Mój pożegnalny felieton przypadł na czas koronawirusa.

Nie wiem, czy to również czas pożegnania zarazy, ale trzeba mieć nadzieję, że tak. Epidemia dotknęła każdej części życia – stosunków międzyludzkich, handlu, komunikacji, a także rzeczywistości zupełnie nieracjonalnej, która wciąż pokutuje wokół nas. Być może epidemia jeszcze wróci. Być może pojawi się kolejna. Ale był to okres, który na pewno zapisał się w naszej historii. W tej społecznej i tej z religią w tle. Wydarzenia pokazały, że trudno jest społeczeństwu, w którym racjonalizm jest wciąż dla wielu nieosiągalny, zdać do końca egzamin ze wspólnego bezpieczeństwa. Pomimo edukacji, którą każdy z nas odebrał, do wielu nie dotarł fakt, że człowieczeństwo mierzy się troską o bezpieczeństwo innych. I że własny światopogląd należy zachować w sferze prywatnej, jeśli może być zagrożeniem dla wspólnego dobra.

Zwalczanie wszelkich epidemii zawsze polegało na ograniczaniu kontaktów międzyludzkich, rezygnacji z imprez masowych i przestrzeganiu podstawowych zasad higieny. Część katolickiej hierarchii reagowała, choć na ogół z niechęcią i ze zwlekaniem, apelami o wspólne bezpieczeństwo, ale było też wiele przykładów, że przedstawiciele kleru jawnie i w poczuciu bezkarności łamali wszelkie obostrzenia.
Nieraz spotykało się to z reakcją ich przełożonych, ale wielokrotnie podobne sprawy bagatelizowano. A Kościół jest przecież strukturą hierarchiczną i bezsprzecznie potrafiłby wymusić subordynację swoich funkcjonariuszy. Jej brak był tym groźniejszy, że postawy księży, manifestujących lekceważenie dla zdrowia publicznego, były często uznawane przez katolickie media za przykład do naśladowania.

Najbogatsza polska instytucja nie była w stanie zdobyć się na finansową pomoc dla służby zdrowia, której na początku pandemii dramatycznie brakowało niezbędnego sprzętu. Dysponujący ogromnym majątkiem Kościół potrafił jedynie zwracać się do swoich wiernych, aby sfinansowali zakup szpitalnego wyposażenia. Żaden z mieszkających w pałacach biskupów nie chciał zrezygnować ze swoich luksusów, aby wcielić w życie głoszone bezustannie hasła o solidarności i pomocy.

Kolejnym problemem, jaki ujawnił się w epoce koronawirusa, było potwierdzenie faktu niedojrzałości religijnej dużej części wiernych. Polska religijność bowiem to wciąż raczej ludowa obrzędowość niż dogmatyczna dojrzałość. Nastąpił zwrot w stronę jeszcze większego mistycyzmu i zabobonów. Praktykujący katolicy zaczęli samodzielnie poszukiwać odpowiedzi na pytania dotyczące ratunku przed chorobą, i to nie zawsze w sposób zgodny z katolicką ortodoksją. Pomimo apeli części hierarchów katolickie media pełne były zachęt, aby nie słuchać głosu rozsądku swoich religijnych przewodników.

Znamienna była treść kartki, jaka znalazła się na drzwiach katowickiej katedry po wprowadzeniu ograniczenia liczby wiernych w kościołach. Napisano na niej: „Zdrajcy biskupi”. Kartki tej zapewne nie wywiesili miejscowi ateiści. Byli to raczej ci, którzy słyszeli nawoływania katolickich aktywistów i dużej części kleru, aby nie przejmować się wirusem, gdyż wiara jest ważniejsza. To efekt polskiej pobożności – bezrefleksyjnej, ludowej, bez głębszego zrozumienia chrześcijańskich idei miłosierdzia i miłości bliźniego, którego można było zarazić, uczęszczając mimo zakazów na msze i procesje.

Religia jest sprawą bardzo osobistą. Każdy powinien mieć pełne prawo do wiary w cokolwiek lub kogokolwiek. Ale stosunek do religii powinien uwzględnić poszanowanie dla wspólnego dobra. Dla tych, którzy nie podzielają religijnych dogmatów, ale z tego powodu na pewno nie są mniej ważni. I kiedy nadchodzi okres zagrożenia, to religii nie powinno się wykorzystywać do szerzenia własnej ideologii. Warto pamiętać o faktach, nawet jeśli deprecjonują one czyjąś postawę, i pokazywać, jak wygląda rzeczywistość.

Rola Kościoła w historii Polski nie sprowadzała się do bohaterskich czynów kleru, ponoć niezastąpionego w walce o ojczyznę i polskość. Poznajmy prawdę o postaciach w rodzaju zakonnika Kordeckiego, który miał bronić Częstochowy, a w rzeczywistości słał poddańcze listy do szwedzkich najeźdźców. Obowiązuje dziś oficjalnie „jedynie słuszna” wersja historii – narracja o Kościele, który miał być ostoją polskości w czasach zaborów, choć hierarchowie kościelni nawoływali do modlitw za panującego nam miłościwie monarchę, cara Aleksandra. Niestety, znów żyjemy w czasach, w których Kościół modli się za rządzących i wspiera ich ze wszystkich sił. Biznes znaczy bowiem biznes. I tylko szkoda, że – nawet dostrzegając ten paradoks – wielu z nas wciąż szuka usprawiedliwienia dla istnienia religii.

Na pożegnanie zapraszam do lektury mojej książki „Kościół w czasach pandemii”, która przypomina, jak zachowywali się zwolennicy katolicyzmu w ostatnich miesiącach.

Dziękuję za tyle wspólnych tygodni, w których zechcieli Państwo wykorzystać swój czas na czytanie moich felietonów.


PS. Książka „Kościół w czasach pandemii” dostępna jest już w księgarni www.PrawdaCzasu.pl.

Facebook Comments
Poprzedni artykułDziecięcy burdel kardynała
Następny artykułCzerwony harcerz „Stasiek”
Dariusz Kędziora
Jest dziennikarzem i tłumaczem. Zajmuje się przede wszystkim sprawami światopoglądowymi – komentując i oceniając je z ateistycznego punktu widzenia, co w kraju zdominowanym przez religijną większość nie jest częste. Jest prezesem Koalicji Ateistycznej – organizacji, która zabiega o prawa osób niewierzących, a także członkiem założycielem Kongresu Świeckości, grupującym większość organizacji, które stawiają sobie za cel realizację postulatów budowy świeckiego państwa. Jest absolwentem Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie i jej byłym wykładowcą (Otwarty na długie dyskusje światopoglądowe, nawet jeśli nie uda się ich zakończyć konsensem – przyp. red.).