Fałszywy ksiądz, który chodzi po kolędzie, to zwykły chciwy oszust. Ale emeryt, który udaje majora Żandarmerii Wojskowej, kucharz udający rabina czy weterynarz adwokata to już wirtuozi na miarę powieściowego Nikodema Dyzmy.
Fałszywy rabin z Poznania

Rabin Jakoob ben Nistell był przez kilka lat znanym i robiącym błyskotliwą karierę członkiem poznańskiej gminy żydowskiej. Brał czynny udział w uroczystościach religijnych, na których wygłaszał kwieciste mowy, nauczał Talmudu, odmawiał kadisz. Kiedy wyszło na jaw, że „rabin z Hajfy” to kucharz Jacek N. z Ciechanowa, ślad po nim zaginął. Jego kariera rozpoczęła się w małej żydowskiej gminie w Poznaniu, do której trafił w 2009 r. Udzielając się najpierw jako wolontariusz, przechodził kolejne stopnie poznawania judaizmu, aż wreszcie zrobił karierę jako „rabin”. Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, miał o nim bardzo dobre zdanie:
– Poznałem go, to był cichy, spokojny człowiek. Na początku ubierał się normalnie. Ostatnio, kilka miesięcy temu, może rok, zapuścił pejsy. To był taki krok za krokiem – opisywał kontakt z oszustem Schudrich.
Nie było więc nic dziwnego w tym, że w ramach programu tolerancji i wielokulturowości wspólnie z imamem i księdzem co roku prowadził rekolekcje dla młodzieży. W 2014 r. uczestniczył w otwarciu lapidarium we Wronkach, na którym obecna była ambasador Izraela. W obecności notabli odmawiał nawet kadisz, czyli tradycyjną modlitwę za zmarłych, w której trakcie odczytywał tekst nabożeństwa niby po hebrajsku. Dopiero po latach hebraista z UAM stwierdza, że „mężczyzna z pewnością nie zna tego języka. Całe to nagranie to był zlepek bezsensownych, wypowiadanych bez ładu i składu sylab. Udało mi się wyłowić jedno czy dwa słowa w całej tej modlitwie, które mniej więcej odpowiadały temu, co być powinno”. Kucharz przebrany za Żyda, z ufarbowaną brodą i pejsami, oprowadzał po Poznaniu wycieczki diaspory żydowskiej z całego świata, prowadził prelekcje dla studentów, inaugurował wystawy. Został nawet poproszony o komentarz do kazania wygłoszonego na Dniach Judaizmu przez przewodniczącego Episkopatu Polski arcybiskupa Stanisława Gądeckiego.
Jacek N. został twarzą polskiego żydostwa, pojawiając się na plakatach, wizytówkach i ulotkach zapowiadających wydarzenia związane z judaizmem. Błyskotliwą karierę rzekomego rabina zakończyły rekolekcje w jednym z poznańskich kościołów, które odbywały się pod koniec marca 2016 r. Jakob został na nie polecony jako przedstawiciel gminy żydowskiej. Po telewizyjnej relacji z tego wydarzenia do redakcji „Głosu Wielkopolskiego” zgłosił się czytelnik, który w „rabinie” rozpoznał znajomego, Jacka N. z Ciechanowa. Po zdemaskowaniu farbowany Żyd zniknął z Poznania. Niestety, wizerunek lokalnej gminy wyznaniowej mocno ucierpiał.
– Ten człowiek już dla nas nie istnieje. To jest nie z tej ziemi. To jest szok – powiedziała wówczas Alicja Kobus, przewodnicząca poznańskiej filii Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich.

Bardzo dobry „mecenas”

Pochodzący z Dębicy Jakub N., z wykształcenia technik weterynarii, trzy lata spędził w Irlandii, gdzie biegle nauczył się angielskiego. Po powrocie do Polski znalazł zatrudnienie w irlandzkiej firmie budującej autostrady. Zajmował się w niej sprawami księgowymi, kadrowymi i organizacyjnymi, do czasu aż trafił na ogłoszenie, z którego wynikało, że inna firma z branży potrzebuje biegłego tłumacza. Jakub N. zgłosił się i zaczął tłumaczyć dowody rejestracyjne. Pieczątki tłumacza przysięgłego wydrukował z internetu. Gdy po latach tłumaczeniu przyjrzał się biegły, jego uwagę zwróciły wyłącznie nietypowe pieczątki. Do treści i formy tłumaczenia nie miał zastrzeżeń.
– Po jakimś czasie ta sama firma poszukiwała prawnika. Jakub N. zadeklarował, że jest także adwokatem. Przedstawił szefowi odpowiednie dyplomy i wpisy członka Rzeszowskiej Rady Adwokackiej. Od szefa odebrał gratulacje. Dostał także podwyżkę za podniesienie kwalifikacji – relacjonował w 2011 r. ówczesny rzecznik KWP w Rzeszowie Paweł Międlar. Nowa firma udzieliła Jakubowi N. pełnomocnictw do reprezentowania jej na zewnątrz. Na zdobytych w internecie wzorach pism „mecenas” podrobił zaświadczenie o wpisie na listę adwokatów RP i podpisy osób z rady adwokackiej. Pozostało już tylko wyrobienie pieczątek i sfałszowanie ubezpieczenia zawodowego. Zakupiona na Allegro toga była dopełnieniem wizerunku.
„Kancelaria specjalizuje się w prawie cywilnym, prawie karnym przy współpracy z zaprzyjaźnioną Kancelarią Adwokacką, prawie spółek, prawo pracy, prawo Unii Europejskiej, prawo administracyjne” – reklamował się w internecie.
Profesjonalnych porad udzielał firmom i osobom indywidualnym. Wygrywał procesy, doprowadzał do ugód w najbardziej skomplikowanych sprawach majątkowych. Był o krok od zostania wspólnikiem w jednej z bardziej znanych warszawskich kancelarii. Jakub N. przygotowywał się do rozszerzenia swoich „prawniczych usług”. W oszustwie pierwsza zorientowała się kancelaria Sądu Rejonowego w Dębicy, która poleciła sprawdzić legitymację adwokacką mecenasa. Urzędnikom wydało się dziwne, że prawnik podaje do kontaktu swoje prywatne miejsce zamieszkania. Gdyby nie policjanci, którzy zapukali do jego drzwi w czerwcu 2011 r., w centrum Dębicy otworzyłby kancelarię, gdyż miał już zawartą umowę najmu lokalu. Na pytanie prokuratora: „Dlaczego pan to robił?”, Jakub N. odpowiedział: „Bo znam prawo i chciałem pomagać ludziom”. Fakt, prawo znał do tego stopnia, że w postępowaniu prowadzonym w jego sprawie nie poprosił o pomoc prawdziwego prawnika. Został skazany wyłącznie za fałszerstwa dokumentów, gdyż żaden z jego klientów nie ucierpiał w trakcie prowadzonych przez niego „interesów”.

Major ŻW „od czapy”

Emeryt z Podhala Marek P. od dzieciństwa marzył, by być żołnierzem. Marzenia spełnił dopiero po sześćdziesiątce, kiedy to używając zakupionych w sieci kilku mundurów, atrapy broni, legitymacji służbowej i orderów skutecznie wcielił się w rolę majora Żandarmerii Wojskowej. Przebieraniec szybko zyskał uznanie lokalnej społeczności. Na rodzimym Podhalu odwiedzał jednostki straży pożarnej i jednostki wojskowe, brał udział w regionalnych, państwowych i samorządowych uroczystościach. Chełpiąc się wpływami w Warszawie, administracji wojewódzkiej, w dowództwie wojska, żandarmerii i straży pożarnej, deklarował pomoc w zakupie sprzętu z korzystnym rabatem czy ułatwienia w otrzymaniu etatu.
Zdarzało mu się brać za te usługi symboliczne łapówki. Załatwiał za to konkretne rzeczy dla lokalnej straży. Za dostarczenie wojskowych butów i peleryn dla strażaków otrzymał order prezesa zarządu Oddziału Wojewódzkiego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych RP, który wręczał mu sam poseł Edward Siarka.
– To odznaczenie wewnętrzne. Procedura przyznania wygląda tak, że zaopiniowane zgłoszenie otrzymuję od zarządu danego OSPW i w tym wypadku nie są sprawdzane dane, tak jak np. przy odznaczeniach prezydenckich – tłumaczył poseł Siarka. Marek P. wpadł w 2015 r. z powodu starej rogatywki, którą założył, zamiast wymaganego regulaminem majorskiego beretu.
Zainteresowanie dziwnym ubiorem przerodziło się w policyjne śledztwo, które zakończyło się zatrzymaniem „majora”. Marek P. przyznał się do zarzucanych czynów, tłumacząc się nie chęcią korzyści, a jedynie… realizacją marzeń.

***

Kiedy w 1932 r. ukazała się powieść „Kariera Nikodema Dyzmy”, przyniosła autorowi Tadeuszowi Dołędze-Mostowiczowi rozgłos i wielkie pieniądze. Społeczeństwo, zauroczone powieścią, szybko zorientowało się, że jest to kąśliwa satyra wymierzona w międzywojenną elitę polityczną, a pierwowzorem Nikodema Dyzmy jest sam Piłsudski. Współcześni Dyzmowie swoimi historiami równie skutecznie, choć zapewne nieświadomie, obnażyli słabości naszej palestry, służb mundurowych, czy też zadrwili z mody na żydostwo. To zaledwie wycinek polskiego kulawego systemu, w którym jak ryby w wodzie czuje się tłum Dyzmów.

Facebook Comments