Pojawienie się w publicznej przestrzeni, w relatywnie niewielkim odstępie czasu, „Kleru” Wojtka Smarzowskiego, a następnie telewizyjnego dokumentu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu”, wyzwoliło procesy społeczno–psychologiczno-medialne, które dalece przekroczyły horyzont i znaczenie zwykłej premiery filmowej.

Zjawiska, które choć dobrze znane tysiącom osób, m.in. z łamów naszego pisma, jak również funkcjonujące jako wieść gminna czy tajemnica poliszynela, ciągle jednak krążyły na swoiście bocznym torze publicznej debaty – teraz znalazły się w centrum uwagi i uległy turbodoładowaniu. Różne mutacje raka toczącego Kościół katolicki w Polsce (rozumianego jako hierarchia i kler) objawiły się w całej przerażającej okazałości. To co się stało, można też porównać do mechanizmu rezonansowego, który szeptowi czy najwyżej półgłosowi nadał głośność towarzyszącą wybuchowi medialnej bomby.

Pedofilia na topie

Te dwie główne mutacje kościelnego raka to skrajne zmaterializowanie kleru, jego patologiczna chciwość oraz rozplenione w jego szeregach przestępstwo pedofilii. Twórcy „Kleru” skoncentrowali się na tej pierwszej postaci choroby, przedstawiając jednocześnie swoistą panoramę siedmiu grzechów głównych, rozpanoszonych w kuriach biskupich, na parafiach i wszędzie tam, gdzie w przestrzeni publicznej, społecznej funkcjonują przedstawiciele tej specyficznej kasty zawodowej.
Tomasz Sekielski skoncentrował się na drugim z grzechów Kościoła katolickiego – na kryminalnym zjawisku pedofilii i na procederze jego ukrywania nie tylko przed opinią publiczną, ale także przed wymiarem sprawiedliwości. W ciągu kilku ostatnich tygodni problem nabrzmiał tak bardzo, że dotychczasowe metody zwodzenia przez Kościół opinii publicznej i organów państwa zawiodły. Miarą problemu jest fakt, że do Polski przybywa specjalny watykański „rewizor” do walki z pedofilią w Kościele, arcybiskup Charles Scicluna, przez niektórych nazywany „Terminatorem”. Ten moment to dobra okazja, by przypomnieć, co zdarzyło się w polskim Kościele na przestrzeni mijającej dekady, co poprzedziło obecny, bardzo dla Kościoła niebezpieczny „kryzys pedofilny”.

„Zakąski przekąski” i puszkowy krzyż

Niespełna dziewięć lat temu, w nocy z 9 na 10 sierpnia 2010 r. na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie doszło do zdarzeń, których znaczenie trudno było wtedy odczytać. Jeszcze żyły echa deklaracji o „pokoleniu JP2”, przekonanie o niewzruszonej religijności młodego pokolenia. Jeszcze nie zostały przeprowadzone badania ośrodka Pew Research Center, które ujawniły, że młode pokolenie Polaków jest rekordzistą w światowym procesie laicyzacji. Dziś, z perspektywy upływu dziewięciu lat, tamte wydarzenia nabrały innej
wymowy jako prefiguracja, czyli zapowiedź procesów społecznych, które dokonają się w nieodległej już przyszłości. Jako znak zmian, zachodzących w polskim „narodzie katolickim”, w Polaku-katoliku. Przypomnijmy te zdarzenia.
Komentatorzy tzw. konfliktu wokół krzyża przed Pałacem Prezydenckim i wielotysięcznej demonstracji w nocy z 9 na 10 sierpnia 2010 r. na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie przejawiali wtedy często skłonność do postrzegania tego fenomenu w perspektywie doraźnej. Postrzegali go głównie w kontekście wydarzeń kilku miesięcy, jakie upłynęły od 10 kwietnia 2010 r. Nic w tym dziwnego. Ówczesnym komentatorom brakowało doświadczenia następnych siedmiu lat. Ponadto koncentrowano się na kulturowym charakterze tych zdarzeń. Dominowało oburzenie na akty w rodzaju oddawania przez demonstrantów moczu na znicze płonące przed Pałacem, układanie przez nich krzyża z puszek po piwie „Lech”, okrzyki: „Uwolnij Barabasza” i „lewacki”, „bluźnierczy” nastrój, emanujący z pobliskiego lokalu „Zakąski przekąski”.
Objawiło się coś, na co młodzież jest zazwyczaj szczególnie wrażliwa – na formę. Młodzież zareagowała bowiem alergicznie, przekornie na nadętą ponurość przekazu, na jego nadmierny patos, na nadęcie werbalne. Okazało się ono sprzeczne z popkulturową estetyką, w jakiej została uformowana. Podczas demonstracji dominowały na ogół nie klasyczne antyklerykalne hasła, lecz iskrzyła się wesoła, luzacka, młodzieżowa subkultura słowa i gestu.
Oczom zgromadzonych ukazał się młody człowiek przebrany błazeńsko za biskupa, a okrzyk „do kościoła” zdawał się oznaczać nie tylko oczekiwanie przeniesienia tam krzyża, lecz także (być może nie do końca przez tych młodych ludzi uświadomiony) imperatyw na rzecz wyraźnego oddzielenia Kościoła od państwa. Młodzież ta bowiem (być może instynktownie) wyczuła, że za obrońcami krzyża stoją polityczne siły, które doszedłszy do władzy mogłyby się stać zagrożeniem dla ich – dziś „młodzieżowych”, ale jutro być może „dorosłych” praw i wolności.

Odreagowanie lat klerykalizacji

Wydaje się bowiem, że korzenie tego, co się zdarzyło w noc z 9 na 10 sierpnia mocno tkwiły w historii III RP od jej zarania i wiele wskazuje, że to, czego byliśmy i jesteśmy świadkami, stanowi opóźnioną, odroczoną społeczną odpowiedź na forsowną klerykalizację życia publicznego, rozpoczętą w następstwie przemian 1989 r. i antycypację protestów przeciw przyszłej władzy PiS. Był to odsunięty w czasie bunt przeciw dyktatowi dyskursu katolickiego w życiu publicznym, bunt, na który wtedy (z różnych powodów) nie zdobyli się rodzice tej generacji tysięcy młodych ludzi, której przedstawiciele skrzyknęli się na protest za pomocą Facebooka.
Ich rodzice należą do pokolenia, które było jeszcze oczarowane tradycyjnym, odruchowym, mającym korzenie w historii, szacunkiem dla Kościoła. Splot licznych okoliczności sprawił, że pierwsza generacja aktywna w życiu publicznym po 1989 r. nie zdobyła się na otwarty bunt przeciwko wspomnianym zjawiskom.
Przyczyn tego było co najmniej kilka: świeża jeszcze wtedy pamięć PRL, postrzeganej (nie w pełni zresztą słusznie) jako formacja opresyjna wobec Kościoła, świeży jeszcze mit bezdyskusyjnie dobroczynnego przełomu solidarnościowego, silna presja mitu polskiego Kościoła katolickiego jako jedynego, a w każdym razie najistotniejszego zwornika tożsamości narodowej, a także fakt, że nurt krytyki Kościoła zdołano zamknąć do getta „postkomuny”, do getta przeznaczonego dla „sierot po PRL” i dla gatunku „homo sovieticus”.
W młodym pokoleniu tego nie ma, jeśli nie liczyć wąskich relatywnie kręgów młodzieży ultrakatolickiej, rozmaitych rydzykowych janczarów. Gdy więc prawicowy publicysta Piotr Zaremba stwierdził wtedy, że „Polacy zatoczyli koło – wracają wojny religijne z lat 90.”, to warto zastanowić się, dlaczego tak się stało i wypada nie bez przekąsu stwierdzić, że było to do przewidzenia, a przyjmowanie założenia, iż religijny kształt Polski zastygnie w bezruchu na dziesięciolecia, było nierealistyczne.

Jak rozsiewano wiatr…

Kto dobrze pamięta atmosferę panującą w Polsce po przełomie 1989 r., ten wie, jak dwoista była reakcja społeczna na takie zdarzenia, jak wprowadzenie religii do szkół, rozpoczęcie kampanii przeciwko prawu do przerywania ciąży i prawu do badań prenatalnych, wprowadzenie ustawowego wymogu respektowania wartości chrześcijańskich w mediach, narastające nasycenie prasy, radia i telewizji treściami konfesyjnymi, usilne dążenie do wyraziście religijnej preambuły w nowej konstytucji (co skończyło się tylko połowicznym sukcesem katolickich radykałów) i tak dalej.
Jedni przyjmowali to wszystko jako przywrócenie wartościom religijnym i ludziom wierzącym należnego im miejsca w życiu społecznym, inni, a było ich niemało, przyjmowali to z daleko idącą rezerwą, widząc niebezpieczeństwo klerykalizacji życia w Polsce. Prymitywny w istocie slogan o „zastąpieniu dyktatury czerwonych dyktaturą czarnych”, który pojawił się między wyborami 4 czerwca 1989 r. a powstaniem rządu Tadeusza Mazowieckiego, miał w owych czasach spore wzięcie. Jako pierwszy praktyczne wnioski z tych nastrojów wyciągnął Jerzy Urban, zakładając radykalnie antyklerykalny i antykatolicki tygodnik satyryczny „Nie”, który od razu zdobył wysoką poczytność. Kilka lat później powstał tygodnik „Fakty i Mity”.
Wiele o nastrojach społecznych mówił też choćby rezonans szyderczej piosenki (tak, tak) Pawła Kukiza „ZChN zbliża się”.
Rychło jednak okazało się, że na tle oceny roli Kościoła katolickiego w życiu publicznym i w rezultacie oporu przed klerykalizacją podzielił się także obóz posolidarnościowy, o czym świadczył choćby fakt, że w 1992 r. na czele ruchu na rzecz referendum w sprawie szykowanego (i wprowadzonego ustawą ze stycznia 1993 r.) zakazu przerywania ciąży stanął m.in. legendarny działacz podziemnej Solidarności stanu wojennego Zbigniew Bujak. Jak wiadomo, ruch ten poniósł porażkę i kilka miesięcy później, w styczniu 1993 r., został wprowadzony w Polsce obowiązujący do dziś zakaz aborcji.
W kolejnych latach serie porażek ponieśli też m.in. przeciwnicy obecności religii w szkole, którą umocnił swoim wyrokiem Trybunał Konstytucyjny, przeciwnicy konkordatu, przeciwnicy ustawowego wymogu respektowania wartości chrześcijańskich w mediach publicznych. Do tego doszły medialne doniesienia o hojnym czerpaniu przez instytucje kościelne z kasy państwowej, o mnożeniu się w instytucjach publicznych korpusu kapelanów, opłacanych z budżetu, o podatkowym uprzywilejowaniu Kościoła katolickiego, o coraz częstszych przypadkach arogancji kleru, o wpływaniu hierarchów na decyzje administracyjne (np. budowa obiektów sakralnych mimo protestów mieszkańców). Pojawiła się też wiedza o kuriozalnym, niespotykanym w krajach demokratycznych trybie funkcjonowania takiego gremium, jak kościelno-państwowa Komisja Majątkowa, ujawnianie się afer pedofilskich z udziałem księży i wiele innych zdarzeń.
Nad tym wszystkim, trochę niczym wielka tajemnica poliszynela, unosił się przekazywany z ust do ust komunikat, czy raczej „głos ulicy”, który w uproszczeniu można streścić w zdaniu: „Kler rządzi, a politycy boją się go jak diabeł święconej wody, więc ulegają mu na całej linii”. Było w nim być może nieco przesady, ale też i garść ziaren prawdy.
W odbiorze dość szerokich kręgów społeczeństwa dominacja Kościoła i jego dyskursu przyjmowała postać religijnej ideokracji, upokarzającej ich w sposób zbliżony (podkreślam: zbliżony, a nie tożsamy) do tego, w jaki upokarzająca jest opresja ideologiczna w warunkach państwa autorytarnego, by nie rzec totalitarnego. Tego nastroju nie łagodziła osoba polskiego papieża, otoczonego co prawda powszechną sympatią, doprawioną jednak pewną dozą nieszczerości i obłudy. Znamienne jest też to, że mimo formalnych, wynikających z demokratycznych reguł wolności słowa, możliwości krytyki tego stanu rzeczy, była ona w praktyce ograniczona przez obowiązującą, prokościelną poprawność polityczną. Poza otwarcie lewicowymi tytułami, takimi jak „Nie”, „Fakty i Mity”, „Trybuna” czy kilkoma pismami niszowymi w rodzaju kwartalnika „Bez Dogmatu” czy miesięcznika „Dziś”, w większości mediów – z mediami głównego nurtu na czele – najwyraźniej została przyjęta opcja, polegająca na powstrzymywaniu się od nazbyt radykalnej krytyki Kościoła i zjawisk klerykalizacji. Odbierane to było przez wielu jako wyłączenie Kościoła spod społecznej krytyki lub co najmniej jej ograniczenie. Nawet SLD, największa i dwukrotnie po 1989 r. rządząca siła polityczna lewicy, do pewnego stopnia dostosował się do tego klimatu. Wszystko to wytworzyło silną, jak się dziś okazuje, mieszankę wybuchową, potencjał rozgoryczenia i upokorzenia.

„Młoda Polska” 2010

Latem 2010 r. cała ta spuścizna, mocą międzypokoleniowego przekazu, dostała się w ręce generacji dzieci nie tylko antyklerykałów lat 90. i pierwszej dekady XXI w., ale także tej części wierzących, którzy mimo deklarowanej przynależności do Kościoła katolickiego nie chcieli i nie chcą w Polsce państwa wyznaniowego.
Ta młodzież, wolna od osobistej, wynikającej z autopsji pamięci uwarunkowań PRL-owskich, wolna od „postkomunistycznych” kompleksów, od dziedzicznego, historycznie wdrukowanego, bezwarunkowego, charakterystycznego dla tradycyjnej polskiej obyczajowości szacunku dla Kościoła i sutanny, wychowana w świecie zhomogenizowanej popkultury, internetu i nowych treści medialnych – zareagowała za pomocą języka sobie właściwego. Atmosfera okraszonej śpiewem i tańcem zabawy, zgrywy, radości, żartu, happeningu, drwiny, okazała się właściwą formą oporu przeciw namaszczonym, nadętym, uroczystym, religijnym formom działania obrońców krzyża, przeciwko radykalnej dewocji. Jest to bunt także estetyczny. Laicka treść została pomieszczona w nowej formie estetycznej. Już nie skądinąd znana, tradycyjna, ostra frazeologia antyklerykalna, lecz język młodzieżowego luzu i dezynwoltury stał się językiem demonstracji. Polski laicyzm, polski sekularyzm wyszedł z niszy wiecznej mniejszości i stał się własnością młodej ulicy, trafił „pod strzechy”.

Impuls laicyzacyjny?

Przez 30 lat powracającej co pewien czas i przy różnych okazjach dyskusji nad rolą religii i Kościoła katolickiego w polskim życiu publicznym jak refren powtarzały się pytania: „Czy Polska okaże się odporna na impulsy laicyzacyjne, czy też w końcu im ulegnie? Czy pozostanie katolicką „semper fidelis” (łac. tł.: zawsze wierny – przyp. red.), europejskim „przedmurzem
chrześcijaństwa”, czy też upodobni się, mniej lub bardziej, do zlaicyzowanej większości państw europejskich?
Odpowiedzi padające z obu stron sporu były na ogół raczej życzeniowe niż obiektywne. Jedni twierdzili, że masowości i sile polskiego katolicyzmu nic nie grozi. Inni ostrzegawczo wskazywali na Irlandię, która w ciągu kilkunastu lat z kraju ortodoksyjnie katolickiego stała się krajem radykalnie zlaicyzowanym. Ośrodki badawcze działające pod auspicjami Kościoła katolickiego odnotowywały wprawdzie malejącą (choć bardzo powoli) frekwencję na mszach i nabożeństwach, a także narastający fenomen religijności „selektywnej”, ale świątynie niezmiennie robiły wrażenie wypełnionych wiernymi, zwłaszcza na wsiach oraz w małych miastach. Z drugiej jednak strony badania odnotowywały intensyfikację religijności w środowiskach bardzo już konfesyjnie zaangażowanych. W sumie argumentacje i oczekiwania obu stron sprowadzały się do przekonania, że status quo trwać będzie jeszcze długo i perspektywa jakichkolwiek zmian jest pieśnią bardzo jeszcze odległej przyszłości.
Tymczasem niespodziewany przebieg zdarzeń tamtych dni uczynił w owym domniemanym status quo istotny wyłom. Na razie jest to wyłom jedynie psychologiczny, który można określić jako efekt demonstracji i którego konsekwencją może okazać się efekt obcości. Co ów efekt demonstracji, a w dalszej konsekwencji obcości, w tym przypadku oznacza? Oto szerokim kręgom młodego pokolenia objawił się naocznie jeden z ważnych wizerunków polskiego katolicyzmu – skłonność do fanatyzmu, do uporu, agresji, nieliczenie się z regułami współżycia społecznego, pogarda dla prawa państwowego.

„Młoda Polska” 2016–2019

Sześć lat później nastąpił kolejny impuls. Potężny Czarny Protest z października 2016 r. przeciw próbie całkowitego zakazu aborcji był szokiem i dla władzy PiS, i dla Kościoła. Protest nie okazał się aktem incydentalnym, ale przebudził świadomość setek tysięcy, jeśli nie milionów kobiet (choć nie tylko kobiet) w Polsce, przybierając przy tym bogate i trwałe formy organizacyjne.
W Polsce dokonuje się laicka rewolucja. Przeszliśmy drogę od rachitycznych protestów przeciw zakazowi aborcji jesienią 1989 r. do potężnych demonstracji w latach 2016–2018, w których obok żądania prawa do przerywania ciąży, dostępu do edukacji seksualnej i antykoncepcji, pojawiły się m.in. postulaty ograniczenia roli Kościoła w życiu publicznym, jego rozdziału od państwa, respektowania zasad państwa świeckiego. Teraz doświadczamy „kryzysu pedofilnego”, który już bardzo nadwerężył autorytet Kościoła katolickiego w Polsce. Żyjemy w radykalnie innej rzeczywistości niż ta, gdy powstawał pierwszy numer tygodnika „Fakty i Mity”.

Facebook Comments