fot. PAP/Paweł Supernak
Artykuł 212 kodeksu karnego dawno temu powinien zostać zniesiony. Powodów, aby ten kuriozalny przepis zniknął z polskiego prawa, jest aż nadto.

Przepis ten dotyczy przestępstwa zniesławienia i stanowi, że karze grzywny albo ograniczenia wolności podlega ten, kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności. Jeżeli sprawca działa „za pomocą środków masowego komunikowania” (np. prasa, internet itd.), wówczas grożąca kara sięga już roku pozbawienia wolności. Dlaczego ten przepis powinien stracić rację bytu?

Po pierwsze

Służy on różnego rodzaju pieniaczom chorym na nadmierną miłość własną do zamęczania ludzi, którzy korzystają z wolności słowa. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że po artykuł 212 kk sięgnął Jarosław Kaczyński i złożył doniesienie o przestępstwie przeciwko dziennikarzom „Gazety Wyborczej”, którzy opisali biznesową aktywność Kaczyńskiego, mającą równocześnie kryminalny posmak, za sprawą doniesienia złożonego przez austriackiego architekta. Kaczyński poczuł się – jak twierdzi – pomówiony przez dziennikarzy, chociaż zrelacjonowali oni tylko nagrania z tajnych rozmów Kaczyńskiego o jego kolejnym biznesie. Wychodzi więc na to, że Kaczyński właściwie pomówił się sam. Ta sprawa pokazuje jednak, do czego jest używany ten idiotyczny przepis. Przecież absolutnym kabaretem jest sięganie po represję karną przez polityka kontrolującego – za pośrednictwem swoich politycznych podwładnych – prokuraturę, aby wycelować ostrze tej represji przeciwko resztkom wolnej prasy w Polsce. Jeszcze większym kabaretem jest to, że Kaczyński próbuje zaprząc do ochrony swojego „dobrego imienia” (na marginesie: nie wydaje się ono ostatnio najlepsze, biorąc pod uwagę ogrom niechęci i nieufności społecznej wobec tego polityka) prokuraturę. Przypomnijmy, że zniesławienie jest ścigane z oskarżenia prywatnego, a więc wymaga złożenia przez pomówionego prywatnego aktu oskarżenia. Sam pomysł, żeby za Kaczyńskiego pracowała utrzymywana z naszych podatków prokuratura, kierując się rzekomym „interesem społecznym” w represjonowaniu dziennikarzy, pokazuje dno moralne, na którym kula się Polska i jej chwilowa władza. Nie ma żadnego interesu społecznego w tym, żeby prokuratura brała udział w prywatnej wendecie pana Kaczyńskiego. Interes społeczny wymaga natomiast wyjaśnienia niejasnych powiązań i układów, w których zafunkcjonował pan Kaczyński, a które naświetlili dziennikarze. Kaczyńskiemu Polska po raz kolejny pomyliła się z putinowską Rosją, w której interes cara Władimira jest tożsamy z interesem państwa. Przypomnijmy też, że jeszcze kilka lat temu Kaczyński publicznie zapowiadał, że jeśli PiS obejmie władzę w Polsce, to zniesie artykuł 212 kk. Ta obietnica Kaczyńskiego okazała się warta tyle samo, co wszystkie inne, które publicznie formułował ten człowiek.

Po drugie

Przepis ten budzi zasadnicze wątpliwości co do swojej konstytucyjności. Był on już przedmiotem badania zmarłego Trybunału Konstytucyjnego, jednak (podobnie jak w wielu innych sprawach) nie popisał się on postępowym myśleniem. Ale już Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie zwracał uwagę na nieproporcjonalność sankcji karnych za przekroczenie granic wolności słowa. Przypomnijmy choćby wyrok ETPC z 2010 r. w sprawie Kubaszewski przeciwko Polsce, w którym Trybunał wyraził pogląd, że wystarczającym środkiem ochrony prawnej dla osób pomówionych jest sankcja cywilna. W sprawie Gąsior przeciwko Polsce (2012 r.), w zdaniu odrębnym do tego wyroku, sędzia Björgvinsson wyraził zszokowanie surowością polskiej regulacji przestępstwa zniesławienia i sankcji za nie grożącej, określając ją jako „wysoce niewłaściwą i nieproporcjonalną”. Najwyższa pora, żeby zastanowić się, czy na pewno musimy utrzymywać to kuriozum w polskim systemie prawnym. Przepis ten ośmiesza nas jako państwo nabzdyczonych i chorych z miłości własnej palantów, a wyznam, że nie mam ochoty być kojarzony w ten sposób.

Po trzecie

Przepis ten jest notorycznie używany przez pana Ryszarda Nowaka, autora licznych pozwów i donosów przeciwko osobom korzystającym z wolności wypowiedzi. Już samo to świadczy o tym, że należy ten przepis znieść. Nie mam ochoty utrzymywać działalności pana Nowaka. Jeżeli człowiek ten życzy sobie dawać upust swojej potrzebie oskarżania i pozywania, to niech to robi na własny koszt, w sądzie cywilnym. Przypomnijmy, że pan Nowak oskarżał o zniesławienie donosząc ostatnio na Adama Michnika za użycie słowa „sekta” wobec przedsiębiorcy z Torunia (poniekąd zgadzam się z Nowakiem, że Rydzyk nie uprawia sekciarstwa, tylko jest reprezentantem katolickiego mainstreamu w Polsce, zatem gdzie tu sekta?!), a także na działaczy KOD protestujących przeciwko rozjeżdżaniu Wawelu przez Kaczyńskiego w związku z jego bizantyjskimi wizytami na tym zamku. Tylko te dwa przykłady świadczą o tym, że artykuł 212 kk powinien zniknąć na zawsze.

Po czwarte

Artykuł 212 kk jest opacznie rozumiany przez sądy i wielokrotnie nadużywany. Sądy w Polsce notorycznie oczekują od dziennikarzy nadludzkich umiejętności w weryfikowaniu zbieranego materiału, będącego podstawą publikacji prasowych. Systematycznie rozlicza się dziennikarzy z prawdziwości publikowanych informacji, zapominając, że dziennikarz to nie służby specjalne i nie ma możliwości dotarcia do obiektywnej prawdy. To, że materiał prasowy okazał się w toku procesu sądowego obiektywnie nieprawdziwy, nie może stanowić podstawy skazania dziennikarza, bo nie jest on ani jasnowidzem, ani też sądem i nie przesłuchuje nikogo pod przysięgą. Niestety, zrozumienie tej prostej prawdy wielokrotnie przerasta moich kolegów w togach. W orzecznictwie sądów polskich znajdujemy np. takie oto spostrzeżenie: „działalność każdego organu państwa może być oceniana przez dziennikarza, a opinia publiczna ma prawo być informowana o ewentualnych nieprawidłowościach. Nie zwalnia to jednak dziennikarza od tego, aby jego wypowiedzi miały charakter bezstronny, szczególnie wtedy gdy dotyczą faktów”. Serio? Naprawdę dziennikarz ma zachowywać bezstronność niczym sąd? A prawo do komentowania faktów? Czy naprawdę sąd uważa, że opisując postać pana Jankowskiego, byłego agenta SB i pedofila, z zawodu klechy, dziennikarz ma obowiązek powściągliwie nadmieniać, że „istnieją dowody obciążające”, zamiast napisać wprost, że postawiono pomnik człowiekowi, który był obsceniczny w ogromie zła, jakie wyrządził całym swoim życiem?

Po piąte

W ostatecznym rozrachunku społecznym doniosłość dobra prawnego, jakim jest nieskrępowana debata o sprawach publicznych, jest wielokrotnie większa niż samopoczucie osób, które są „przedmiotami” tej debaty. Zabranie im zabawki w postaci atomowej broni, którą jest karna odpowiedzialność za zniesławienie, nie spowoduje, że Rzeczpospolita się zawali. Spowoduje natomiast, że sądy przestaną być zawalane pieniackimi kretynizmami, wypisywanymi w prywatnych aktach oskarżenia składanych przez rozmaitych zaburzonych osobników.

I wreszcie po szóste

Przepis ten jest w pewnym zakresie martwy. Jeśli przeczytamy go uważnie, to wynika zeń, że nie wolno pomawiać „grupy osób” o „właściwości”, które mogą być poniżające w oczach opinii publicznej. Pytam więc: a gdzie byli w takim razie prokuratorzy, kiedy politycy PiS bezkarnie pomawiali byłych pracowników służb mundurowych PRL o działania sprzeczne z prawem, uzasadniając bydlęcą ustawę odbierającą im emerytury? Gdzie skryli się ziobrowscy pomagierzy w togach, kiedy Piotrowicz i spółka odsądzali od czci i wiary polskich sędziów? Gdzie byli ci prokuratorzy, kiedy pisowscy politycy i kler katolicki wygadywali najobrzydliwsze kalumnie pod adresem osób LGBT? Gdzie się podziali prokuratorzy, kiedy Pawłowiczówna publicznie zniesławiała polskich ateistów? I odpowiadam sobie: otóż byli zajęci czytaniem donosów panów Nowaka i Kaczyńskiego. Do tego służy artykuł 212 kk. I również w imię elementarnej sprawiedliwości przepis ten powinien wreszcie raz na zawsze zniknąć.