Strona główna Kraj Pojedynek absurdów

Pojedynek absurdów

136
Bycie krakowskim urzędnikiem to nie więcej niż zawód.

Rywalizacja Krakowa z Warszawą trwa. Po tym jak w stolicy w 2015 r. spalił się betonowo-stalowy Most Łazienkowski, zdawało się, że Wawel czegoś tak bzdurnego nie przeskoczy. Ale urzędnicy prezydenta Majchrowskiego czuwali.

AK z tektury

Na podorędziu mieli pomnik Armii Krajowej. Był z nim ten problem, że wszyscy go chcieli, tyle że poszczególne lokalizacje nikomu nie pasowały. Odpadła z przyczyn wiadomo jakich koncepcja, by stanął na postumencie po pomniku radzieckiego marszałka Iwana Koniewa. Posadowienie go na placu Biskupim, kojarzącym się krakowianom jako miejsce pracy ulicznych prostytutek – tym bardziej. Miejsce przed Muzeum AK wydawało się optymalne, ale niestety, tam właśnie miejsca nie było.

W końcu wojewódzki konserwator zabytków zaproponował, aby ustawić monument na środku ronda Mogilskiego. Nie spodobało się to potomkom kombatantów, bo ci umyślili sobie, że jedynym godnym miejscem w Krakowie będzie dla pomnika Wawel. Jednak nie wzgórze, ale miejsce tuż pod nim. Gdzieś obok Smoka przy nadwiślańskich bulwarach. Ponieważ jednak zaroiło się od oponentów i tego pomysłu, w magistracie wykoncypowano, że pomnik Armii Krajowej będzie przenośny. A na dodatek z dykty i będzie go można przemieszczać w okolicach Wawelu. Naród przyjął krakowską odpowiedź w pojedynku na absurdy z szacunkiem, ale uznał, że do stołecznego pożaru pomnikowi jeszcze daleko.

Ekogetto

Pod Wawelem podrapali się zatem w łepetyny i wygłówkowali strefę czystego transportu, czyli obszar bez ruchu samochodowego na Kazimierzu. Na paru ulicach ograniczono zatem niemal do zera wjazd samochodów. Obszar strefy wielki nie był: spacer wzdłuż jej dłuższego boku zajmował najwyżej 10 minut, w poprzek góra 5 minut. Co ciekawsze, z jednej strony jego granicę stanowiła kilkupasmowa arteria o nazwie ul. Dietla, zaś z dwóch innych trasy dojazdowe do mostów na Wiśle. Wszystkie one przez większą część dnia stoją zakorkowane autami, które wypluwają z rur wydechowych morze spalin.

Zapomniano, że jest zjawisko o nazwie wiatr. A dla niego przemieszczenie spalin kilkadziesiąt metrów nie jest problemem, więc w powietrzu na terenie czystej strefy wciąż było to, co wydychają rury wydechowe samochodów. I to w takiej samej ilości jak gdzie indziej w mieście.
Najgorsze jednak, że z dnia na dzień ubyło 30 proc. ludzi odwiedzających Kazimierz. O tyle samo spadło obłożenie knajp i sklepów. Na leżącym w środku strefy placu Nowym splajtowały stanowiska, na których sprzedawano warzywa i owoce. Umarły niedzielna giełda rzeczy używanych i odzieży oraz sobotnia giełda staroci. Ale najgorzej mieli zwykli mieszkańcy, bo kurierzy nie mogli im dostarczać przesyłek z towarami kupionymi w internecie. Ekologiczno-idiotyczna inicjatywa krakowskich rajców spotkała się z uznaniem ludzi miłujących poczucie humoru. Kretynizm został przez nich doceniony i odpowiednio wyśmiany. Ale kudy mu do warszawskiego pożaru? I pewnie dlatego, po paru miesiącach armagedonu, rajcy od koncepcji czystego Kazimierza odeszli.

Taniej, czyli drożej

Mieli bowiem w zanadrzu coś, co w dziedzinie absurdu powinno było stołeczne dokonania prześcignąć. System płatności za parkowanie mianowicie. A polega on na tym, że pod Wawelem są strefy płatnego parkowania oznaczone różnymi literami. Im litera bliższa początkowi alfabetu, tym taryfa za pozostawienie auta wyższa. I dlatego ktoś, mając wykupiony bilet na parkowanie w tańszej strefie C, mógł być pewny, że jak przeparkuje samochód do droższej strefy B, to kontrolerzy uznają, że jest to niezgodne z prawem i wypiszą za takie wykroczenie stosowny mandat. Prawda, że to logiczne? Ale tylko do tego momentu.

Krakowska próba pobicia Warszawy w zakresie absurdu polega wszak na tym, że jak ktoś ma wykupiony droższy bilet na parkowanie w strefie B i przestawi auto do tańszej strefy C, to tak jakby uprawnienia do parkowania wcale nie miał. I mimo że delikwent zapłacił za parkowanie drożej, to wykroczenie popełnił, w związku z czym musi zapłacić mandat.

Fani kretynizmów zamlaskali z radości. I zgodnie uznali, że w walce na idiotyzmy Kraków niemal ze stolicą zremisował.

Co by tu jeszcze…

Urzędnicy krakowskiego magistratu złapali wiatr w żagle i wydali zgodę budowlaną na coś, co ich zdaniem przebije stolicę. Przy ul. Grottgera powstał budynek w ząbki. Dzięki takim rębom mieszkańcy ze swoich okien i balkonów mają półtora metra do balkonu i okna mieszkającego w tym samym budynku sąsiada. Nie pomogło, bo Warszawa natychmiast zrewanżowała się ogólnodostępnymi schodami, którymi można się było dostać na przejście dla pieszych nad jedną z warszawskich magistral drogowych. A gdy się jest na tych schodach, to ma się do okien i balkonów mieszkających w bloku obok ludzi też jakieś dwa metry. Warszawska koncepcja okazała się nawet ciekawsza z tego powodu, że nie ogranicza liczby podglądających do jednej rodziny, a ponadto umożliwia podglądanie mieszkań na paru kondygnacjach.

Kraków się nie poddawał. I strzelił w niewielkim parku Reduta obok cmentarza Batowickiego 135 koszy ustawionych koło każdej ławki. Jednoosobowej również. Efekt wizualny jest zbliżony do tego, co widać na pobliskiej nekropolii. Bo ławka plus kosz, stojące co parę metrów, nieodparcie kojarzą się z nagrobkami. Dodatkowym atutem urzędników krakowskich w walce o prymat w absurdzie było to, że na kosze poszło ponad pół miliona złotych!

Ponad poziomy

Nie było to jednak ostatnie słowo urzędników Majchrowskiego. Uznali, że tym co przebije wszystko będzie balon. Na dodatek umiejscowiony w tym samym miejscu, skąd został usunięty w 2015 r. z powodu zasłaniania przezeń Wawelu i Skałki.
Plan zagospodarowania, w którym jest mowa o zasłanianiu, się nie zmienił. Ale zmieniło się przeznaczenie balonu. Bo obok wynoszenia 30 osób na 150 metrów za 69 zł, żeby sobie przez kilkanaście minut pooglądały miasto, balon miał informować o pyle zawieszonym. A właściwie przyklejone doń piktogramy miały zmieniać kolor. Nader zekologizowanym urzędnikom to wystarczyło, żeby podpisać z firmą Balon Widokowy umowę. Na jej mocy balon ma się wznosić i opadać do kwietnia 2022 r. W zamian za postawienie balonu spółka zasili krakowski budżet miesięczną wpłatą 2570 zł. Czyli tyle, ile zgarnia w ciągu dwóch „lotów”. A dzienny plan wzniesień i lądowań przewiduje 60 rejsów.

Nowe umiejscowienie balonu wciąż jest na terenie chronionym planem zagospodarowania przestrzennego, zabraniającym zasłaniania osi widokowej na zabytkową część miasta. Ale urzędnicy uznali, że balon to infrastruktura techniczna, a jej zakazy planu nie dotyczą. Zwłaszcza że – jak wyjaśniali przedstawiciele krakowskiego magistratu – „balon ma przede wszystkim informować mieszkańców o poziomie smogu”.

„W oparciu o sygnał, który będzie przesyłany z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska, na powłoce balonu będzie można zobaczyć, jakie jest zanieczyszczenie w danym momencie. Będą takie cztery piktogramy w formie chmurek, które będą w zależności od stężenia pyłów w powietrzu zmieniać kolor” – rozwodził się przed mediami Marek Kufel, właściciel balonu widokowego.
Loty wystartowały we wrześniu. Kolory na balonie się nie zmieniały. Przyszły dni, kiedy smog wzrósł, a balon nic. Urzędnicy też nic, bo okazało się, że w umowie ze spółką nie ma nic o kolorach. Udało się zatem wymyślić bzdurę do sześcianu. Balon stoi tam, gdzie mu nie wolno i nie ostrzega, bo choć miał ostrzegać, to nie musi. A nawet gdyby fruwał i migotał kolorowo, to przy gęstej i wysokiej zabudowie miejskiej nikt by go i tak nie widział. Nie wspominając o tym, że oprócz ekologów, ta wiedza nikomu w Krakowie nie jest do niczego potrzebna.

Kraków jest posiadaczem absurdu przebijającego spalony warszawski most o kilka długości. To w tym mieście, mającym przez całe dziesięciolecia najbardziej zanieczyszczone w kraju powietrze, ludzie żyją o parę lat dłużej od mieszkańców innych miast. Krakauerzy martwią się więc, że skoro na skutek zakazu palenia węglem jakość powietrza znacznie się poprawiła, to przyjdzie im umierać wcześniej.