Ojciec wychował go na „zabójcę”, który po trupach prze do sukcesu.

„Dziś Donald jest z grubsza taki, jakim był, gdy miał trzy lata: niezdolny do dorosłości, nieumiejący się uczyć, ewoluować. Niepotrafiący sterować emocjami, kontrolować odpowiedzi, absorbować i syntetyzować informacji”.

Gdyby jeszcze pięć lat temu ktoś wyraził się tak o prezydencie Stanów Zjednoczonych, najważniejszego państwa świata – sam by sobie wystawił świadectwo osoby zamroczonej przez negatywne emocje. Lecz od 3,5 roku Ameryka jest innym krajem: obiektem zatroskania, niepokoju i zażenowania demokratycznego świata. Wybrała na prezydenta człowieka, który nigdy i nigdzie nie powinien sprawować funkcji przywódczej. Mimo to, po 3,5 roku narastającego chaosu, chorobliwego egotyzmu, niebezpiecznej niekompetencji i impulsywności, prawie 40 proc. rodaków wciąż go akceptuje i zamierza ponownie wybrać.

Tezę o wiecznie trzyletnim Trumpie sformułowała jego 55-letnia bratanica Mary Trump, autorka książki zatytułowanej „Zbyt wiele i nigdy dosyć: Jak moja rodzina wykreowała najniebezpieczniejszego człowieka świata”. Publikację główny bohater oraz jego brat Robert za wszelką cenę usiłowali zablokować. Wciąż nie ustają w staraniach, choć 8 lipca media otrzymały egzemplarze książki, a w księgarniach pojawiła się 14 lipca. Na razie w 75-tysięcznym nakładzie, który niewątpliwie będzie zwiększony, bo próby zakneblowania autorki zaowocowały eksplozją zainteresowania: książka już jest w czołówce bestsellerów.

Wieczny trzylatek

Mary Trump autoryzuje wcześniejsze i powszechne opinie o aberracjach psychologicznych prezydenta. Jako członek jego rodziny naświetla genezę psychicznych odchyleń. „Gdy miał 2,5 roku, matka Donalda zaczęła chorować, co nagle pozbawiło syna matczynych uczuć i kontaktu emocjonalnego. Ojciec, Fred Trump senior, stał się jedynym rodzicem, którego miał do dyspozycji. Lecz Fred był stanowczo przekonany, że zajmowanie się małymi dziećmi nie jest jego obowiązkiem i kontynuował swe zaangażowanie w rodzinnym biznesie, w formacie 12 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu. Dzieci musiały się sobą zajmować same. (…) Nie wczuwał się w smutną dolę Donalda, w jego lęki i uczuciowe potrzeby. Miłość była dla Freda pustym słowem, oczekiwał posłuszeństwa i to wszystko. (…) Donald doznał psychicznych okaleczeń, które naznaczyły go na całe życie” – pisze M. Trump. Jej zdaniem, wuj objawia dziewięć klinicznych kryteriów narcyzmu i przypuszczalnie cierpi na wiele innych zaburzeń umysłowych, co tłumaczy jego zachowanie.

„Donald nie jest w stanie egzystować, przetrwać samemu w realnym świecie. To skutki traumy doznanej w dzieciństwie” – podkreśla Mary Trump. „Fred wypaczył jego pojmowanie świata, zrujnował zdolność życia w nim”. Fred Trump senior, dziadek autorki książki, był nie tylko postacią dominującą; określa go mianem „bezdusznego socjopaty”, „potwora”. W jego mniemaniu „ludzkiej delikatności należy się wstydzić, jako nieakceptowalnej słabości. Uczył synów, by byli twardzi i bezwzględni, nie unikali kłamstwa. Mówił, że przepraszanie jest oznaką słabości”. Stosował wobec dzieci „werbalną przemoc”, nalegał, by stali się „zabójcami” – parli do sukcesu po trupach, tłumiąc ludzkie emocje. Jeśli przyszły prezydent posiadał jakieś ludzkie przymioty, zostały zduszone przez okrutnego ojca, który pragnął, by potomkowie byli równie bezwzględni jak on – konstatuje Mary Trump.

Jej ojciec Fred junior, najstarszy z rodzeństwa, był w rodzinie czarną owcą. Zamiast zająć miejsce ojca w rodzinnym biznesie, wybrał karierę pilota w liniach lotniczych TWA. Fred senior poniżał go, nie szczędził pogardy: „Uważał to za zdradę i nie zamierzał wybaczyć”. Donald – obserwując, jak ojciec traktuje starszego brata – jął postępować tak samo. „Zrozumiał, że w rodzinie, jak w życiu, może być tylko jeden zwycięzca, wszyscy pozostali muszą przegrać” – pisze Mary. Takie traktowanie przyczyniło się do depresji i alkoholizmu Freda juniora, co doprowadziło go do śmierci w 1981 r., w wieku 42 lat. Gdy przez tydzień umierał na serce, nikt z rodziny się nie kwapił, by wezwać pomoc. Donald na wieść o zgonie brata poszedł do kina.

Po śmierci Freda seniora w 1999 r. Mary i jej brat, Fred Trump III, dowiedzieli się, że zostali wydziedziczeni. Jak się okazało, jej wuj, aktualnie prezydent, namówił dementywnego ojca, by przepisał spadek na niego i jego brata Roberta. „Donald usiłował ukraść swym krewnym ogromne pieniądze” – oskarża Mary Trump. Sprawa trafiła do sądu; tydzień potem, w ramach odwetu, rodzina skasowała ubezpieczenie zdrowotne dzieciom i wnukom zmarłego. W wyniku tego chorujący na porażenie mózgowe dziewięciomiesięczny William, syn Freda Trumpa III, został bez opieki medycznej.

Po dziewięciu miesiącach procesowania się zawarto ugodę: dzieci Freda juniora wyszarpnęły część spadku. W zamian zobowiązały się, że zachowają milczenie w kwestii rodzinnych konfliktów i rozliczeń. Wcześniej Robert szantażował Mary i Freda juniora, że jeśli nie zgodzą się na te warunki, rodzina z premedytacją doprowadzi do bankructwa firmę, która miałaby im przypaść w udziale przy podziale spadku. Gdy w 2018 r. Mary zgodziła się udzielić informacji „New York Timesowi”, dziennikarze uświadomili ją, że ona i jej brat zostali przez wujów cynicznie oszukani: należało im się znacznie więcej pieniędzy. „Ponieważ porozumienie było oszukańcze, nie zamierzam przestrzegać obietnicy milczenia” – oświadczyła Mary.

„Wystarczy być”

Kiedy wuj Donald zaczął się interesować prezydenturą, bratanica ignorowała to jako absurdalne zachcianki. Myślała: „On po prostu szuka darmowego rozgłosu”. Siostra Donalda, sędzia Maryanne, zapewniła ją: „On jest clownem – nigdy do tego nie dojdzie”. Czytamy, że gdy Mary słyszała, jak podczas kampanii mieszał z błotem konkurentów, przypominały się jej „rodzinne obiady, w trakcie których wuj wyszydzał i gnoił innych. Taka demonizacja ludzi była w domu Trumpów typowa”.

W powyborczy wieczór 2016 r. Mary napisała na Twitterze: „To najgorsza noc mego życia. Martwię się o nasz kraj”. Warto dodać, że bratanica prezydenta jest psychologiem – obroniła doktorat poświęcony analizie cech, które sprawiają, że ludzie stają się ofiarami swych partnerów. To dodaje wagi analizie i ocenom osobowości wuja. Są szokujące w opisie brutalnych relacji rodzinnych, lecz szczególnie alarmujące, bo dotyczą prezydenta najpotężniejszego mocarstwa atomowego. „Donald, idąc w ślady mego dziadka, przy współudziale i biernej zgodzie rodzeństwa, zniszczył mego ojca. Nie mogę pozwolić, by zniszczył mój kraj” – pisze Mary Trump. „On jest i zawsze pozostanie małym, spanikowanym chłopcem, który wie, że nigdy nie był kochany. W głębi duszy zdaje sobie sprawę, że nie jest tym, za kogo chciałby być uważany. Taka osoba może wyrządzać nieobliczalne szkody, dlatego nazywam go najniebezpieczniejszym człowiekiem na świecie”.

„Władimir Putin, Kim Dzong Un i Mitch McConnell (cyniczny i bezwzględny republikański lider Senatu – przyp. aut.) objawiają psychologiczne podobieństwo do Freda seniora” – zauważa Mary Trump. – „Owi politycy dostrzegają, że pogmatwana historia Trumpa oraz unikalne skazy jego osobowości czynią go wyjątkowo podatnym na manipulacje przez bardziej inteligentnego, silnego lidera”.
Książka zawiera wiele dykteryjek i obrazków, ukazujących dysfunkcjonalność i degenerację rodziny Trumpów. Owładniętej obsesyjną chciwością, hołdującej bezwzględnemu makiawelizmowi, by eliminować, niszczyć innych. Być „zabójcą” – zwycięzcą, a nie przegranym i słabym. Mary Trump opisuje prezenty świąteczne od wuja (trzy pary majtek z domu towarowego za 12 dolarów czy otrzymany wcześniej od kogoś innego, nadjedzony kosz z zakąskami). Zdradza, że aby dostać się do elitarnej uczelni Wharton Business School, wuj suto opłacił zdolniejszego kolegę, by zdał za niego egzamin SAT.

Po 8 lipca media poświęciły książce Mary Trump wiele uwagi. Komentatorzy jeden po drugim konstatowali, że przedstawiany obraz jest spójny z tym, co mówili byli współpracownicy prezydenccy oraz z tym, co opisywały wcześniejsze książki. Psychiatrzy potwierdzali trafność diagnoz Mary Trump; podkreślali, że ostrzegają przed tym od dawna.

Praca Mary Trump dodaje kilka kluczowych rysów do portretu prezydenta USA, będącego nowym wcieleniem Chaunceya Gardinera z powieści „Wystarczy być” Kosińskiego lub thrillerową wersją Nikodema Dyzmy Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. „Jakimś sposobem, dzięki kombinacji zbiegów okoliczności, patologii Partii Republikańskiej oraz głupiemu szczęściu, Trump stał się najpotężniejszym człowiekiem na świecie – konstatuje „Washington Post”. – Każda nowa rzecz, której się o nim dowiadujemy, tylko potęguje wrażenie horroru tej sytuacji”.

Facebook Comments