Dzwonek do drzwi. Stoi przede mną Ojciec Oktan, proboszcz naszej parafii. Słyszałem już od sąsiadów, że chodzi po mieszkaniach i zbiera zaległe tacowe. Stoi bez maski, a palcem nieorękawiczonej dłoni dłubie sobie dostojnie w uchu.
– Szczęść Boże! – zagaduje i wyciąga do mnie upierścienioną grabę.
Cofam się delikatnie i zwracam mu uwagę na niedostatki jego zabezpieczeń antywirusowych. Ignoruje moje słowa i, prąc do przodu, stwierdza:
– Uświęcone dłonie nie stanowią zagrożenia!
– Gdzie! Dopiero umyte! – wrzasnęła wychodząca z kuchni moja koleżanka małżonka.
– Ręce moje są konsekrowane i jako takie są bezpieczne dla moich owieczek – Oktan zdawał się jej nie zauważać. Błąd.
– W dupie mam twoje konsekrowane ręce! Dalij, jazda mi stąd! – ruszyła na niego ze szmatą.
Oktan wycofał się w głąb korytarza czerwony ze wzburzenia.
– Niewiasto! Zwracasz się do swego pasterza!
Zamach, świst i plask szmaty dał Oktanowi do zrozumienia, że bruderszaftu nie pili.
Zataczając się i odgrażając zniknął w szarości korytarza. Zamknąłem drzwi.
– Pasterz, jego mać. Cały w żałobie, bo z tego brudu pewnie mu wszyscy w domu poumierali! – sapała moja połowica.
Stłukła okulary, a nowe przez tę kwarantannę nieprędko sobie kupi. Teraz, nie mogąc czytać ani gapić się w TV, cały czas sprząta.
Już się cieszę na jutrzejsze popołudnie. Ma przyjść moja teściowa, a ona nie lubi ściągać butów.

Facebook Comments