fot. Facebook
Są młodzi, zwykle trzydziestoparoletni, stawiają na ekologię, hołdują kulturowej różnorodności, zdecydowanie oddzielają politykę od religii, bronią praw mniejszości, są za równouprawnieniem kobiet, dekryminalizacją związków jednopłciowych, liberalizacją prawa aborcyjnego. Dążą do dialogu, preferują rozwiązania pokojowe. Oto nowe pokolenie polityków, które zaczyna przejmować władzę.

Niestety, nie u nas. My mamy swoje narodowe lumpeksparty, w którym kisimy się niczym mole w naftalinowych oparach. Młodym pokoleniem polityków z Polski (typu: Krzysztof Bosak, Patryk Jaki, Sebastian Kaleta, Adam Andruszkiewicz, Bartłomiej Misiewicz) chwalić się nie da. Nikomu spoza Polski do głowy nie przyjdzie, by stawiać ich za wzór czy mówić, że wyznaczają jakieś trendy, za którymi świat chciałby podążać. Tymczasem poza polskim bagienkiem, na świecie od kilku lat sukcesywnie do władzy dochodzi pokolenie nowej generacji, o którym mówi się, iż wnosi do polityki powiew świeżości, a nawet rewolucjonizuje ją.

Coraz młodsi, coraz młodsze

Mimo iż społeczeństwa krajów cywilizowanych się starzeją, co oznacza m.in., że osób po 50 roku życia, które mogłyby obsadzać wysokie polityczne stołki jest więcej, w ostatnich latach w wielu krajach na stołki te wskakują politycy z niewielkim stażem, którzy nie mają nawet 40 lat (patrz choćby zaprzysiężony w 2019 r. na premiera Ukrainy 35-letni Ołeksij Honczaruk). Co ciekawe, coraz częściej zarządzanie najważniejszymi sprawami państw wyborcy powierzają kobietom. Wystarczy spojrzeć na minione cztery–pięć lat, które w Polsce zmarnowaliśmy na borykanie się z władzą PiS.

W 2017 r. stanowisko premiera Nowej Zelandii objęła 37-letnia wówczas Jacinda Ardern. W tym samym roku w Islandii premierką została starsza od niej, ale jak na ten urząd i tak nadal bardzo młoda, 41-letnia Katrin Jakobsdóttir. W 2018 r. 29-letnia Alexandria Ocasio-Cortez jako najmłodsza w historii wkroczyła do Kongresu Stanów Zjednoczonych. W 2019 r. stanowisko szefa rządu Finlandii zajęła 34-letnia Sanna Marin, stając się najmłodszą premierką na świecie. Co więcej, rządzić krajem przyszło jej wspólnie z partiami koalicyjnymi, na czele których również stanęły kobiety: 32-letnia Li Andersson, 34-letnia Maria Ohisalo, 32-letnia Katri Kulmuni i jedyna wyraźnie starsza w tym gronie 55-letnia Anna-Maja Henriksson. W tym samym roku pierwszą kobietą prezydentem Słowacji została 45-letnia Zuzana Čaputová. Trudno nie wspomnieć o jeszcze jednej młodej osobie, która w ostatnim okresie wstrząsnęła światem. I choć – przynajmniej na razie – nie walczy ona o polityczny stołek, to toczy emocjonujące dysputy z tymi, którzy owe stołki zajmują. Mowa tu o szwedzkiej nastolatce, ekolożce Grecie Thunberg, w 2019 r. nominowanej do Pokojowej Nagrody Nobla.

Żeby zrozumieć, co łączy te postacie, dlaczego akurat teraz tak młode osoby, w dodatku kobiety, zaczynają rządzić narodami i wyznaczać kierunki politycznych działań, warto przyjrzeć się ich poglądom, postawom, zachowaniom i wartościom, jakie wyznają. Pozwoli to też lepiej zrozumieć oczekiwania i potrzeby społeczności, które je wybrały.

Feminizm na salonach

Fakt, że kobiety dochodzą do najwyższych struktur władzy, nie jest wyłącznie trendem europejskim, aczkolwiek w Europie (oprócz już wymienionych powyżej) kobiety prezydentki mamy w Estonii (Kersti Kaljulaid) i w Gruzji (Salome Zurabiszwili), w Chorwacji (Kolinda Grabar-Kitarović), a do niedawna na Litwie (Dalia Grybauskaite), Malcie (Marie-Louise Coleiro Preca), zaś kobiety premierki w: Niemczech (Angela Merkel), Norwegii (Erna Solberg), Serbii (Ana Brnabić), a do niedawna też i w Wielkiej Brytanii (Theresa May) i Rumunii (Viorica Dăncilă). Warto tu także wspomnieć, że w 2019 r. kobieta (Ursula von der Leyen) stanęła na stanowisku szefowej KE. No i mamy też dwie władczynie – monarchinie Elżbietę II (Wielka Brytania) oraz Małgorzatę II (Dania). Trend dochodzenia kobiet do stanowisk zarządczych w polityce daje się obserwować nawet w krajach, gdzie wydawałoby się to kiedyś nie do pomyślenia (np. Aruba, Bangladesz, Tajwan, Nepal, Namibia czy Etiopia). Jednak cechą w przeważającej mierze europejską (choć podajemy tu również przykład kongresmenki z USA), dającą się zauważyć w ostatnich latach, jest dochodzenie do władzy polityczek bardzo młodych. Czy coś je łączy?

Jacinda Ardern, najmłodsza premier w Nowej Zelandii od 150 lat. Na jej punkcie kraj oszalał, a szaleństwo to dostało nazwę „jacindamania”. Ardern określa siebie mianem socjaldemokratki, feministki i agnostyczki. Gdy została premierką, od trzech lat była w heteroseksualnym związku partnerskim, aczkolwiek niesformalizowanym. Ze związku tego, już w trakcie sprawowania przez nią urzędu premiera, Ardern urodziła dziecko, i dopiero rok później zdecydowała się zaręczyć z ojcem dziewczynki Clarkiem Gayfordem. Trzy miesiące później z dzieckiem przy piersi pojechała na obrady Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku. Wyborcom dała się poznać jako polityk głośno walcząca o prawa osób homoseksualnych (jest zwolenniczką małżeństw jednopłciowych), popierająca liberalizację prawa aborcyjnego, legalizację marihuany, lobbująca za modelem państwa opiekuńczego, stawiająca na działania proekologiczne (Nowa Zelandia boryka się z ogromnym problemem skażenia wód), nieszczędząca środków na poprawę opieki zdrowotnej, edukację, mieszkalnictwo publiczne, za to wspierająca kulturową różnorodność i wyraźnie sprzeciwiająca się redukcji podatków dla osób o wysokich dochodach. Gdy w 2019 r. seria zamachów na meczety w Christchurch pochłonęła kilkadziesiąt ofiar, media rozpisywały się o „sile kobiecej wrażliwości” jaką wówczas wykazała Arden, okazując empatię i wsparcie dla rodzin ofiar, przy jednoczesnym całkowitym potępieniu sprawców tragedii oraz dla ekstremizmu w każdej postaci. To wówczas właśnie „Vogue” nazwał ją „anty-Trumpem”, bo w rozmowie telefonicznej z prezydentem USA, który przekazując swoje kondolencje, zapytał ją, jak po strzelaninach USA mogą wesprzeć Nowozelandczyków, odpowiedziała: „Okazując sympatię i miłość dla społeczności muzułmańskiej”. „Nową Zelandię ludzie wybierają dlatego, że jest bezpieczna, nie ma tu miejsca na nienawiść i rasizm. Reprezentujemy różnorodność, życzliwość, współczucie i oferujemy dom tym, którzy podzielają nasze wartości” – mówiła po tych trudnych wydarzeniach młoda premier.
Twarda i współczująca, szczera i spontaniczna, taką pokochali ją Nowozelandczycy.

Katrin Jakobsdóttir na czoło islandzkiego rządu wybiła się z pozycji liderki Ruchu Zieloni-Lewica. W wieku 27 lat związała się z lewicową Partią Zielonych. W latach 2009–2013 pełniła funkcję minister edukacji, nauki i kultury Islandii, a także była ministrem ds. współpracy ze Skandynawią. Za jej rządów Zielonym udało się stworzyć zgodną koalicję z centroprawicową Partią Niepodległości. Mając 41 lat, została drugą kobietą premier w historii swojego kraju. Z wykształcenia jest magistrem literatury islandzkiej. Prywatnie żoną oraz matką trójki dzieci. Politycznie dała się poznać jako feministka, ekolożka i zwolenniczka ostrego oddzielenia religii od państwa. Lobbowała za wprowadzeniem w kraju całkowitego zakazu obrzezania, w myśl zasady, że nietykalność cielesna jest ważniejsza niż religia rodziców. Żądała kary sześciu lat pozbawienia wolności dla rodziców, którzy na Islandii podobnym praktykom będą poddawać swoje dzieci. Udało jej się także wdrożyć ustawowe zrównanie płac kobiet i mężczyzn, co prawicowców doprowadziło niemal do masowych zawałów. Niektórym trudno uwierzyć, gdy jawiąca się jako charyzmatyczna rewolucjonistka Jakobsdottir deklaruje: „Jestem pacyfistką”. „Babka ma jaja” – mówią o niej ci, którzy nie potrafią spojrzeć na świat bez męskiej perspektywy.

Alexandria Ocasio-Cortez to córka architekta z Bronksu i portorykańskiej gospodyni domowej. Amerykańska politolożka, określająca się mianem „socjalistycznej demokratki”, chciałaby USA bez urzędu imigracyjnego, z powszechną opieką społeczną, z bezpłatnym szkolnictwem, ze zreformowanym prawem dostępu do broni palnej i systemu prywatnych zakładów karnych oraz zwiększonymi nakładami budżetowymi na budownictwo publiczne.
W 2018 r. wzięła udział w prawyborach Partii Demokratycznej przed wyborami do Kongresu Stanów Zjednoczonych, ubiegając się o nominację na kandydata do Izby Reprezentantów USA z 14 okręgu wyborczego stanu Nowy Jork. W prawyborach pokonała prominentnego kongresmena Josepha Crowleya, który zasiadał w Kongresie 10 kadencji. Tym samym weszła do Kongresu jako najmłodsza kobieta w historii. 29-latka nie bawi się w PR-owo ustawiane gatki, jest autentyczna, nie boi się głośno wypowiadać własnych poglądów. O polityce „zero tolerancji” Trumpa mówi wprost: „Nie do zaakceptowania! Jest zbudowana na nadużyciach i braku poszanowania dla praw obywatelskich”. Sprzeciwia się panowaniu bogatych: „społeczeństwo, które pozwala istnieć miliarderom jest niemoralne” – głosi, lobbując za wprowadzeniem podatku redukującego wielkie fortuny (a sięgającego nawet 70 proc.). Jej zdaniem dopiero takie posunięcie, w wymiarze ekonomicznym, pozwoliłoby stworzyć namiastkę sprawiedliwości społecznej. Bliskie są jej sprawy ekologii i chętnie za 12 lat widziałaby USA państwem wolnym od użycia paliw kopalnych. Ocasio-Cortez uważa, że chory jest system, w którym łatwiej jest dostać się do Kongresu USA niż spłacić studencki kredyt (sama jeszcze nie spłaciła), system, którym fundamentalne niesprawiedliwości stanowią bieda i brak mobilności społecznej. Z badań opinii publicznej wynika, że Ocasio-Cortez cieszy się 59-proc. poparciem Amerykanów i budzi podziw ludzi spoza swojego kraju.

Sanna Marin to najmłodsza szefowa rządu w historii Finlandii i trzecia kobieta na tym stanowisku. Choć dla niej takie fakty wydają się być kompletnie nieważne: „Nigdy nie myślałam o swoim wieku i płci, ale o powodach, dla których zainteresowałam się polityką i tych sprawach, dla których zdobyłam zaufanie elektoratu”. Podobnie jak wcześniej omawiane tu młode polityczki, Marin także ceni sobie demokrację w wersji socjalistycznej. Urząd premiera objęła startując z Socjaldemokratycznej Partii Finlandii, a wcześniej w rządzie pełniła funkcję minister transportu i komunikacji. Kiedy w ubiegłym roku do Polski dotarły wieści o jej politycznym awansie, w sieci od razu pojawiły się memy z pytaniem: „Jak kończą dzieci wychowane przez pary jednopłciowe?” i z odpowiedzią: „Zostają premierami”. Bo Marin wychowana została właśnie przez dwie lesbijki, co zresztą bardzo sobie chwali i jest wielką orędowniczką walki o prawa osób homoseksualnych. Niektórzy nazywają Marin „tęczową” premier, choć ta żyje w heteroseksualnym związku z Markusem Räikkönenem, z którym wychowują córkę – owoc ich relacji. Jednak ani wiek, ani płeć, ani przeszłość Sanny Marin nie są powodami jej wyborczego sukcesu. Ludziom podoba się szczerość i autentyczność polityczki, to, że potrafi rozmawiać z przeciwnikami, dążąc do porozumienia i że owo porozumienie jest dla niej ważniejsze niż posiadanie racji. Krajem przyszło jej rządzić z czterema innymi kobietami – liderkami Partii Centrum, Sojuszu Lewicy, Ligi Zielonych oraz Szwedzkiej Partii Ludowej Finlandii. „Jeśli dodać do nich Sari Essayah, przewodniczącą Chrześcijańskich Demokratów, to mamy sytuację niespotykaną w innych parlamentach w Europie, a nawet na świecie” – komentują babski team finlandzkiego rządu politolodzy.

Zuzana Čaputová to pierwsza w słowackiej historii kobieta prezydent. Dla wielu jej wygrana w wyborach była ogromnym zaskoczeniem. Prawniczka, specjalizująca się w sprawach związanych z ochroną środowiska, praktycznie bez politycznego doświadczenia, startująca ze świeżo założonej (2017 r.), mało znaczącej liberalnej partii Progresywna Słowacja. Wyśmiewano jej start w wyborach, mówiąc, że polityka to nie konkurs piękności. Za polityczne samobójstwo uważano niekrycie się przez nią z poparciem dla legalizacji związków partnerskich i adopcji dzieci przez pary tej samej płci, podobnie jak to, że jednym z kluczowych filarów swojej polityki uczyniła kwestię ochrony środowiska. I raptem ta kobieta, wyszydzana przez polityczne tuzy Słowacji, wygrywa wybory prezydenckie. Co więcej, na zaprzysiężeniu oświadcza, że nie zamierza rządzić, tylko służyć. „Oferuję wam swój rozum, serce i ręce” – mówi, podkreślając przy tym, że dla niej najważniejsze w politycznej misji jest pokonanie różnic, które dzielą słowackie społeczeństwo. „Możemy wyrażać nasze stanowisko wobec różnorodności, innej tradycji, innych doświadczeń i innych poglądów, nie naruszając wolności ani godności innych osób” – twierdzi. To właśnie ten niekonfrontacyjny styl polityki, jaki zaproponowała wyborcom, okazał się strzałem w dziesiątkę. Tym bardziej że po latach korupcji na politycznych szczeblach w Słowacji, latach przepychanek, kłótni, straszenia ideologią LGBT i najazdem imigrantów – została zaakceptowana, otrzymując poparcie blisko 60 proc. wyborców. Wygrał ktoś, kto wygrać nie miał szans. Triumf Čaputovej zaskoczył wszystkich.

Przyszłość jest kobietą?

Dlaczego coraz więcej społeczeństw postanowiło zaufać kobietom? Dlaczego pozwalają dojść do głosu kobietom młodym, a nawet bardzo młodym, o dość rewolucyjnych poglądach, które – według tego, co lansują prawicowe środowiska nacjonalistyczne, mocno aktywne ostatnimi laty – w ogóle nie powinny zostać usłyszane, lecz z marszu zhejtowane? Czyżby głos prawicy, głośny i agresywny, okazał się głosem jałowym, głosem bez tak powszechnego odbiorcy, jak lubią to lansować konserwatywni? Awanse młodych polityczek na wysokie stanowiska rządowe świadczą o tym, że chyba nie jest do końca tak, jak próbuje się nam to wmawiać. Że wielu ludziom nie przeszkadzają ani homoseksualiści, ani imigranci, ani rozdział religii od państwa, że chcą pokoju i spokoju, chcą żyć, zachować zdrowie i móc cieszyć się tym życiem, niekoniecznie w betonowej miejskiej pustyni, ale w zgodzie z naturą, w przyjaznym otoczeniu, w dobrych relacjach z sąsiadami.

Monika Falej, prawniczka i polityczka Wiosny, w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” rozumie ten społeczny trend, bo uważa: „Kobiety idą do polityki, by rozwiązywać problemy. Mężczyźni – by załatwiać interesy i być kimś”. Zdaniem Falej, w męskiej polityce najczęściej chodzi o „interesy, kombinacje, autorytaryzm, narcyzm, ambicje i walkę o władzę dla samej władzy”. Tymczasem polityka kobieca, wychodząca często nie tyle z osobistych ambicji, co z realnych potrzeb, szuka rozwiązań i je znajduje, bo przecież od lat kobiety musiały je znajdować, aby przetrwać.

Kolejne pytanie, które się nasuwa, jest oczywiste: czy w Polsce ma szansę zaistnieć nowa generacja polityków/polityczek? Prof. Renata Mieńkowska-Norkiene, politolożka, odpowiada:
„Idzie nowe, ale nie wszędzie” – tłumaczy w rozmowie z „Gazetą Pomorską”. „Nowe idzie tam, gdzie myśli się do przodu, a młodzi mają w tym lepsze rozeznanie, upór i determinację. Tradycyjne partie polityczne z ich dotychczasowymi przywódcami, nie potrafią uporać się z takimi wyzwaniami. Ci przywódcy wciąż są za bardzo nastawieni na doraźność, walkę od kampanii do kampanii, a nie odpowiedzialność za następne pokolenia. Młodzi liderzy za to nie chcą utrzymywać jedynie systemu politycznego, mają więcej odwagi do realnych zmian”.
Jednak odpowiadając na pytanie, czy Polacy są gotowi na młodego, dynamicznego, wolnego od uprzedzeń polityka/polityczkę prezydenta bądź premiera, pozbawia złudzeń:
„Obawiam się, że to niemożliwe. Mamy tak głęboki rów światopoglądowy w naszym kraju, że nie sposób znaleźć kogoś, kto byłby w stanie scalić takie skrajności”.