Jest pewna zależność między koronawirusem i rozumem. Kiedy wirus harcuje, rozum przysypia. Z czasem obumiera.

Naukowcy nie zbadali jeszcze tej zależności, ale przecież każdy z nas ją czuje. Sam patrzę na rzeczywistość jak na obcy świat. Jakby życie toczyło się dokładnie równolegle do tego, które znam. Głupiejemy.

Konstancin. Siedzę na ławeczce z Z., byłym asem polskiego wywiadu. Siedzimy przed wejściem do naszej ulubionej knajpy. „Łokciami możemy się dziś stuknąć, a nie kieliszkiem” – rzuca mój towarzysz. Nie komentuję, bo nie ma czego. „Co u B.?” – pytam o innego „asa”, który przed laty nas ze sobą poznał. „Cierpi” – odpowiada i nie musi dodawać, że B. od miesiąca nie wychodzi z domu, bo pije. Gdzieś w oddali widzimy radiowóz zbliżający się do dwóch dziewczyn. „Jak nie mają masek, zaraz je dorwą” – rzuca superszpieg i bezsensownie wbijamy wzrok w miejsce odległe o kilkaset metrów. Radiowóz przejechał; „Pewnie miały maseczki” – genialnie wydedukował.

Podkowa Leśna. Pewnym krokiem wchodzę do sklepu popularnej sieci. „Na 65 lat nie wyglądasz” – rzuca mi ochroniarz. Spoglądam na zegarek i grzecznie odpowiadam: „Ty chuju!”. „Spierdalaj” – rewanżuje mi się pan w czarnym stroju. Zeszmacone maski na ryjach nie są w stanie ukryć szczerych i naprawdę życzliwych uśmiechów, którymi się obdarzyliśmy. Żegnamy się jak kumple bardzo grzecznymi skinieniami głów.

Warszawa. Oddaję samochód do serwisu. Facet w biurze podsuwa mi do podpisu jakiś kwit i długopis, który przed momentem sam trzymał w ręce. Przez chwilę patrzy z przerażeniem na mnie, na długopis, znowu na mnie. Zdejmuje maseczkę i rzuca mi życzliwie: „Pierdol pan to”. Pierdolę – biorę długopis i podpisuję.

Brwinów. Idę do urzędu miasta po worki na śmieci. Choć stoję na korytarzu maksymalnie 30 centymetrów od szafy, w której leżą, wybitnie niegrzeczna niewiasta odmawia mi ich wydania, bo „epidemia”. Po krótkiej wymianie uprzejmości odwraca się do mnie plecami i kryje w swoim antywirusowym bunkrze. Pomocy próbuję szukać w sekretariacie. Pukam grzecznie, naciskam klamkę, ale drzwi się nie otwierają. Zaczynają za to gadać ludzkim głosem i instruują, żebym zadzwonił do tej, przed której drzwiami stoję i która sobie poszła.

Milanówek. 42 minuty czekałem na możliwość zapłacenia za benzynę, bo stację nawiedziła babcia z trójką wnucząt. Na hot dogi przyszli. Trwało to, bo jako że w środku mogą przebywać dwie osoby, wprowadzała pacholęta pojedynczo. Jak ostatni dostał parówę, to pierwszemu zachciało się żelków. Potem innym.

Piaseczno. Do furtki przy domu kolegi zadzwonił listonosz; akurat w momencie, kiedy kumpel odprowadzał mnie do samochodu. Przedstawiciel poczty przyniósł mu jakiś polecony. „Karty do głosowania też pan przyniesie?” – uprzejmie zagadał kolega. „Nie przyniosę, bo ich pierdolę” – rzucił listonosz i… nie musiał niczego wyjaśniać.

Miejscowość na południu Polski. Próbuję zarezerwować pokój w hotelu. Wypełniam w internecie stosowny formularz zgłoszeniowy i wysyłam go. Zamiast numeru rezerwacji, automat przysyła mi SMS-em wiadomość: „Ha, ha ☺”.

***

Życie Polaków w ostatnich tygodniach toczy się wokół dwóch spraw: wyborów i epidemii. Wirus stał się elementem polityki. Co rusz nasz rozum jest poddawany próbom oceny jego funkcjonowania. A to zamkną lasy, żeby zmniejszyć zagrożenie dla lekarzy w szpitalach, a to otworzą galerie handlowe, by przekonać nas, że wybory są bezpieczne. Ani o jednym, ani o drugim nie wiemy nic pewnego, bo w dzisiejszej polityce wszystko jest grą pozorów. Jeśli nie chce się uczestniczyć w tej grze, można na nią patrzeć z dystansem, ale grozi to alienacją. Chwila nieuwagi może jednak spowodować, że staniemy się jej uczestnikami, zamieniając się w intelektualne zombie.

***

Przed warzywniakiem ktoś przykłada mi do pleców twardy przedmiot. „Nie ruszaj się i powoli odwróć z rękoma założonymi na głowę” – słyszę i posłusznie wykonuję polecenie. Przede mną stoi młoda kobieta w czarnej masce na twarzy, z telefonem w ręku. „Kontrola posiadania kart wyborczych” – informuje o powodach zatrzymania. „Nie mam przy sobie, ale zaraz wezmę ze sklepu” – wyjaśniam szczerze. „Dobra, poczekam” – rzuca. Po 20 minutach podchodzę do niej z dwoma kartami. Patrzy na nie spokojnie i od niechcenia pyta: „Po ile dzisiaj?”.  „Po 1,5 zł” – posłusznie odpowiadam. Odkąd w sklepie zabrakło drobnych, panie kasjerki wydają nimi resztę. „Coraz tańsze” – podsumowuje kobieta w masce. „Ale i coraz mniej warte” – zauważam. „Też prawda” – przyznaje i puszcza mnie do domu.
Nie mogłem sobie darować tej niefrasobliwości wyjścia na zakupy bez kart wyborczych, choć miałem ich całkiem sporo w zapasie. Najpierw sąsiad dostał dwie (po 5 zł) w zakładzie wulkanizacyjnym i szybciutko zrobiliśmy z nich 10 kopii. Potem przynieśli mi je jeszcze pan z gazowni, pan z wodociągów i pani od prądu. Wczoraj całą pękatą kopertę przyniosła sąsiadka. Nie żeby o mnie dbała, ale dostała od księdza z poleceniem rozdania mieszkańcom całej ulicy. Na płotach domów, do których dostarczyła przesyłkę, wieszała białe wstążki. To znak rozpoznawczy dla ministrantów, którzy wieczorami jeździli na deskorolkach i sprawdzali, czy koperty trafiły do każdej chałupy.
Wieczorem zadzwonił kolega z innego podwarszawskiego miasteczka. Też miał u siebie akcję „owstążkowywania” płotów i radził życzliwie, żeby nie zdejmować wstążek, bo słyszał od innego kolegi, że jak znajdzie się dom bez wstążki, to mogą właścicielom otruć psy. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale to samo słyszała zaprzyjaźniona właścicielka przychodni weterynaryjnej, która powiedziała mi w zaufaniu, że do czasu policzenia głosów wprowadziła u siebie 24-godzinny cykl pracy.

Listonosz jeszcze nie doniósł swoich kart, ale jego żona już przed tygodniem uspokajała mnie, że przyniesie i da każdemu tyle, ile będzie chciał. Będą tylko od razu wypełnione, czyli z zaznaczeniem głosu do oddania na jedynego właściwego kandydata. To jednak nie powinno nikogo dziwić, bo jakież to ma znaczenie? Jakie wybory, taki kandydat.

W mojej miejscowości nie da się zaparkować przed pocztą, co znacznie utrudni wszystkim akt wyborczy. Podobno będzie można składać karty w sklepie spożywczym naprzeciwko mojego domu. To dobrze, że władza pójdzie na rękę obywatelom.

***

Nie wiem czy pójdę zagłosować do spożywczego, bo nie wiem, czy mi wolno, a bardzo zależy mi na zdrowiu moich piesków. I z tego też powodu mam uprzejmą prośbę do ministra Sasina o szybką odpowiedź na dość proste pytanie. Panie Sasin: czy ja już głosowałem?

Facebook Comments
Poprzedni artykuł[WIDEO] dr Marcin Górski o sytuacji w Sądzie Najwyższym
Następny artykułKrzyżem i czołgiem
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).