Polityka mieszkaniowa PiS nadaje się tylko do radia Erewań. Mieli mieszkania rozdawać, a będą odbierać.

Kilka tygodni temu pisaliśmy, że „Mieszkanie plus”, zanim zdechło, zdążyło zaowocować zalewanymi parterami w Jarocinie i wynajmowaniem „gotowych pod klucz” mieszkań w Białej Podlaskiej, bez podłóg, drzwi i oczywiście urządzeń kuchennych czy łazienkowych. W jednym i w drugim przypadku, zamiast obiecywanej ceny wynajmu lokalu na poziomie 70–80 proc. tego, czego żąda wolny rynek, skończyło się na czynszach wyższych niż w okolicy. Obiecywana opcja dochodzenia do własności okazała się bajką, a regulamin najmu jest taki, że jak ktoś zachoruje albo straci pracę i nie zapłaci, to wylatuje z mieszkania na bruk.
Afera z warszawskimi bonifikatami na wykup gruntów z dzierżawy wieczystej wykazała, że i w tak nieskomplikowanej dziedzinie PiS jest w stanie wprowadzić chaos. Wystarczyło, że zastosowali 60-proc. stawkę zniżki dla gruntów państwowych i możliwość 90-proc. bonifikaty dla ziemi należącej do samorządu, żeby wszyscy wszystkim skoczyli do gardeł.

Mieszkasz, to pokazuj

Od 21 kwietnia zacznie obowiązywać prawo klepnięte bez rozgłosu rok temu. Mówi ono, że osoby mieszkające w lokalach komunalnych mogą za nie płacić czynsz w wysokości 40 zł za metr kwadratowy. Lub więcej.
Ustawa każe gminom kontrolować dochody każdego, komu przyzna mieszkanie. Raz na 2,5 roku lokator mieszkania komunalnego ma zatem zaopatrzyć administrację w deklarację zarobków wszystkich pomieszkujących z nim osób za poprzednie trzy miesiące. I gdyby najemca zarabiał więcej niż wynosi ustalony przez gminę limit, to wtedy gmina podniesie mu czynsz nawet do 8 proc. „wartości odtworzeniowej lokalu” (czyli ceny rynkowej).
A nie daj Boże, żeby taka czteroosobowa rodzina z mieszkania komunalnego dostała w spadku jakąś kawalerkę. Wtedy gmina wywali taką familię do jej odziedziczonej posiadłości już po miesięcznym wypowiedzeniu.

Kara za podwyżkę zarobków

Miesięczny czynsz w wysokości 40 zł/mkw. może być oczywiście wyższy. Tyle bowiem wychodzi za mieszkanie wycenione na 6 tys. zł za metr. Czyli w przypadku Warszawy za jakieś peryferia. W centrum wartość odtworzeniowa spokojnie mogłaby wynosić 8–9 tys. zł. I wtedy ktoś mieszkający w kamienicy w Śródmieściu za 60-metrowe mieszkanie, za które teraz płaci niecałe 450 zł, musiałby wykładać 3,6 tys. zł czynszu. Wystarczyłoby, żeby taki lokator samorządowego mieszkania, będący posiadaczem jednego dziecka, zarabiał wraz z małżonką 4 tys. zł na rękę. Bo warszawskie przepisy komunalne określają, że limit przychodów lokatora w wieloosobowym gospodarstwie to 1 330 zł na osobę. Gdy więc mąż i żona dostają na konto po 2 tys. zł, to od kwietnia będą jako krezusi płacili za komunalną chałupę znacznie więcej niż takie samo mieszkanko wynajęte prywatnie. Gdy nie będą chcieli płacić, to właściwe służby będą miały obowiązek wywalenia ich na zbitą twarz.
Nie musi tak jednak być, bo pisowska ustawa jest ludzka. I nie nakazuje, ale pozwala, gminom skorzystać z opcji niepodnoszenia czynszu do maksimum, ale np. do wysokości, w której zmieści się to, co lokator zarabia powyżej limitu. Więc jak mąż czy żona dostaną w pracy podwyżkę o 300–400 zł miesięcznie, to mają tę kasę przelać na konto samorządu, bo o tyle wzrośnie im czynsz. To oczywiście nader motywujące dla każdego…

Kierunek przedmieście

Pocieszeniem dla większości ludzi mieszkających w lokalach komunalnych jest to, że nowe przepisy będą obowiązywać tylko osoby, które podpiszą umowę najmu po 20 kwietnia. Jednak w ustawie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zmusić do tego osoby mające od lat najem na czas nieokreślony. Jak urząd zagnie parol na jakąś nieruchomość, to przecież znajdzie setki powodów, aby przenieść „starych” lokatorów do nowych lokali. A wtedy będzie potrzebna nowa, restrykcyjna finansowo umowa, nakazująca płacić horrendalne stawki. Budynki trzeba wszak rewitalizować i dokonywać kapitalnych remontów w obawie przed katastrofą budowlaną.
Przepis o niedziałaniu prawa wstecz spowodował, że do urzędów biegają wszyscy, którzy mieli dotąd umowy na czas określony. Sądzą, że jak zdążą przed kwietniem stać się posiadaczami umów na wynajem bezterminowy, to im się upiecze. Sęk w tym, że urzędnicy też o tym wiedzą i albo sprawy przeciągną poza 20 kwietnia, albo wydają decyzje odmowne.
Jaki będzie efekt opieki państwa PiS nad setkami tysięcy lokatorów mieszkań komunalnych, łatwo przewidzieć. Oberwą, jak zwykle, najbiedniejsi, którzy, nie mogąc zakombinować z pracodawcą przy zarobkach, będą musieli wynieść się z horrendalnie drogich mieszkań komunalnych i zamieszkując na obrzeżach wielkich miast, płacić na wolnym rynku nawet połowę tego, co zarabiają. Choć i tak mniej niż za mieszkanie komunalne.

Jak stracić na dopłacie

Ale, ale. Przecież od stycznia weszły przepisy pisowskiej ustawy „o pomocy państwa w ponoszeniu wydatków mieszkaniowych w pierwszych latach najmu mieszkania”. To się nazywa „Mieszkanie na start” i ma polegać na tym, że dopłaty do czynszu pomogą Polakom w obniżeniu kosztów życia. Według Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju „program dopłat do czynszów jest kierowany do ludzi, których nie stać na wynajem czy zakup mieszkania na rynku komercyjnym, a ich dochody są zbyt wysokie, by mogli ubiegać się o mieszkania komunalne”. Tacy ludzie przez 15 lat będą mogli dostawać dopłaty do czynszu. W przypadku czteroosobowych rodzin dotacja może wynieść nawet od 300 do 560 zł miesięcznie. W tym roku na ten cel państwo wyłoży 200 mln zł. I odtąd co rok będzie wydawało kolejne 200 mln zł więcej, by w 2034 r. osiągnąć 3,2 mld zł i przestać rosnąć.
O dotację do czynszu może się starać zarówno singiel, jak i rodzina. Osoba mieszkająca samotnie nie może zarabiać więcej niż 2,6 tys. zł brutto, zaś dochody czteroosobowej rodziny powinny wynosić mniej niż 6,4 tys. zł.
I na tym koniec dobrych wiadomości. Dopłaty będą przyznawane osobom wynajmującym mieszkania wyłącznie w nowym budownictwie i tylko po zawarciu stosownej umowy z gminą. Czyli nie będą przyznawane tym, którzy wynajmują używane mieszkanie od osób prywatnych. Jest zatem tak, że dopłaty są dla limitów znacznie wyższych niż te ustalane dla mieszkań komunalnych przez gminy. A ponieważ wejdą do dochodu lokatorów, to zostaną zeżarte przez podwyżkę czynszu. Dokona się zatem transfer z kasy państwa na konto samorządów. Samo w sobie jest to może idiotyczne, ale nie złe. A że wywaleni w mieszkań komunalnych nic z tego nie będą mieli? No cóż… Kazał im ktoś zarabiać więcej niż najniższa krajowa?

Facebook Comments