W Warszawie jest blisko 200 kościołów rzymskokatolickich. Kaplic i kapliczek policzyć nie sposób, bo są ich tysiące. Jest się gdzie pomodlić. To wszystko jednak za mało.

Wyznawcy Pana Boga muszą manifestować i obnosić się ze swoją wiarą publicznie. W tym celu od pięciu lat krążą po najważniejszych drogach stolicy. Przy okazji tamują ruch i wprawiają w osłupienie wszystkich, których napotykają na drodze. Nie inaczej było podczas ostatniego „Pokutnego marszu różańcowego”, który przeszedł ulicami Warszawy.
10 dzień lutego, niedziela, tuż po zachodzie słońca. Pomimo chłodu na Starym Mieście tłum spacerowiczów. Ludzie, jak to ludzie, rozmawiają, śmieją się, robią zdjęcia, jedzą gofry czy popijają ukradkiem z piersiówki. Dochodząc do Sanktuarium Matki Boskiej Łaskawej przy ulicy Świętojańskiej, wszyscy nagle poważnieją. Najpierw stają jak wryci w ziemię, potem patrzą na boki z uwagą i niepokojem. Przed świątynią porządku pilnuje dwóch policjantów pod bronią. Sygnał jest prosty: stało się coś niepokojącego. Tymczasem nie! To straszne dopiero się wydarzy. Rozpoczyna się bowiem msza inaugurująca comiesięczny „Pokutny marsz różańcowy”.
To msza inna niż wszystkie. Marsz również. Zgromadzeni modlą się o „ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło, jakiego doświadczyli od prześladowców”.

Bezbożnikom na pohybel!

Kościół pełen wiernych. Nie ma gdzie usiąść, staję w kruchcie; nasłuchuję. Z głośników płynie głos księdza Stanisława, który w modlitwie powszechnej wzywa wiernych:
– Módlmy się za nasze dzieci i nasze rodziny demoralizowane, szczególnie w szkołach, poprzez liberalne, masońskie i neomarksistowskie wychowanie. Módlmy się, aby jak najszybciej Matka Najświętsza ocaliła nasze rodziny, nasze dzieci przed tym bezbożnictwem. Byśmy wytrwali w świętej wierze katolickiej, Ciebie prosimy…
Po ogłoszeniach parafialnych, gdzie ksiądz zachęca, by zapisywać swoje dzieci tylko i wyłącznie do Szkoły Podstawowej, Gimnazjum i Liceum Sióstr Zmartwychwstanek na Żoliborzu, formuje się pochód. Dziwne, ale z tłumu, który był na mszy, pozostaje na miejscu około 20 osób, no i jedna
z kruchty – ja. Pojawia się pielgrzymkowy zestaw nagłaśniający, mikrofony bezprzewodowe, krzyż oraz lektyka dla obrazu Najświętszej Dziewicy Maryi.

Marsz, marsz Maryja

Na miejsce przybywają także policyjne posiłki – na „kogutach” podjeżdżają cztery radiowozy. W sumie to 25 policjantów. Nietrudno policzyć, że funkcjonariuszy jest więcej niż chcących wziąć udział w Marszu. Pochód, a w zasadzie pochodzik, rusza. Ksiądz Stanisław intonuje popularną pieśń maryjną: „Panno nad pannami, święta nad świętymi…”, a kilkunastu pokutników podłapuje i śpiewa wraz z nim „…Najświętsza Królowo, Pani nieba, ziemi, najśliczniejszy kwiecie, lilijo, Matko Różańcowa, Maryjo!”. Z pokutnym „Pokutnym marszem różańcowym” kierujemy się w stronę Krakowskiego Przedmieścia.
Wszystko wygląda groteskowo i surrealistycznie. Z przodu policyjny radiowóz z włączonym kogutem, dalej człowiek z krzyżem, później lektyka z obrazem i na końcu garstka pokutników. Z tyłu kolejne trzy radiowozy na „kogutach”. Po bokach liczna piesza ochrona policyjna. Warszawiacy przyglądający się temu zjawisku rzucają nieśmiało: „chyba umarł ktoś znany”, inni dopowiadają „dziś 10, więc pewnie to miesięcznica smoleńska”. Nikt nie wie, o co chodzi.
Zagraniczni turyści patrzą z niedowierzaniem i kręcą głowami. Zdjęć nie robią – za ciemno. Ludzie w pobliskich restauracjach i barach ledwie na moment podnoszą głowy znad talerzy lub kufli z piwem i tylko wzruszają ramionami. Ich miny mówią wszystko: nie wiedzieć czemu mają nas za oszołomów…

Przystanek: prezydent

Nasz marsz zbliża się do Pałacu Prezydenckiego. Pomimo gigantycznego korka (ruch kołowy został dla nas wstrzymany) pokutnicy klękają na środku ulicy i zaczynają się modlić. Ksiądz Stanisław nawołuje:
– Prosimy Pana Jezusa w Kaplicy Prezydenckiej, by łaskami swoimi obdarował Głowę Naszego Państwa i odwagą, by skorzystał z prawa inicjatywy ustawodawczej i jako prezydent wziął w obronę dzieci nienarodzone, a nie tylko mówił o tym, że chętnie by poparł ten projekt. Ma możliwości, by taki własny projekt ustawy przedstawić Sejmowi. Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament…
Ruch na Krakowskim Przedmieściu zostaje przywrócony po blisko godzinie, czyli wówczas, gdy my, pokutnicy, skręcamy w ulicę Świętokrzyską. Tu, choć możemy skorzystać z bardzo szerokiego chodnika, nadal idziemy środkiem drogi. Horror komunikacyjny nie znika. Dla odmiany teraz nie można przejechać ze wschodu na zachód Warszawy.

Przystanek: ministerstwo

Przed Ministerstwem Finansów kolejny króciutki przystanek na modlitwę za „władze tego świata, które odrzucają Boga, a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka lub sentymentalnie celebrują humanizm”.

Przystanek: TVP

Z uwagi na mróz nasz przetrzebiony już pochodzik dociera do placu Powstańców Warszawy, skąd nadawane są „Wiadomości” TVP i gdzie swoją siedzibę ma m.in. TVP Info. Jak słychać, „to tu mieszczą się główne studia informacyjne telewizji, gdzie przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siana jest nienawiść oraz kłamstwa”. W asyście znanych już oddziałów policji oraz nowych – codziennie chroniących budynek TVP przed „lewackimi atakami” – modlimy się o „konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich”.

Przystanek: Smyk

Po przejściu połowy Śródmieścia i ciągłych modlitwach „na Różańcu Świętym, który jest ostatnim ratunkiem dla świata”, my, pokutnicy, docieramy do budynku Domu Towarowego „Smyk” (z artykułami dla dzieci). Tu policjanci blokują już dla nas wszystkie kierunki ruchu. Całe centrum stolicy jest sparaliżowane, ale oczywiście wcale to nie przeszkadza. Manifestujemy przecież przywiązanie do wiary chrześcijańskiej! Manifestujemy w niedzielny wieczór, z rachitycznym śpiewem na ustach, rozchodzącym się przez zdezelowany i charczący megafon.

Przystanek: autobus 107

I nagle konsternacja: na ulicy Kruczej pochód staje, wszyscy klękają. Dzieje się to przy przystanku autobusowym linii 107. Ki czort? – zastanawiam się. Okazuje się, że ksiądz Stanisław „musi nas opuścić, gdyż ma zaplanowane inne zajęcia”.
Po krótkiej „przystankowej modlitwie” kapelan błogosławi nas, klęczących pokutników, „W imię Ojca i Syna…”. Tych nas, walczących o „porzucenie błędnych wyznań i religii wiodących na bezdroża nienawiści”, pozostaje dokładnie ośmioro. Smutni i zawiedzeni jesteśmy, że pasterz zostawił swe owieczki bez opieki. Ruszamy dalej w stronę budynków Sejmu i Senatu przy ulicy Wiejskiej. Tam na zakończenie pochodu mamy „ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego kraju”.

Przystanek: skrucha

Podobnie jak ksiądz Stanisław, tak i ja już przy przystanku miałem dość tego przedstawienia. Nałaziłem się, zmarzłem, ale widziałem wzrok i reakcje ludzi, których nasz „Pokutny marsz różańcowy” mijał po drodze. Szkoda, że ci, którzy poszli dalej nie wsiedli jednak do nadjeżdżającego właśnie autobusu, bo jeszcze przez ponad godzinę sześć osób z pieśnią na ustach, krzyżem w ręku, Najświętszą Dziewicą Maryją w lektyce i w asyście policji utrudniało życie zdezorientowanym i wściekłym mieszkańcom Warszawy. Przepraszam, że brałem w tym udział.

Facebook Comments