Wzruszają was opowieści o pracowitości naszych ministrów i ich zaangażowaniu w pracę na rzecz społeczeństwa? Mnie wzruszają. Tak bardzo, że w wyobraźni porównuję ich do najbardziej pracowitych owadów.

Patrzę na oczy dwóch Polaków, o których ostatnio najgłośniej – Sasina (wybory) i Szumowskiego (koronawirus). Gapię się i widzę: bezkompromisowość u Sasina i troskę o pieniądze u Szumowskiego. W przypadku tego ostatniego chodzi oczywiście o państwowe pieniądze i jego starania, by nie poniewierały się bezsensownie. Patrzę na ich zapracowane twarze i wsłuchuję się w opowieści o ich trudzie w służbie Polsce. I zastanawiam się, którego owada najbardziej mi przypominają: mrówkę, pszczółkę czy może osę?

Nie ma takiego mocnego, kto wyliczyłby teraz, na szybko, ile państwowych pieniędzy przewaliło się przez firmy Szumowskich. Nie ma, bo co kilka dni pojawiają się nowe informacje o nowych przedsięwzięciach gospodarczych tej zaradnej rodziny i związanego z nimi instruktora narciarskiego. Dowiadujemy się o jakichś dzikich milionach (według „Gazety Wyborczej” około 300 mln zł) z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, które postanowili przytulić poprzez konsorcjum stworzone przez firmę OncoArendi Therapeutics, w jaką zaangażował się aktualny minister zdrowia. NCBiR podlegał byłemu wicepremierowi Jarosławowi Gowinowi. Łukasz Szumowski nie jest już udziałowcem OncoArendi Therapeutics, bo jego udziały w owej firmie przejęła jego żona, zarządza nią natomiast jego brat. Poleciały miliony państwowych pieniędzy na zakup badziewiastych maseczek (instruktor) i przyłbic ochronnych, w pośrednictwie sprzedaży których brała udział żona instruktora, na czym w kilka godzin zarobiła ponad 100 tys. zł. W tle tych wszystkich towarzysko-rodzinnych biznesów pojawiają się pod adresem Ł. Szumowskiego zarzuty o wydanie 125 mln zł na nieskuteczne testy antygenowe i 200 mln zł na zakup respiratorów po znacznie zawyżonych cenach.

Patrzę na raport płatnego serwisu Polskiej Wywiadowni Gospodarczej o spółce Szumowskich – OncoArendi. Jak specjaliści oceniają jej wiarygodność finansową? Bardzo proszę: „Ryzyko finansowe – krytycznie wysokie”, „Roczny kredyt maksymalny – 0,00 zł”. Czyli wiarygodni są tylko dla skarbu państwa.

Dlatego w oczach Ł. Szumowskiego widzę troskę o pieniądze, a w jego twarzy dostrzegam pracowitość owada.

Co tam bracia Szumowscy z całymi rodzinami, wspólnikami i instruktorem narciarskim z żoną. Jeden chłop przez jakiś tydzień przewalił 70 mln zł. Na tyle właśnie ocenia koszty niedoszłych wyborów prezydenckich (tych z 10 maja) lider Platformy Obywatelskiej Borys Budka.

Pan Jacek Sasin jest wicepremierem oraz ministrem aktywów państwowych. Odpowiada za nadzór nad kasą spółek skarbu państwa. Pod nim więc są banki, koncerny paliwowe, elektrownie, holdingi zbrojeniowe, kopalnie – wszystko, co kapie miliardami.
No, przyznać trzeba, że ma ku temu kwalifikacje. Z wykształcenia jest co prawda historykiem (magisterium: wizja Polski według piłsudczyków), ale studiował nie pięć, a aż 10 lat (1988–1998)! Należy przypuszczać, że w tym czasie zrobił jeszcze jakiś doktorat z ekonomii czy zarządzania, albo chociaż dodatkowe magisterium z tych kierunków, tylko się z tym nie wychyla. Zresztą – już jako student poczuł troskę o pieniądze i ciężko pracował w Fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie”. Chwilę po tym został dyrektorem departamentu w Urzędzie ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Dalsza część jego kariery dobrze wróży Polsce, bo źle wróży PiS-owi. Do czego się zabierał, kończyło się to marnie, jak chociażby kariera wiceszefa Kancelarii Prezydenta L. Kaczyńskiego w czasie jego ostatniego lotu. (Z Niemcami nie pojednaliśmy się, a do grona „kombatantów” dołączyli zwykli mordercy ludności cywilnej). W każdym razie – bez jakiejkolwiek podstawy prawnej – Sasin wziął i wydrukował miliony kart wyborczych, kopert do nich i innych tego typu „przeszkadzajek”.

Nie poczuliśmy straty tych pieniędzy, choć to nasze pieniądze. I jakoś nie zrobiło to na nikim wrażenia, bo 70 mln zł to suma jakaś tak abstrakcyjna… Postanowiłem odrobinę przybliżyć tę abstrakcję i coś tam sobie policzyłem. Internet pełen jest zdjęć Sasina na klęczkach, a Szumowski należy nawet do Zakonu Kawalerów Maltańskich. Obaj więc oddają cześć Jezusowi Chrystusowi, z zawodu robotnikowi budowlanemu.

Robotnik budowlany we współczesnej Polsce zarabia średnio 3270 zł brutto, co daje mu na rękę 2393 zł. Rocznie osiąga więc dochód 28 713 zł. Jeśli przyjęlibyśmy, że Chrystus urodził się jako dorosły mężczyzna i natychmiast po urodzeniu wziął się do uczciwej pracy w budowlance (dodatkowo: sam by się cudownie żywił, cudownie leczył, cudownie ubierał), to żeby uzbierać tyle, co Sasin w tydzień puścił z dymem, musiałby pracować… 2438 lat. Czyli gdyby pracował po dziś dzień, czekałoby go jeszcze 418 lat harówki. Ile musiałby pracować na pieniądze, które przewinęły się przez rodzinę Szumowskich, nie mam pojęcia, ale i liczenie tego nie ma sensu. Kiedy Chrystus „odpracowałby” tę sumę, z całą pewnością ludzkość – gdyby jeszcze istniała – nie znałaby pojęcia „pieniądz”.

***

Mrówka. Jest symbolem pracowitości, ale to nie do końca prawda. W mrówczej społeczności 20 proc. osobników to obiboki. Mimo swoich niewielkich rozmiarów mrówki to niesłychanie silne zwierzęta. Potrafią podnieść rzecz, która jest nawet 50 razy cięższa od nich. Czynią to (jak muszą) – jak nasi ministrowie – dla swoich społeczności. Mrówki wykorzystują zasadę „w kupie siła”. Ich inteligencja niejako sumuje się, ponieważ przy podejmowaniu decyzji naradzają się wspólnie i podejmują ją kolektywnie. Dokładnie jak członkowie gabinetu M. Morawieckiego. To jedyne zwierzęta niebędące ssakami, które posiadły umiejętność nauki poprzez interakcję – jak Rada Polityczna PiS.

Pszczoła. To już prawdziwy pracuś. Około jednej trzeciej spożywanej przez nas żywności jest wynikiem zapylania przez pszczoły miodne. Jedna pszczółka żyje zaledwie około 50 dni i przez ten czas produkuje tylko 1/12 łyżeczki miodu. Ale lata nieboraczka codziennie z prędkością 25 km/h, w jednej sekundzie uderzając skrzydełkami aż 200 razy (!). Podczas jednej eskapady odwiedza od 50 do 100 kwiatków. Przez swoje krótkie życie przelatuje około 60 tys. km. Żyje krótko, bo dosłownie zaharowuje się na śmierć. Dosłownie jak nasi ministrowie.

Osa. Żywi się pasikonikami, mszycami, muchami i… pszczołami. Osa jest skurwysynem! Tak samo jak…

***

Jeśli spróbują Państwo popatrzeć na ministrów rządu Morawieckiego jak na pracowite owady, sami zdecydujcie, do której grupy kogo zakwalifikować.

Facebook Comments
Poprzedni artykułProwincjałki (15)
Następny artykułFakty (16)
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).