Puk, puk, puk – usłyszał Mateusz i zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi. – Kto tam? – zapytał. – To ja, wirus – zagadało coś z korytarza. Z ufnością odsunął zasuwę, nacisnął klamkę i widząc oczekiwanego gościa powitał go radośnie: Szczęść Boże!

Są dwie możliwości. Albo jestem prorokiem (czy kimś podobnym) i opis powyższej sceny jest owocem ofiarowanego mi przez Boga daru, albo dopadł mnie ten chiński gnój i zaatakował mi mózg. Obie możliwości są równie prawdopodobne.

Całe życie staram się żyć z psami. Wspomagam dwa schroniska; opiekuję się bezdomnymi pieskami, starając się zorganizować im dom; potrafię dać w ryj za złe potraktowanie czworonoga; zdarzało mi się sfinansować leczenie psów osób, których nie było na to stać.

Mieszkam z dwoma psinami, pochodzącymi z dwóch różnych schronisk i jest nam ze sobą dobrze. Za co kocham psy? Za ich naturalność, za to, że nie skrywają emocji. Za ich przywiązanie, wierność, ufność i oddanie. I za to, że za moje uczucia bezwarunkowo odwdzięczają się wszystkim, co mogą mi dać: wielką miłością.

Jak już się tak otworzyłem w tej szczerości, to będę szczery do końca. Psy potrafią kłamać. Jamnik Parys na przykład, jak mi zeżarł książkę, rżnął potem głupa i gotów był nawet zrezygnować ze spania w łóżku, byle nie przyznać się do winy i uniknąć przykrej reprymendy. Jego partnerka Helena, gdy zdarzyło się jej „posadzić kloca” na schodach, mogła pół dnia nie schodzić z piętra, by zamanifestować, że ze schodami nie ma nic wspólnego. Powiedzenie „łże jak pies” jest prawdziwe.

Stosunki społeczne w Polsce przypominają mi podejście niektórych paskud do zwierząt. Co jakiś czas coś się w tej materii dzieje. Najczęściej czarny darmozjad krzyczy, że „Pan jest moim pasterzem”, on zaś jego pastuchem i mam go słuchać. Okresowo (teraz na przykład) w rolę „Pana” wcielają się miernoty, kreujące polską rzeczywistość polityczną. Z tymi ostatnimi jest zresztą tak, że swoje postawy budują na obserwacji psów, robią to jednak głupio, bo bezrefleksyjnie; zupełnie jakby patrzyli na psy ślipiami kota. Albo więc wcielają się w treserów, chcących mnie zmusić do podawania łapy na zawołanie, albo sami kreują się na miłe pieski – łasząc się i licząc na życzliwość. Przy próbie wykorzystania psiego behawioryzmu na gruncie psychologii społecznej wychodzi im tylko jedno: łżą jak psy.

Cywilne pastuchy wiedzą, że narozrabiały. Dowody tego widzi każdy z nas – chiński wirus nie zapukał jeszcze solidnie do naszych wrót, a kraj już jest rozłożony. Tragiczna sytuacja szpitali, tragiczna sytuacja lekarzy pierwszego kontaktu – brak środków zapobiegających zakażeniom, brak laboratoriów analitycznych. Chaos w gospodarce – brak realnego wsparcia dla przedsiębiorców. Chaos w szkolnictwie – festiwal gry pozorów. Przed dwoma tygodniami („FiM” 12/2020) grzecznie pytałem rządzących: „Wy lenie, nieudaczniki, wy pozoranci, kreatury – gdzieście byli przez ostatnie dwa miesiące???!!! Coście, k… wasza mać!, przez ten czas robili?!”. Odpowiedź przyszła iście psia, łżą znaczy.

Dowiadujemy się więc, że dzięki rządzącym jesteśmy „zieloną wyspą pandemii”. Jako przykład naszej dobrej kondycji wymienia się Niemcy, które mają ponoć 30 razy więcej zakażonych niż my. Ale nie dodaje się, że testów na obecność wirusa przeprowadzają 40 razy więcej od nas! Ani że wyleczonych pacjentów mają jakieś sześć razy więcej, niż u nas w ogóle stwierdzonych. Do tego dochodzą niepokojące informacje o „kreatywnej” statystyce liczby zgonów, czyli manipulacji danymi. Furorę robi u nas określenie „choroby współistniejące”. Ma to uspakajać ludzi, że ci, którzy zmarli na skutek zarażenia chińskim wirusem, byli chorzy na inne poważne choroby. Według tej logiki (przepraszam za porównanie), Chrystus też nie umarł wskutek ukrzyżowania. Gdyby Włosi w Judei prowadzili szczegółowe statystyki ofiar tego nieprzyjemnego procederu, mieliby podstawy nie zakwalifikować do nich Jezusa. No czy odnoszące się do rządzącej Polską kasty określenie „łżą jak psy” nie jest w pełni uzasadnione?

Chaos informacyjny w tym temacie jest wręcz śmieszny. Z jednej strony dowiadujemy się, że krążący nad Najjaśniejszą wirus jest tak niebezpieczny, że nie powinniśmy wychodzić z domów, z drugiej, że nie jest niebezpieczny na tyle, byśmy nie mogli pójść na wybory.

Oczywiście tylko po to, by swoją obecnością przyklepać prezydenturę jedynego kandydata, który ma możliwość prowadzenia efektywnej kampanii wyborczej. Ten zaś przekonuje, że ogólnie jest dobrze, bo jeśli ludzie mogą iść po chleb do sklepu, to będą też mogli pójść na niego zagłosować. No, ktoś tu łże jak pies, nie wiadomo tylko czy świadomie, czy z głupoty. Przekonanie o kłamstwie wiąże się z logiczną konsekwencją tego toku myślenia: jeśli ktoś zapragnie zapewnić Dudzie elekcję – na pewno nie musi się obawiać koronawirusa. Idąc dalej – władza Dudy pochodzi od Boga, bo to On decyduje o naszych losach.

W podobnym duchu nadaje TV Trwam. Nie mogłem się oderwać od monitora, kiedy oglądałem głęboki wywód jednego z Rydzykowych mędrców. Ksiądz ów opowiadał o bezpieczeństwie wiernych w kościołach, przekonując, że „Pan Bóg żadnych wirusów nie rozprzestrzenia, bo jest święty”. No, tak… Tylko zakładając, że Bóg istnieje i wszystko dzieje się z Jego woli, to znaczy, że klecha łże jak pies, bo przecież sam rzucił tego wirusa na świat… Dalej zapewniał o bezpieczeństwie obcowania z księżmi. Utrzymuje on, że w bardzo bliskim kontakcie, np. w trakcie przyjmowania opłatka w paszczę, nie ma niebezpieczeństwa, bowiem „kapłan ma konsekrowane dłonie”. I ja mu wierzę! Tylko idąc dalej tym tokiem rozumowania, trzeba zmienić Kodeks karny, bo jeśli tenże kapłan używa „konsekrowanych dłoni” do masturbacji dziecka, jest to przecież akt wiary, a nie pedofilia.

Gdyby zebrać w całość wnioski z tych wywodów, dojdziemy do tego, że koronawirusa nie muszą obawiać się wyborcy PiS i darczyńcy kat. Kościoła. Wystarczy deklaracja oddania głosu na Dudę lub zasilenia kościelnej tacy i po sprawie. Jeśli tak, to rację miał Kaczyński dzieląc ludzi na sorty, bo według tej logiki wygra (przeżyje) tylko lepszy sort. Jeżeli wywód ten jest prawdziwy – a opiera się na faktach – oznaczałoby to, że z wirusem w ogóle nie warto walczyć, bo oczyści on naród z całej padliny, którą tworzy szeroko rozumiana polska opozycja. To wyjaśniałoby bierność rządzących w okresie bezpośrednio poprzedzającym pojawienie się wirusa w Najjaśniejszej.

Jest też inna możliwość: wszyscy oni łżą jak psy. Łżą od zawsze! Straszne tylko, że życie naszych bliskich i nas zależy właśnie od nich; od tych obłudnych, nienawistnych nieudaczników. A pies ich ….!

Facebook Comments
Poprzedni artykułPETYCJA: „Żądamy niezwłocznego zawieszenia mszy i rekolekcji”
Następny artykułPaństwo permanentnych braków
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).