fot. Adobe Stock
Nie musimy składać oświadczeń o „wypisaniu” dziecka z lekcji religii.

Wolność sumienia i wyznania, gwarantowana w polskim porządku konstytucyjnym zarówno przez przepis samej Konstytucji RP (art. 53), jak i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (art. 9) obejmuje zarówno aspekt pozytywny (posiadanie i ujawnianie wyznania), jak i negatywny (nieposiadanie i nieujawnianie wyznania). Artykuł 2 Protokołu dodatkowego (nr 1) do EKPC gwarantuje również prawo rodziców do zapewnienia wychowania i nauczania ich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami religijnymi i filozoficznymi. Współcześnie coraz większą wagę przywiązujemy do autonomii samych dzieci w sferze światopoglądowej, ale Protokół nr 1 podpisano w 1952 r., kiedy o takich „fanaberiach” nie było jeszcze mowy.

Elementem wolności sumienia i wyznania jest bez wątpienia wolność decydowania o religijnym albo niereligijnym nauczaniu swoich dzieci. Cechą charakterystyczną Konwencji jest to, że jedno zachowanie można oceniać przez pryzmat kilku jej przepisów. Tak jest z wolnością (od) „nauczania” religijnego („nauczanie” piszę w cudzysłowie, bo moim zdaniem z nauką nie ma to nic wspólnego), która może być oceniana prawnie zarówno z perspektywy (art. 8 EKPC) prawa do prywatności (zmuszanie do ujawniania swego światopoglądu to pogwałcenie prywatności), wolności przekazywania informacji chronionej przez art. 10 EKPC (która obejmuje również aspekt negatywny – wolność od zmuszania do przekazywania informacji), wolności sumienia i wyznania chronionej przez art. 9 (co wydaje się oczywiste), czy też wreszcie „autonomii edukacyjnej” rodziców (art. 2 Protokołu nr 1 do EKPC).

Mistyczny wymiar wafelka

Szczególne problemy dotyczące „nauczania” religii występują w tych społeczeństwach, gdzie znaczącą większość stanowią osoby o jednym, dominującym wyznaniu. Tak jest np. w Polsce, w której znacząca część społeczeństwa (chociaż, jeśli sądzić po odsetku osób aktywnych religijnie, już chyba nie większość) deklaruje rzymski katolicyzm. Dodatkowo, Polska jest państwem o agresywnie prozelitycznej polityce. Jej władze obwieszają się krzyżami, łapią w locie religijne wafelki, albo też (zdarzenie sprzed kilku dni w Bełchatowie) ścigają osoby (także dzieci), które wykazują się brakiem wystarczającej czołobitności wobec mistycznego wymiaru wafelka. Co więcej, modną postawą wśród polskich prawników, a to z uwagi na popłatność tejże postawy, jest demonstrowanie swojego religianctwa, niekiedy w zadziwiający jak na prawników sposób. Oto np. w poważnym czasopiśmie prawniczym, jakim jest „Przegląd Prawa Publicznego”, opublikowano artykuł naukowy niejakiego p. Śniecikowskiego, skądinąd polityka (burmistrza Pasłęka), który zapytuje dramatycznie, „czy obecność krzyża na ścianie w gabinecie wójta, czy też wizerunek naszego świętego papieża Polaka Jana Pawła II jest realizacją korzystania z wolności uzewnętrzniania religii, czy też naruszeniem świeckości państwa? Te i inne inicjatywy, nieraz wynikające po prostu z niezrozumienia praw innych, czy też mające charakter antyreligijnych aktów, przyczyniają się do tworzenia atmosfery nieprzychylności dla religii, a w niektórych sytuacjach wręcz demonicznej walki z nią”. Z jednej strony „nasz święty”, z drugiej „demoniczność”. I pozamiatane. Czy naprawdę tego rodzaju figury stylistyczne są konieczne, aby wyrazić gorące przywiązanie burmistrza Pasłęka do określonej wiary i czy miejscem dla takich aktów strzelistych powinno być czasopismo mające podobno ambicje naukowe? Tak czy siak, polska bibliografia prawnicza roi się od tego rodzaju wywodów, których główną funkcją jest chyba jednak zademonstrowanie określonego światopoglądu, nie zaś wiedzy prawniczej. „Demoniczna walka”? To może raczej zajmij się pan, panie burmistrzu, demonologią?

Upominanie się o świeckość prawa, czyli jego indyferentność wobec systemów religijnych, nie jest więc „mainstreamową” postawą w Polsce, której prezydent specjalizuje się w rzewnym wyszlochiwaniu swojej religijności, połączonym z dojmującym zachwytem i wzruszeniem swoją osobą oraz w swego rodzaju gimnastyce religijnej, czyli spontanicznych przyklękach na widok jakiejkolwiek sutanny (czy innego obiektu kultu) majaczącej na horyzoncie, że o skokach w dal w ślad za wafelkami nie wspomnę.

Sprawa grecka

Dlatego tym bardziej odświeżająco brzmi niedawny wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (z 31 października 2019 r.) w sprawie „Papageorgiou i inni przeciwko Grecji”. Skarżący to mieszkańcy uroczych wysepek Milos i Sifnos w archipelagu Cykladów, którym nie podobało się, że greckie prawo zmusza ich do wypisywania dziecka z lekcji religii. Napisałem „prawo”, a tak naprawdę, podobnie jak w Polsce, „obowiązek” składania oświadczeń o rezygnacji z „nauczania” religii wynikał nawet nie z przepisów prawa, lecz z okólnika ministra edukacji, czyli czegoś o znaczeniu prawnym zbliżonym do papieru toaletowego.

Skarżący uważali, że zmuszanie ich do składanie oświadczeń o tym, że nie chcą, aby ich dziecko uczęszczało na zajęcia określane szumnie mianem „nauki” religii, stanowi naruszenie art. 8 i 9 EKPC oraz art. 2 Protokołu nr 1 do Konwencji. Trybunał rozpoznał skargę w zakresie naruszenia tego ostatniego przepisu i stwierdził jego naruszenie, nadto zaś nakazał Grecji, żeby zapłaciła każdej z rodzin po 8 tys. euro zadośćuczynienia za moralną krzywdę plus ponad 6,5 tys. euro kosztów postępowania.

Dlaczego? Otóż Trybunał przypomniał, że państwo będące stroną EKPC ma obowiązek zachowania „neutralności i bezstronności” w sprawach sumienia i wyznania, który to obowiązek Grecja naruszyła. W tym kontekście pewną ciekawostką jest wspomniana już spektakularna akcja bełchatowskiej policji, która, co prawda, dotąd nie ruszyła tyłków w związku z publicznie dostępnymi dowodami pedofilskiego bestialstwa kleru katolickiego, ale za to przyleciała jak na skrzydłach, aby przesłuchiwać dziecko, które schowało do kieszeni mistyczny wafelek – bo zadzwonili po policjantów panowie księża z parafii. Bezstronność i neutralność taka, że aż po oczach bije.

Następnie Trybunał przypomniał, że od dawna skrupulatnie bada przypadki praktyk zmuszania uczniów do uczestnictwa w indoktrynacji religijnej. Następnie zaś stwierdził, że wymaganie od rodziców składania pisemnych oświadczeń deklarujących, że dziecko nie jest religijne, stanowi nadmierny ciężar, jaki państwo nałożyło na rodziców, gdy rzecz oceniać z perspektywy art. 2 Protokołu nr 1 do EKPC. Społeczności, w których skarżący funkcjonowali, są religijnie homogeniczne i składanie takich oświadczeń (chociaż formalnie niewymagające od samych rodziców ujawnienia ich wyznania czy jego braku) kreowało ryzyko stygmatyzacji. Trybunał, co znamienne, przywołał tu swój wcześniejszy wyrok w sprawie „Grzelak przeciwko Polsce”, dotyczący – jak pamiętamy – faktycznego zmuszania rodziców polskich dzieci do demonstrowania swojego światopoglądu czy religii. Wyrok ETPC w sprawie greckiej zapadł jednogłośnie.

Przymusowe jasełka

Ilustracją do tej sprawy niech będą liczne przypadki zmuszania rodziców w polskich szkołach do składania oświadczeń o „wypisaniu” dziecka z religii, na co zwracał – bez efektu – uwagę rzecznik praw obywatelskich, dr hab. Adam Bodnar. Jako przykład wskażmy pewną szkołę średnią w Sosnowcu, która wymaga od rodziców takiego oto oświadczenia: „W związku z deklaracją braku uczestnictwa w zajęciach religii, etyki proszę o zwalnianie mojego syna/córki z obecności w szkole w czasie lekcji religii, bądź etyki, jeżeli przypadają na pierwsze lub ostatnie godziny w planie. Jednocześnie oświadczam, że biorę pełną odpowiedzialność za moje dziecko w tym czasie”. Ani od rodziców nie wolno wymagać „deklaracji braku uczestnictwa”, ani też przerzucać na nich odpowiedzialności za dziecko, które jest w szkole, ale w zajęciach nie uczestniczy. Zastanawiam się, czy to oświadczenie nadal jest wymagane i czym zajmuje się komórka odpowiedzialna za edukację w sosnowieckim magistracie.

W świetle wyroku ETPC to oczywiście RPO miał rację, natomiast całkowicie nietrafne były np. wywody panów z Ordo Iuris, potępiające rodziców protestujących wobec organizowaniu w szkołach obowiązkowych jasełek dla uczniów. Wymaga głębokiego niezrozumienia standardu konwencyjnego twierdzenie, iżby „bezprawne” były protesty wobec organizowania obowiązkowych dla uczniów wydarzeń religijnych w szkołach. No, ale panowie z Ordo Iuris jako obrońcy wolności konstytucyjnych są tylko kolejnymi postaciami w pisowskiej paradzie prawniczych kuriozów, obok Banasia w NIK czy Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza w Trybunale Konstytucyjnym. Jakie państwo, tacy i strażnicy jego konstytucyjnych wartości.

Facebook Comments