fot. Artur Kulikowski
Narodowy Marsz Życia, który przeszedł ulicami Warszawy, miał być pokazem siły i potwierdzić przywiązanie do tradycji chrześcijańskiej, barw narodowych i wszystkiego, co związane z prawdziwą polskością.

Duma narodowa legła w gruzach, a nasze kołtuństwo widoczne były aż nadto. Katolickie i prawicowe media piały, że w marszu wzięło udział 10, a nawet 20 tysięcy osób. Naprawdę były niecałe trzy, z czego duża część została do stolicy zwieziona autokarami z kilkunastu miejscowości w całym kraju.
Ulicami Warszawy kroczyli w większości emeryci, jednak to oni mieli w sprawie seksu i ciąży najwięcej do powiedzenia. Zaistnieć chcieli także prawicowi politycy, ale zostali „spacyfikowani” przez organizatorów. Znakomitym przykładem niech będzie europoseł Ryszard Czarnecki z PiS, który dumnie szedł w pierwszym szeregu marszu, ale ze sceny głosu nie zabrał, bo nie został tam wpuszczony. Wściekły, odwrócił się na pięcie i poszedł do domu. Więcej szczęścia miał inny znany prolajfer Marian Piłka, który co prawda na pakę tira wszedł, ale mikrofonu do ręki nie dostał. Jedynym politykiem, który zabrał publicznie głos był 58-letni Marek Jurek. Europoseł powiedział jasno, co nas czeka.
– Niepodległą Polskę odbudujemy na fundamencie Dekalogu, bo tylko w tym jest życie naszego narodu. Dekalog nie jest opinią, jest zbiorem zasad, jest warunkiem
cywilizacji życia.
W sukurs Jurkowi chciał przyjść prezes Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski, który na placu Trzech Krzyży apelował, aby to właśnie tu zakrzyknąć „Konstytucja!”:
– Bowiem trzeba przypomnieć rządzącym, że konstytucja Polski chroni każde życie od chwili poczęcia.
Kwaśniewski kłamał, bowiem artykuł 38 Konstytucji RP mówi wyraźnie tylko i aż: „Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia”. Na wspólne skandowanie hasła „Konstytucja!” nie zdecydowali się ani Jurek, ani Piłka, ani najsłynniejsza prolajferka w kraju, czyli Kaja Godek. O naprawę ustawy zasadniczej, a co za tym idzie całej Polski, apelowała najgłośniej nawrócona na wiarę Dominika Chorosińska (jeszcze niedawno Figurska). Radna PiS powiedziała co następuje:
– W Warszawie jest serce Polski, ale duchowe serce naszego katolickiego kraju bije na Jasnej Górze. Niech z tego właśnie serca wypłynie płomień miłości i zaleje całą Europę. Niech Polska będzie spichlerzem wartości życia i rodziny.
Po tych słowach na placu zapanowała euforia. Starsi ludzie, z pieśniami religijnymi na ustach, jeszcze wyżej podnieśli krzyże, różańce, sztandary z Jezusem Chrystusem oraz transparenty w stylu: „Aborcja to morderstwo i nazizm”, „Tak dla Życia”, czy „Wielka Polska Katolicka”. Rozwinięto długą biało-czerwoną flagę.
Po zakończeniu Narodowego Marszu Życia do specjalnie podstawionego tira manifestanci wrzucali wszystkie rozdawane im wcześniej przez organizatorów bogobojne sztandary, flagi i poświęcone przez kapłanów transparenty żądające zakazu aborcji. Wrzucali je na pakę jak zbędne graty do śmietnika na podwórku. Na odlew, aby szybciej, nie patrząc nawet, gdzie lecą. Tuż obok walała się, jak szmata, zwinięta w kłębek ta ogromna biało-czerwona flaga, którą jeszcze przed chwilą dumnie wznosili nad swoimi głowami, śpiewając hymn narodowy i modląc się do Boga.