pamiętamy, SLD rządził dwie kadencje. Miał prezydenta. Miał historyczną okazję, żeby powalczyć przynajmniej o świeckie państwo, jeśli nie było kasy na transfery socjalne. To kpina z publiczności, gdy dziś starzy eseldowcy pospołu z młodymi razemkami wrzucają PO i PiS do jednego wora, zamykając oczy na pisowską rozwałkę demokracji. Na zabójczą mieszankę nacjonalizmu, klerykalizmu, populizmu i zapędów dyktatorskich, która jest zaprzeczeniem wartości lewicy.

Ogromna większość lewoskrętnych wyborców już w pierwszej turze oddała głos na Trzaskowskiego. Jego progresywne poglądy są powszechnie znane: usunął krzyż w Urzędzie m.st. Warszawy, nie zaprasza księży na uroczystości miejskie, podpisał kartę LGBT (ściągając na siebie lawinę absurdalnych oskarżeń) i podpisze ustawę o związkach partnerskich. Porównanie go z klęcznikiem Dudą to jak dzień i noc, współczesna Europa kontra średniowiecze.

A lewica, cóż – kolejny raz będzie się musiała odbudować.

Czas wyboru

Ostatecznie tylko Biedroń zdobył się na to, żeby od razu po pierwszej turze jednoznacznie poprzeć Trzaskowskiego. Pozostali kręcą, kluczą, stawiają warunki. Narcyza Hołownię musiał Trzaskowski obłaskawiać, choć zakrawało na groteskę, że on, samorządowiec popierany przez większość polskich samorządowców, przyrzeka celebrycie telewizyjnemu, że nie pogwałci idei samorządności. Mimo to Hołownia nie zdobył się na jasny, wyraźny apel do swoich wyborców: idźcie TRZAsnąć!

PiS chce obciążyć Trzaskowskiego odpowiedzialnością za osiem lat rządów PO, konsekwentnie wmawiając ciemnemu ludowi, że były one ogólnonarodową katastrofą. Przy każdej okazji tytułuje go wiceprzewodniczącym tej partii, chociaż to funkcja honorowa, zwłaszcza dla prezydenta stolicy, który ma robotę w ratuszu. Konkurenci z pierwszej tury straszyli, że po ewentualnym wyborze Trzaskowski będzie prezydentem partyjnym, słuchającym poleceń z siedziby Platformy przy ul. Wiejskiej jak Duda z Nowogrodzkiej. Realia są jednak inne: w Platformie nie znajdziemy już lidera na miarę Tuska. W relacjach Trzaskowskiego z Budką to ten pierwszy ma dziś silniejszą pozycję.

Sądząc po sondażach i wynikach wyborów, Polska jest pęknięta na pół. To głęboki podział polityczny, ale i kulturowy.

Ta niepisowska Polska od pięciu lat czuje się upokorzona, zepchnięta na margines, pozbawiona wpływu na własne państwo, bo wprawdzie odbiliśmy Senat, ale cóż on może – co najwyżej przetrzymywać ustawy 30 dni. A przecież to ona jest motorem rozwoju! To po tej stronie jest zdecydowana większość ludzi wykształconych, przedsiębiorczych, płacących podatki. To opluwane przez PiS „elity”: artyści, dziennikarze, sędziowie, adwokaci, lekarze, nauczyciele. Oczywiście we wszystkich tych grupach zawodowych PiS już ma przyczółki, zalążki nowej elity – na poziomie Suskiego i Kempy, ale to dopiero pierwsze pokolenie beneficjentów rewolucji.
Po pięciolatce rządów PiS z Dudą w roli żywego długopisu jesteśmy podzieleni jak nigdy, sfrustrowani, wściekli, na krawędzi wybuchu. Kraj, w którym trwa wojna domowa, dziś zimna, jutro być może gorąca, nie może się normalnie rozwijać. Nie gwarantuje nawet swoim obywatelom elementarnego bezpieczeństwa.

Dlatego to takie ważne, żeby przynajmniej prezydent reprezentował tę połowę Polaków, którą pisowska władza obraża, wyklucza, nie liczy się z jej interesami, depcze jej wartości.

Żeby przywrócić choć trochę równowagi.

Facebook Comments