Czy ksiądz żałuje, że jest księdzem? „Jak na was patrzę, to tak” – odpowiadał dzieciom paulin Paweł M. z klasztoru we Włodawie. Znalezienia ofiar pedofila w habicie podjął się jeden z mieszkańców tego miasteczka na krańcu wschodniej Polski.

Wszystko wskazuje na to, że po filmie Sekielskich Polska obudziła się z klerykalnego snu. To spotkanie z rzeczywistością nie było łatwe. Jedni dopiero teraz uświadomili sobie, że duchowni też mogą być zboczeńcami, inni – że niewłaściwe zachowania wobec dzieci uchodziły im płazem tylko dlatego, że nosili sutannę lub habit. Do kolejnych wróciły stare, czasami dawno wyparte wspomnienia… Najważniejsze jednak, że w końcu udało się przełamać tabu związane z pedofilią w Kościele. Dotyczy to zwłaszcza małych miejscowości, w których do tej pory temat traktowano jak coś nierzeczywistego. Tak było we Włodawie (woj. lubelskie).

Sen na jawie

Włodawa to 13-tysięczne miasteczko nad rzeką Bug, położone na styku granic Polski, Białorusi i Ukrainy. W mieście, jak i w całym powiecie, właściwie nie ma przemysłu. Pracę dają tu urzędy, szpital, więzienie i Biedronka. Jeszcze dwa lata temu bezrobocie sięgało 20 procent. Zwykle senne miasteczko ożywa w sezonie letnim. Wszystko za sprawą oddalonego o 7 km Jeziora Białego, „perły Lubelszczyzny”. Co roku ściąga tu ponad milion turystów. We wrześniu jednak miasto i okolica wracają do swojego powolnego rytmu.
Idąc przez centrum miasteczka do urzędu pracy, banku czy nad rzekę, nie sposób nie zauważyć barokowego kościoła św. Ludwika i klasztoru paulinów. To właśnie tu jeden z zakonników, Paweł M., który 15 lat temu nagle opuścił miasto, teraz wrócił jak senny koszmar.
„Szanowni mieszkańcy Włodawy. Zwracam się z prośbą o pomoc w znalezieniu osób, które mogły paść ofiarą księdza Pawła M. z parafii św. Ludwika we Włodawie, który m.in. uczył w Gimnazjum nr 1 w latach 1998–2004. Chodzi o możliwość molestowania dzieci i nieletnich przez ojca paulina, który w ww. latach mieszkał w budynku parafialnym na wysokim parterze po lewej stronie od kościoła… Opis księdza Pawła M. jest zbędny, ponieważ potencjalne ofiary będą wiedziały, o kogo chodzi. Bardzo proszę o udostępnienie tej prośby swoim znajomym. Może ktoś też słyszał o takich przypadkach” – napisał Marek Korycki na facebookowym forum portalu informacyjnego „TV Włodawa”.
Autor postu nie posługuje się prawdziwym nazwiskiem.
„To przez małomiasteczkowość i obawę, że nie cała społeczność Włodawy może przyjąć takie rewelacje jako prawdziwe” – wyjaśnia lokalnemu tygodnikowi „Nowy Tydzień”. „Duża ilość drobnych dowodów, na pozór błahych, przeciwko Pawłowi M. świadczy o tym, że nie zachowywał się stosownie wobec uczniów Gimnazjum nr 1 we Włodawie” – dodaje.
Pod apelem pojawiło się ponad 170 komentarzy. Oczywiście nie wszystkie są autorstwa ofiar duchownego. Post wywołał jednak spore zamieszanie w miasteczku i odświeżył sprawę, o której wszyscy woleliby zapomnieć.

„Ale wspomnienia powróciły…”

– Wiele osób potwierdza, że dopuszczał się masażów podczas lekcji religii, zapraszał na lody i obiady wybranych chłopców, często woził swoim autem nad Jezioro Białe, podczas gry w piłkę nożną często faulował, ale w taki sposób, by mieć kontakt fizyczny z innym graczem. Dodatkowo opowiadał sprośne historie, m.in. o swoich wyprawach na plaże nudystów w Chorwacji, a w konfesjonale podczas spowiedzi, przy niedalekiej obecności dziesiątków wiernych, dopytywał się o masturbację – opowiada pan Marek. – Jednej sytuacji nigdy nie zapomnę. Na pytanie: „Czy ksiądz żałuje, że jest księdzem?” odpowiedział: „Jak na was patrzę, to tak”. To było śmieszne dla nas jako dzieci, w dorosłym życiu już zdecydowanie mnie to nie bawi – dodaje mężczyzna.
Paulin zapraszał chłopców do swojego pokoju pod pretekstem pochwalenia się sprzętem elektronicznym, który na tamte czasy był rzadkością. Zachowania te do złudzenia przypominają zabiegi, stosowane przez pedofilów w sutannach.
„Potwierdzam. Mnie uczył w liceum. Miał upatrzonego jednego chłopaka i często zostawiał go po lekcjach. Zapraszał nas na mecze piłki nożnej, graliśmy z nim, a wtedy często faulował tego chłopaka tylko po to, żeby się na niego wywalić i podotykać”. „Kiedyś zapytał mnie przy spowiedzi, czy były robótki ręczne. Mówiłem o tych niezręcznych pytaniach w szkole, ale nikt nie wierzył”. „Pamiętam, jak po spotkaniu z bierzmowania zapraszał mnie i kolegę na film do siebie. Jak spytaliśmy, na jaki, to odpowiedział Ajlawiu. Wtedy nie wiedzieliśmy, co to za film, ale na szczęście nie poszliśmy. Później dowiedziałem się o incydencie z jego udziałem, znanym wszystkim w tamtym czasie i słuch po nim zaginął” – piszą mieszkańcy Włodawy.

„Incydent” nad rzeką

Był październik 2004 r. Około godz. 1 w nocy strażnikom granicznym patrolującym brzeg rzeki Bug podejrzana wydała się toyota stojąca w szczerym polu ze zgaszonymi światłami. Kiedy patrol zaświecił latarką, z samochodu uciekł nastoletni chłopiec; wewnątrz pozostały dwie osoby. Po wylegitymowaniu okazało się, że to byli zakonnik, wtedy 30-letni paulin Paweł M. oraz uczeń gimnazjum Sławek. Z wnętrza samochodu wydobywały się opary alkoholu. W środku walała butelka po półlitrowej wódce „Wyborowej”. Straż Graniczna powiadomiła policję, a ta wkrótce ustaliła, że zarówno zakonnik, jak i dziecko są pijani. Paweł M. miał wówczas 0,68 promila w wydychanym powietrzu. Stracił prawo jazdy.
Wieść o tym zdarzeniu zelektryzowała mieszkańców Włodawy. Miasto zatrzęsło się od plotek i domysłów. Lokalne media podchwyciły temat, tym bardziej że Policja i Straż Graniczna odmawiały udzielania jakichkolwiek informacji w tej sprawie.
„Dziennikowi Wschodniemu” udało się jednak porozmawiać z jednym z chłopców, który był feralnego wieczora w samochodzie księdza:
„Ksiądz nas bardzo lubił… Często się spotykaliśmy wieczorami za kościołem. Jeździliśmy nad Jezioro Białe i Glinki. Ksiądz kupował nam piwo. Ja miałem u niego piątkę z religii. Jak nas zatrzymali nad Bugiem, powiedziałem koledze, żeby uciekł, bo mnie to znają, ale jego nie” – opowiadał.
Sprawą zajęły się także „Fakty i Mity”. W artykule „Ojczulek i ojciec” („FiM” 47/2004) czytamy esemesy, jakie paulin pisał do Sławka:
„Cześć, tęsknię za tobą, chce mi się do Włodawy”, „Jesteś ślicznym chłopaczkiem. Kiedyś znajdziemy swój czas i zagospodarujemy go tak, jak będziemy chcieli” – pisał.
Kontakty duchownego z nieletnimi zainteresowały Prokuraturę Rejonową we Włodawie, która zleciła policji podjęcie czynności sprawdzających. Na podstawie zebranego materiału prokurator zdecydował o wszczęciu śledztwa.
– Postępowanie prowadzone jest w kierunku dwóch artykułów kodeksu karnego. Artykułu 200, który mówi o doprowadzeniu nieletniego do poddania się innym czynnościom seksualnym i art. 208, który dotyczy rozpijania małoletnich – mówiła wtedy Teresa Rojek, ówczesna prokurator rejonowa.
Nie wiadomo, jak zakończyło się to postępowanie. Akta ze spraw karnych, w których nie wymierzono kary pozbawienia wolności, przechowuje się tylko 10 lat. Pewne jest jednak, że Paweł M. zaraz po tym, jak sprawą zainteresowały się organy ścigania, nagle zniknął z Włodawy. Jak się okazało, jego zwierzchnik przeor w trybie pilnym wysłał go na misję do Francji. W zakonie w miejscowości Saint
Maximin miał przebywać co najmniej do 2009 r. Nie wiadomo jednak, czy tak faktycznie było.
(…) „Co ciekawe, w 2008 r. rozpoznany został na nagraniu z monitoringu w ratuszu, jak oddaje mocz do kosza na śmieci”. „Po obejrzeniu filmu braci Sekielskich z ciekawości sprawdzałem, czy jeszcze jest paulinem, i znalazłem film z 2011 r., jak odprawia mszę na Jasnej Górze” – piszą włodawianie.
Zdjęcia z tego wydarzenia, gdzie Paweł M. jest otoczony gromadką dzieci, mogą świadczyć o tym, że jeszcze przez lata bez przeszkód pełnił posługę duchownego. Obecnie Paweł M. nie jest księdzem. Nie wiadomo, kiedy i w jakich okolicznościach zrzucił sutannę. Obecnie, jak wynika z relacji na Facebooku, wiedzie sielskie życie w południowo-
-wschodniej Azji u boku swojego partnera pochodzenia filipińskiego. Kiedy jego profil zaczęła obserwować coraz większa liczba dawnych uczniów, mężczyzna usunął niektóre filmy i zdjęcia, a także zablokował swój profil, tak by nie można było zobaczyć, gdzie mieszka i gdzie pracuje.
Czy jest szansa, żeby po 15 latach jeden internetowy wpis sprawił, że były zakonnik lub jego zwierzchnicy odpowiedzieli za swoje czyny? Czy jeden film mógł tak bardzo zmienić mentalność Polaków? Zapewne dowiemy się o tym wkrótce.

Facebook Comments
Poprzedni artykułPolska i Kościół – droga, którą przeszliśmy
Następny artykułPolicja kościelna
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).