Historia jakich wiele. Najpierw perspektywa wielkiej kariery, pieniądze, balangi, potem upadek i nawrócenie. Wygląda na to, że techniki chrześcijańskiego Boga nie zmieniły się od tysiącleci. Metoda kija i marchewki wciąż działa.

Niejeden polityk mógłby się uczyć, jak zjednać sobie armię sług wiernych i dozgonnie oddanych, od słynnego tria: Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Ojciec przeciągnie człowieka po bruku jak psa, zgnoi, odbierze nadzieję, pokaże mu jego osobiste dno dna, Syn wyciągnie rękę, ponaprawia, co nabroił Ojciec, a Duch Święty zrobi resztę, czyli zadba o indoktrynację, która zabije w postaci wolę własną i zastąpi ją wolą guru. Metoda znana jest od wieków i wciąż skuteczna, zwłaszcza do budowania sobie lojalnego zastępu żołnierzy. Wykorzystują ją często psychopatyczni popaprańcy i przywódcy sekt, wykorzystują politycy. Patrząc na ofiary z syndromem sztokholmskim nietrudno uwierzyć, że można się zakochać w tym, kto zrobił nam krzywdę i jeszcze stawać w jego obronie, a może nawet pójść w jego ślady.
Przykład Jakuba Kamińskiego, byłego piłkarza Jagiellonii Białystok i Lechii Gdańsk, wydaje się wpisywać w powyższy schemat. Kiedyś zwykły chłopak, z marzeniami i ludzkimi potrzebami, dziś pomazaniec boży, współczesny apostoł z misją zbawienia ludzkości.

Upadek

Zaczęło się od marchewki. Bóg dał Jakubowi talent. Już jako sześciolatek zaczął trenować z juniorami. Był dobry, miał dryg do piłki, podobnie jak kiedyś jego ojciec – pastor, którego karierę piłkarską pogrzebał uraz kolan. Kuba nawet przewyższał ojca, trenerzy wróżyli mu wielką piłkarską karierę. W wieku 12 lat trafił do Jagiellonii Białystok, mając lat 16 grał już z Lechią Gdańsk.
Kilka lat poza domem w rodzinnej Gołdapi zaczęło oddalać go od wartości, które wpoili mu religijni rodzice. Ambicje zawodowe i towarzyskie młodego Kuby szybko rosły. Wyznawał zasadę: żyj na 100 proc. Na 100 proc. więc grał i na 100 proc. imprezował. Król życia! Król boiska! Gdziekolwiek się znalazł, przejmował rolę wodzireja. Dziewczyny, alkohol, narkotyki – próbował wszystkiego i wszystko mu się podobało. W piłce spieszyło mu się do wielkiej kariery. Zaczęły się pojawiać konkretne propozycje. Media pisały nawet o możliwym transferze Kamińskiego do Słowenii. Wyglądało na to, że jego kariera kwitnie. Chłopak się cieszył, zacierał ręce. Jego rodziców coraz bardziej niepokoiła ścieżka, po której podążał syn.
Dzwonili, upominali, mówili, że się o niego martwią, ale wiedzieli, że ich słowa to jak rzucanie grochem o ścianę, spływają po młodym jak woda po kaczce. Dlatego postanowili interweniować u Najwyższego. Modlili się za Jakuba, prosili, by Bóg zawrócił go ze złej drogi. Bóg był jednak cierpliwy. Chciał dać się młodemu wyszaleć, posmakować maksimum życiowych ambrozji. Wiadomo bowiem, że na im większy szczyt się wejdzie, tym upadek będzie boleśniejszy. Nie chodziło jednak o to, by chłopaka zabić, to i piłkarskiego Mount Everestu Jakubowi oszczędzono. W zasadzie zleciał z pagórka. Miał wtedy 20 lat, szerokie horyzonty i rzeszę ludzi z branży, poklepujących go z uznaniem po plecach i rozsnuwających przed nim gwiazdorskie wizje. I nagle… kontuzja podczas meczu: zerwane więzadła krzyżowe, operacja, rehabilitacja.
Być może ktoś inny uznałby to za ostrzeżenie, jakiś znak od życia: „wyhamuj, chłopie”, „zastanów się, co robisz”, ale ambitny Jakub w ogóle nie brał takich sygnałów do siebie. Szybko wrócił na boisko i do starych nawyków. Pewnego dnia zadzwonił do niego ojciec.
– Kuba, za trzy tygodnie mamy ważną chrześcijańską konferencję, przyjedź – prosił.
Syn uznał, że to prośba z kosmosu.
– Tato, na pewno nie przyjadę, mam mecz. Nie da rady.
– Da, da – oznajmił ojciec. – Przyjedziesz, to ważne – powiedział i się rozłączył, a syn tylko się roześmiał z tej ojcowskiej niedorzecznej pewności.
Trzy tygodnie później na konferencję dotarł niczym syn marnotrawny i… kaleka.

Uzdrowienie

Tydzień po ojcowskim telefonie, podczas meczu, doszło do kolejnego wypadku. Dawny uraz się odnowił. Konsultacje u najlepszych ortopedów wykazały, że ktoś pierwszą operację dokumentnie spartaczył, a na drugą, która nie gwarantuje sukcesu, ale przynajmniej może uratować Jakuba przed trwałym kalectwem, potrzeba 50 tys. zł. Cóż, takich pieniędzy Jakub nie miał, bo przecież wszystko poszło na hulanki i swawole. Tymczasem noga niesprawna jak u szmacianej lalki. Diagnoza lekarska była ostateczna: koniec marzeń o piłce, koniec kariery futbolowej.
Na konferencji w rodzinnych stronach, gdzie goście z różnych części świata dzielili się swoim świadectwem spotkania z Bogiem, Kamiński junior siedział jako wielki przegrany. Z głową schowaną w dłoniach, płakał nad swoim zmarnowanym życiem, nad kalectwem, nad błędami, jakie popełnił i nad brakiem sensownych celów na przyszłość. Gdy tak rozpaczał i kajał się w duchu, podszedł do niego, przemawiający wówczas na scenie, pastor z Ekwadoru i powiedział:
– Pan przebacza ci twoje grzechy, wstań i idź.
A ten wstał i poszedł. Nagle nie potrzebował kul, na których musiał się wspierać, wchodząc do sali. Nic go nie bolało. Co więcej, mógł nie tylko chodzić, ale również biegać i skakać, co ku radości zgromadzonych zaczął z zapałem testować. Wybiegł nawet na zewnątrz. Skakał po ławkach w parku, przeskakiwał klomby, szalał.
– Cud! – krzyczał. – To naprawdę cud!
Został uzdrowiony, a to oznaczało… No, właśnie, co? Że może wrócić do swojego dawnego życia, starych marzeń, piłkarskiej kariery? Tego Jakub nie wiedział, ale postanowił poznać wolę Najwyższego. Po konferencji codziennie chodził do kościoła na spotkania z Bogiem. Podczas nich pytał wciąż o to samo: „Co dalej?”, „Czego ode mnie oczekujesz, Ty, który okazałeś mi tak wielką łaskę?”.
Odpowiedź przyszła 20 dni później. Telefon z Ekwadoru.
– Bóg chce, byś przyjechał do nas i podzielił się swoim świadectwem – usłyszał, ale jeszcze wątpił. Chciał jakichś wyraźnych znaków. Próbował układów z Najwyższym.
– OK, jeśli chcesz, żebym jechał, to spraw, żeby ktoś z ulicy dał mi jakieś pieniądze, tak za nic, od czapy – licytował się.
Trzy dni później Bóg spełnił jego prośbę. Jakub dostał pieniądze od postronnej osoby. Tak od czapy, jak chciał. I wtedy uwierzył. Spakował walizki i ruszył do Ekwadoru. Jakub Kamiński zasilił armię Pana. Został apostołem.

Jakub ewangelista

Od tamtych wydarzeń minęły cztery lata. Dziś blisko 26-letni Jakub ma za sobą wizyty w wielu miastach w Polsce i na świecie. Przed tysiącami ludzi świadczy o obecności „żywego Boga”, nawraca ludzi, jest świadkiem wielu cudów. W Ekwadorze poznał swoją obecną żonę Sarę Elizabeth Díaz, córkę tamtejszego pastora, równie zaangażowaną w ewangelizację jak on. To z nią założył Fundację Narody w Ogniu (Nation on Fire), której cel wyjaśniają słowami: „Wierzymy, że jest czas, aby złamać religijne myślenie na temat chrześcijaństwa i życia z Bogiem. Chcemy rozpalać ogień w sercach ludzi przez Moc Ducha Świętego, głosząc prawdziwą Ewangelię Jezusa Chrystusa w zrozumieniu, że będąc zbawionymi, jesteśmy przeznaczeni do chodzenia w wolności, w uzdrowieniu i w osobistej relacji z naszym Bogiem”.
Dziś w licznych wywiadach, jakich udziela mediom, Kamiński zapewnia: „Jeśli zadzwoniłby dziś do mnie klub z Ekstraklasy, zaproponował dwadzieścia tysięcy miesięcznie… niechby nawet funtów! Odmówiłbym w sekundę, nie strugam pawiana” – przekonuje. „Nie dlatego, że piłka jest zła, ale dlatego, że nigdy nie dała mi ułamka tej radości, tego spełnienia, które daje mi każdego dnia Bóg. Resztę życia, które spędzę na tym świecie, poświęcę, by zapoznawać ludzi z realnym Bogiem, który zmienia życie”.
Wolność, poczucie pokoju w sercu, sens i cel to według Kamińskiego wartości, jakie przyniosło mu wstąpienie w zastępy Bożej armii. „Oglądałem wiele uzdrowień, ale uzdrowienia nie są najważniejsze” – mówi. „Najważniejsze jest złapać relacje z prawdziwym Bogiem, który czeka na ciebie!”.
Dawni znajomi Jakuba nie do końca wiedzą, co sądzić o tej nagłej przemianie. Jedni uważają, że zwariował lub został opętany, drudzy, że znalazł świetny pomysł na biznes, a jeszcze inni chcą wierzyć, że to co mówi jest prawdą, że cuda się zdarzają, a Bóg naprawdę istnieje.
Czy z niego apostoł, czy młody Rydzyk? – i my nie podejmujemy się oceniać. Mimo to zastanawia, że we wstępnych licytacjach z Najwyższym wybrał na test pieniądze. Mógł prosić o wszystko, a jednak postawił na kasę.

Facebook Comments