W sprawie podcierania tyłków ludzie są wyjątkowo konserwatywni.

W sobotę nad Wrocławiem krążył wyjątkowy samolot. Na jego pokładzie znalazł się proboszcz parafii św. Józefa w Żórawinie Cezary Chwilczyński, który modlił się „w intencji oddalenia pandemii koronawirusa od naszego regionu, miasta Wrocławia, Ojczyzny, Europy i całego świata”. Proboszcz na pokład zabrał „figurę Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej”. Ale to nie figurki Najświętszej Panienki są towarem, na jaki jest największe zapotrzebowanie w obecnych wirusowych dniach. Dewocjonalia zdecydowanie przegrały z… papierem toaletowym.

To on jako pierwszy znikał ze sklepowych półek. I chociaż z zapałem rzuciliśmy się do kupowania papieru toaletowego, a jego dostępność w sklepach stała się tematem medialnym, to jednak defekacja pozostaje wciąż rodzajem tabu, a drążenie tej kwestii jest niemalże zakazane. Z całym naszym naukowym i filozoficznym podejściem do życia, temat papieru toaletowego wywołuje na ogół uśmieszki i chichot. W milionach prowadzonych w internecie blogów, w których komentatorzy opowiadają o najbardziej intymnych chwilach swojego życia, unikają tematu swoich potrzeb fizjologicznych, z którymi przecież spotykają się na co dzień. Fachowcy od marketingu prześcigają się w eufemizmach przy kampaniach reklamowych papieru toaletowego lub środków na przeczyszczenie, używając w reklamach chmurek, dzieci i misiów. Ten temat rezerwujemy bowiem na ogół dla niewybrednych żartów lub do komponowania prostackich epitetów. A jeśli już chcemy pokazać, że coś nas zupełnie nie interesuje, to wtedy używamy porównań, że możemy sobie tym coś podetrzeć.

Jesteśmy gatunkiem posiadającym duże, wypełnione tłuszczem pośladki, które są dla nas niezwykle użyteczne z prozaicznego powodu – są rodzajem anatomicznej poduszki, na której możemy usiąść. Ale ponieważ zostaliśmy obdarzeni przez naturę takim rodzajem siedziska, to nasza defekacja powoduje zabrudzenie tychże pośladków. Z całym szacunkiem dla psa lub królika, nawet najbardziej wyćwiczony jogin nie jest w stanie użyć języka dla oczyszczenia swojego tyłu. I od zarania dziejów należało sobie z tym jakoś radzić.

Nasi przodkowie używali zatem mchu, trawy lub siana, różnych liści z drzew i krzewów. Korzystali także z możliwości oskrobania się, używając w tym celu przedmiotów przypominających nieco znane nam szpachelki. Dla ludności żyjącej nad brzegami mórz doskonale nadawały się do tego kawałki muszli. Mniej wygodne i trudniejsze w użyciu były zaokrąglone i spłaszczone listewki używane powszechnie na Dalekim Wschodzie. W starożytnej Grecji używano kamieni, porów lub brzegów noszonej togi, podczas gdy Rzymianie stosowali gąbki zamocowane na kiju. A papier toaletowy pojawił się dopiero w 1857 r. za sprawą Josepha Gayetty’ego, który jako pierwszy w zachodnim świecie wyprodukował i wprowadził na rynek papier (wówczas jeszcze w listkach) do toalet.

Kiedy już kupimy ten dzisiejszy, w rolkach, to i tak jego używanie jest rodzajem tabu. Jeden z pionierów badań naukowych nad tym zagadnieniem, Paul Sinrad, zrobił ankietę wśród kalifornijskich uczniów szkół średnich. Na podstawie odpowiedzi dowiedział się, że używali oni średnio 5,90 listka przy każdej wizycie w WC i dokonywali 3,23 podtarcia. I podaje jeszcze bardziej szczegółowe dane: 42 proc. składało papier (podwójnie, potrójnie), 33 proc. marszczyło papier, 8 proc. częściowo składało, częściowo marszczyło, 44 proc. podcierało się od przodu ku tyłowi, 11 proc. podcierało się od tyłu ku przodowi, 38 proc. zwilżało papier w celu zwiększenia jego właściwości czyszczących, 58 proc. siedziało w czasie podcierania (głównie kobiety), 60 proc. oglądało papier po każdym podtarciu (głównie mężczyźni).

Inne badanie wykazało, że jeśli masz powyżej 35 lat, to przedzierasz papier zgodnie z jego perforacją, podczas gdy osoby młodsze częściej rwą go w dowolnych miejscach.

Do używania papieru jesteśmy niezwykle przywiązani. Janice Costa, redaktorka naczelna czasopisma „Kitchen & Bath Design News”, tak podsumowała to zagadnienie: „Kiedy w naszym świecie wszystko dookoła zmienia się w zatrważającym pędzie, toalety są jednym z ostatnich bastionów tradycji. To, czego nas nauczyła historia w zakresie ludzkich przyzwyczajeń toaletowych, to stwierdzenie, że w tej materii ludzie są wyjątkowo konserwatywni. Zmiany przychodzą bardzo powoli, jeśli już. Zajęło nam, ludziom, bardzo dużo czasu, aby zastąpić gazety papierem toaletowym, a w Wielkiej Brytanii klienci przez dziesiątki lat kupowali papier niewiele lepszy niż strzępki gazet”.

W 2001 r. koncern Kimberly-Clark zainwestował ponad 100 milionów dolarów, aby wprowadzić na rynek nawilżany papier toaletowy w rolkach. Był to doskonały pomysł na nowy produkt, ale jego sprzedaż zakończyła się fiaskiem. Amerykanie pokazali, że są zdecydowanie przeciwni, aby jakakolwiek woda miała w toalecie dostęp do ich pośladków. Morałem tej historii jest stwierdzenie, że używamy tego, do czego przywykliśmy. Tak jak ogólnie jesteśmy przekonani, że nie uda się nigdy utrzymać całego ciała w czystości.

Może dopiero zmiana pokoleniowa coś zmieni w tym zakresie. A wtedy pomimo całego konserwatyzmu przekonamy się, że era papieru toaletowego dobiega końca. Są już bowiem dostępne toalety myjące, w których po defekacji, pozostając wciąż w pozycji siedzącej, użytkownik naciska guzik, a strumień ciepłej wody precyzyjnie i pod odpowiednim kątem, aby nastąpiło najdokładniejsze umycie, obmywa odbyt. A następnie prąd ciepłego powietrza osusza pośladki wciąż siedzącego użytkownika. Te zaawansowane technicznie urządzenia można dopasować do osobistych preferencji: zmienić temperaturę wodnego strumienia, czas jego trwania i moc, z jaką woda wylatuje. W efekcie pośladki są doskonale umyte bez pomocy rąk.

Może więc w czasach epidemii dzięki takim wynalazkom nie będziemy się musieli dodatkowo martwić o papier toaletowy?



Większość przytoczonych faktów pochodzi z książki Ronalda Blumera „Kulturalna historia papieru toaletowego”, Warszawa 2019.

Facebook Comments
Poprzedni artykułLewicowy burmistrz na prawicowym wschodzie
Następny artykułModlitwa zamiast lekarstw
Dariusz Kędziora
Jest dziennikarzem i tłumaczem. Zajmuje się przede wszystkim sprawami światopoglądowymi – komentując i oceniając je z ateistycznego punktu widzenia, co w kraju zdominowanym przez religijną większość nie jest częste. Jest prezesem Koalicji Ateistycznej – organizacji, która zabiega o prawa osób niewierzących, a także członkiem założycielem Kongresu Świeckości, grupującym większość organizacji, które stawiają sobie za cel realizację postulatów budowy świeckiego państwa. Jest absolwentem Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie i jej byłym wykładowcą (Otwarty na długie dyskusje światopoglądowe, nawet jeśli nie uda się ich zakończyć konsensem – przyp. red.).