W odróżnieniu od miłości, opisanej przez Márqueza z wdziękiem, humorem i sympatią, o przemocy w czasach zarazy trzeba pisać twardo i bez znieczulenia.

Zwłaszcza że to temat niechętnie poruszany, bo niewygodny i wstydliwy dla wszystkich. Wbrew pozorom, bardziej dla ofiar niż dla katów, którzy są w uprzywilejowanej sytuacji zarówno w społecznej mentalności, jak i w kościelnych naukach.

Państwo i Kościół, jako relikty i zarazem ostoja patriarchatu i seksizmu, nie są zainteresowane obroną ofiar, bo w 90 proc. stanowią je kobiety i dzieci, które w oczach kleru i polityków są swoistym „gorszym sortem”. Większość ważnych stanowisk i funkcji w państwie, a wszystkie w Kościele katolickim, piastują mężczyźni. Mają przewagę we władzach ustawodawczych i wykonawczych. Nadają męską płeć budżetom, wykorzystaniu unijnych środków, planom zagospodarowania przestrzennego. W Kościele do tej pory kobiety nie wywalczyły sobie praw wyborczych, a Watykan pozostaje jedynym państwem, którego głowa jest wybierana wyłącznie przez mężczyzn – kardynałów (konklawe). Kobiety, choć stanowią większość wiernych, nie są dopuszczone do kapłaństwa i pełnią jedynie funkcje podrzędne. Zakonnice są wręcz darmową siłą roboczą, a nierzadko też seksualnym pogotowiem dla księży. Przemoc, zwłaszcza psychiczna, jest w zakonach chlebem powszednim. Często jedynym dawanym bez ograniczeń.

Marna pozycja kobiet w katolicyzmie jest związana z kultem maryjnym, w którym słaba płeć jest pozornie wyniesiona na piedestał, a w rzeczywistości sprowadzona do podrzędnych funkcji domowo-opiekuńczych. Kobieta ma usługiwać mężczyźnie i wypełniać bez szemrania „małżeński obowiązek”, rodzić i religijnie wychowywać dzieci, gotować, sprzątać, regularnie się modlić i chodzić do kościoła. Ora et labora, czyli módl się i pracuj, ale pracuj kobieto w domowym zaciszu! I oczywiście pohamuj swoje feministyczne, równościowe ambicje. W 1905 r. papież Pius X plótł jak Piekarski na mękach, że „kobieta nie powinna głosować, ale poświęcić się wzniosłemu ideałowi dobra ludzkości”. Dopiero w 1919 r., a więc 26 lat po uzyskaniu praw wyborczych przez Nowozelandki i rok po ich wywalczeniu przez Polki, papież Benedykt XV łaskawie opowiedział się za prawem do głosowania dla kobiet, ale tylko do głosowania. W domu nadal miało być bez zmian.

Obowiązująca do 1928 r. przysięga małżeńska dla kobiet brzmiała: „biorę Cię za męża i ślubuję miłować Cię i szanować (…) być wierną i ULEGŁĄ, i nie opuszczać Cię aż do śmierci”. Mężczyźni nie obiecywali uległości. Gdyby musieli, pewnie w ogóle by się nie żenili. Zresztą żeniaczka niewiele zmieniała w ich życiu, a jeśli już to na lepsze. Kobiety zaś wychodziły za mąż, czyli opuszczały dom rodzinny, i spod kurateli ojca wpadały w uścisk i przede wszystkim ucisk męża.

Sytuacja zmieniła się po II wojnie światowej, w której życie straciło, według różnych szacunków, od 60 do 85 milionów ludzi i gwałtownie zabrakło rąk do pracy przy powojennej odbudowie państw i ich gospodarek. Toteż jesienią 1945 r. papież Pius XII z bólem serca oświadczył: „Wybiła wasza godzina, kobiety i młode katoliczki. Potrzebuje was życie publiczne”. Oczywiście miał na myśli nie rządzenie i władzę, ale ciężką pracę. Słynne, a tak obecnie wyśmiewane, hasło „Kobiety na traktory” też było jedynie odpowiedzią na wyzwanie powojennego czasu.

Kolejne feministyczne rewolucje przyniosły wpisanie równości kobiet i mężczyzn do konstytucji i dziesiątki aktów prawnych niższego rzędu, dających kobietom prawie wszystkie możliwe uprawnienia, z których wcześniej korzystali jedynie mężczyźni. Choć to niewiarygodne, w Polsce kobiety nie miały:

  • do 1921 r. żadnych praw w małżeństwie,
  • do 1929 r. możliwości wykonywania zawodów prawniczych,
  • do 1946 r. prawa do odrębnego majątku i posiadania konta w banku,
  • do 1969 r. dostępu do kobiecej antykoncepcji.

Dziś trudno znaleźć dziedziny aktywności, w których kobiety nie osiągają sukcesów, ale wciąż mają tzw. szklany sufit i lepką podłogę. Pierwszej kobiety na stanowisku premiera doczekaliśmy się dopiero w 1992 r. (Hanna Suchocka), na stanowisku marszałka Sejmu w 2011 r. (Ewa Kopacz), a prezydenta kobiety wciąż nie ma. To głównie kwestia seksistowskiej mentalności społecznej i partyjnej. W jej wyniku Polacy mają wyobrażenie prezydenta jako 40-50–letniego mężczyzny, który ma żonę i dzieci.

Wśród czynników, które uniemożliwiają prawdziwą równość płci, na pierwszy plan wysuwa się przemoc wobec kobiet. Parlament Europejski w rezolucji z 2010 r. w sprawie równości kobiet i mężczyzn w UE uznaje, że „przemoc wobec kobiet we wszystkich postaciach jest główną przeszkodą w zapewnieniu równości kobiet i mężczyzn, a także najbardziej powszechnym naruszeniem praw człowieka, wykraczającym poza granice geograficzne, gospodarcze, kulturowe czy społeczne”. Przemoc wobec kobiet dotyczy milionów kobiet na całym świecie. Szacuje się, że 45 proc. Europejek doznało przynajmniej raz w życiu przemocy, a od miliona do dwóch milionów cierpi ją codziennie. Kobieta najbardziej narażona na przemoc jest we własnym domu, ze strony swojego życiowego partnera.

Pisowski rząd chwali się, że w Polsce aktów przemocy jest mniej niż w innych unijnych krajach. W rzeczywistości dotyczy to jedynie oficjalnych zgłoszeń i wynika z podejścia do przemocy, która w wielu środowiskach także przez kobiety jest uznawana za naturalne, tradycyjne zachowanie mężczyzny. Utrwalają to, nazywane ludową mądrością, przysłowia, które głoszą, że „jak chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije” czy „jak bije, to kocha”. I nie będzie inaczej, dopóki dzieci będą widziały, że matki nie wzywają policji, kiedy są katowane, a jeśli już przyjedzie w wyniku interwencji sąsiadów, bronią swojego oprawcę i tłumaczą, że się zdenerwował i nie umiał pohamować emocji. Nie chcą dopuścić do swojej świadomości, że są bite, bo to sprawia ich katowi przyjemność, a nie hamuje się, bo nie musi. Wszak żaden damski bokser nie jest na tyle nieopanowany, żeby rzucić się z pięściami na swojego szefa lub kolegę z pracy. Żonę, partnerkę leje, bo lubi i może. Traktuje to jako swoje święte prawo, a Kościół je potwierdza, odmawiając bitym kobietom prawa do odejścia i unieważnienia małżeństwa, a nawet do cywilnego rozwodu.

Obecnie jedną z form walki z koronawirusem są obowiązkowe kwarantanny, ale i znacznie liczniejsze dobrowolne pozostawanie w domu. Kobiety doznające na co dzień przemocy zostały teraz zamknięte w swoich domach z oprawcami, którzy mają wręcz nieograniczone możliwości fizycznego, psychicznego i seksualnego znęcania się nad bliskimi. Nie słychać jednak o specjalnych rządowych programach, infoliniach, dodatkowych pieniądzach na prewencję. Już wcześniej minister Ziobro praktycznie zlikwidował pomoc dla maltretowanych kobiet. Problem wraca ze zdwojoną siłą. Za chwilę może się okazać, że śmiertelnych ofiar przemocy domowej jest więcej niż koronawirusa.

Drodzy Państwo! Przed nami święta. Spędźmy je w domu! Z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi zdążymy się spotkać, kiedy minie koronawirusowe zagrożenie. Od naszego rozsądku zależy, jak szybko wrócimy do normalności. Kochani, dajmy przykład mądrości i racjonalności. Będzie dobrze! Wszystkiego niekaczego!

Facebook Comments
Poprzedni artykułCo tam, panie w Watykanie (9)
Następny artykułPiąta kolumna 15/2020
prof. Joanna Senyszyn
Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).