PiS to jedna wielka fabryka kiełbasy wyborczej.

Władza puszy się przed wyborami swoimi programami społecznymi. Tak naprawdę zaś pisowski rząd nie osiągnął nic ponad zwiększenie redystrybucji, niemającej nic wspólnego z mądrą polityką społeczną.
Nie było nic dobrego w tym, że samotna matka, wychowująca dziecko i pracująca np. jako sprzedawczyni w sklepie, hojnie dokładała ze swoich podatków do świadczenia wychowawczego 500+, które ssał multimilioner Morawiecki, sama zarabiając „za dużo”, żeby dostać świadczenie. Nie ma też niczego prawidłowego w tym, że biedny robotnik budowlany dołoży ze swoich podatków do „trzynastej emerytury” Jarosławowi Dubaj-Kaczyńskiemu, bodaj najbogatszemu emerytowi w Polsce, którego stać na wybudowanie wieżowców za miliardy. To nie jest polityka społeczna, tylko polityczna korupcja, uprawiana przez rządzącą prawicową ekstremę. Jest ona niemoralna, głupia i szkodliwa.

Bandytyzm podatkowy

Filozof liberalizmu Alexis de Tocqueville napisał w XIX w.: „Amerykańska demokracja przetrwa do czasu, kiedy Kongres odkryje, że można przekupić społeczeństwo za publiczne pieniądze”. Jeśli tak rzecz oceniać, to polska demokracja już się skończyła. PiS doskonale rozumie, że Polacy niestety doznają ekstazy, kiedy rządzący najpierw ich okradają, potem odsypują połowę dla siebie, a na końcu rozdają resztę swoim ofiarom, mówiąc „daliśmy wam prezent”.

Otóż nie jest to żaden prezent, tylko rozbój uprawiany przez PiS, partię bandytyzmu podatkowego. W 2015 r. PKB Polski (czyli to, co wszyscy wypracowaliśmy) wyniósł 1,789 bln złotych, a dochody budżetu (czyli to, co rząd nam zabrał) wynosiły 289 mld złotych, czyli 16 proc. PKB. Zaledwie co szósta złotówka z zarobionych przez nas pieniędzy była nam odbierana przez rząd. W 2018 r. PKB wyniósł 1,982 bln, a do budżetu oddajemy z tego 398 mld zł, czyli już ponad 20 proc.; teraz oddajemy już co piątą zarobioną złotówkę. Realnie więc pod rządami PiS nasze podatki wzrosły o jedną czwartą, i to nie tylko z tego powodu, że więcej zarabiamy, lecz z tego powodu, że po prostu rząd zabiera nam o jedną czwartą więcej.

W gospodarce nie występują cuda – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć. Na nadchodzące wybory skrajna prawica zapowiedziała zaś kradzież kolejnych pieniędzy z naszych portfeli, przy czym część zamierza nam zabrać od razu, a część najpierw pożyczy za granicą na wysoki procent, a potem odda z odsetkami z jeszcze większych kwot, które nam zabierze. I to jest realny, bezdyskusyjny wymiar „polityki społecznej” PiS, twarde liczby nie kłamią. Nic ponad większe podatki. Nic ponad zadłużanie się. Nic ponad rozdawanie politycznych łapówek w zamian za poparcie. PiS to jedna wielka fabryka kiełbasy wyborczej. Gdybyśmy byli mądrzy, to pamiętalibyśmy albo wspomniane słowa de Tocqueville’a, albo chociaż uproszczoną wersję jego wypowiedzi, podaną przez Margaret Thatcher: „Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy”.

Pisząc to, nie twierdzę, że rząd nie powinien prowadzić polityki społecznej. Rzecz jednak w tym, że PiS właśnie takiej polityki nie prowadzi. Jedyne co robi, to zabiera pieniądze, z tych zabranych część odsypuje sobie (na wieżowce, pomniki, samoloty, wille, premie i nagrody, a nawet na nieletnie dziwki), a resztę rozdaje według kryterium maksymalizacji zysków wyborczych, tworząc wrażenie „ogólnej poprawy”. Otóż w Polsce wcale nie potrzebowaliśmy ani nie potrzebujemy „ogólnej poprawy”. Bankster Morawiecki nie potrzebuje „ogólnej poprawy” w postaci dodatku z tych paru tysięcy rocznie zasiłku wychowawczego do swojej kolekcji 62 mln zł (niemal mu się podwoiło, przez dwa lata – to zapewne cud). Emeryt budujący wieżowce, Dubaj-Kaczyński, wcale nie potrzebuje trzynastej emerytury, bo stać go na inwestycję za 1,3 mld zł. Pan marszałek Kuchciński nie potrzebuje do swojej wielotysięcznej gaży, równej pensjom ośmiu nauczycieli (o takich drobiazgach, jak służbowy pałac do własnej dyspozycji oraz samoloty i limuzyny na koszt nas, podatników, nawet nie wspomnę), dodatku w postaci „trzynastej emerytury”, za którą mógłby co najwyżej zamówić sobie na dwie godziny dwie nieletnie Ukrainki. Dwórki centralno-bankowe z wargami napompowanymi tłuszczem z własnych zadków również nie potrzebują 500+ jako marnego dodatku do swoich pensji, wynoszących 40-krotność pensji lekarza rezydenta. My w ogóle nie potrzebujemy „ogólnej poprawy”. To, czego potrzebujemy, to mądra polityka społeczna.

Bez pracy nie ma kołaczy

Potrzebujemy decentralizacji państwa po to, żeby dobra praca i dobra płaca pojawiły się na polskiej prowincji. Potrzebujemy pociągów, którymi możemy dojechać do pracy w większych miastach. Potrzebujemy realnego wzrostu emerytur (nie jałmużny), a do tego potrzebne jest zwiększenie liczby tych, którzy płacą składki, czyli objęcie obowiązkiem opłacania składek setek tysięcy członków uprzywilejowanych grup, np. kleru czy sędziów i prokuratorów. Niestety, nie możemy mieć też złudzeń, że uda się utrzymać niski wiek emerytalny. Tyle że przejście na emeryturę nie może wiązać się z finansową katastrofą i wykluczeniem społecznym. W tej chwili emerytura wynosi średnio 40 proc. ostatniej pensji, podczas gdy w Szwecji jest to niemal o połowę więcej. To jest model, który powinniśmy wdrożyć, zamiast rozdawać debilną jałmużnę w postaci „trzynastej emerytury”. Nie osiągniemy tego modelu bez stopniowego podwyższenia wpływów ze składek, ale też bez wprowadzenia np. przepisu, zapewniającego pracownikowi prawo do obniżenia (jednostronną decyzją pracownika, wiążącą pracodawcę) wymiaru etatu z równoczesnym uzyskaniem częściowej emerytury (proporcjonalnie). Tymczasem PiS, obniżając wiek emerytalny, właśnie obniżyło dochody ze składek. Kretyni. Czy tak trudno zrozumieć, że ludzie nie tyle marzą o emeryturze, ile nie są w stanie fizycznie pracować tyle co 40-latkowie, ale to nie znaczy, że nie chcą pracować w ogóle?

Zasiłek wychowawczy (500+) powinien być uzależniony od dochodów i posiadanego majątku. Jest absolutnie niemoralne, że otrzymują go ludzie, którzy mają miliony, jak Morawiecki. Zasiłek powinien być dodatkiem do wynagrodzenia, wypłacanym równocześnie z pensją, tyle że przez ośrodki pomocy społecznej. Jeżeli ktoś nie pracuje, to powinien być uprawniony do zasiłku wychowawczego, o ile udowodni, że nie może znaleźć pracy. Sorry, ale mądra polityka społeczna nie polega na hodowaniu nierobów płodzących dzieci dla materialnych korzyści.
Uważam też, że w Polsce wynagrodzenia za pracę są nadal zbyt niskie. Udział płac w PKB w Polsce to nadal tylko około 40 proc., czyli o jedną piątą mniej niż we Francji. Metodologie liczenia tego udziału są różne, jednak jakkolwiek liczyć, jesteśmy na szarym końcu w UE (za nami Rumunia itp.). I nic w tym względzie nie zmieniło się za rządów skrajnej prawicy w Polsce. Można by rozważyć zastąpienie obecnego mechanizmu minimalnego wynagrodzenia zasadą, że wynagrodzenie nie może być niższe od średniej w gospodarce narodowej, chyba że pracodawca uzasadni ustalenie niższego wynagrodzenia w konkretnym przypadku. Pracownik niezadowolony z wysokości wynagrodzenia mógłby się odwołać do komisji złożonej z przedstawicieli pracodawców i związków zawodowych oraz lokalnych władz, mogącej wysokość wynagrodzenia zmienić. Od jej orzeczenia przysługiwałoby odwołanie do sądu pracy, ograniczone do możliwości zakwestionowania zgodności orzeczenia z prawem. Pracodawcy, w obawie przed kosztami sądowymi, unikaliby zaniżania wynagrodzeń i byłby to lepszy mechanizm wzrostu płac niż podnoszenie wynagrodzenia minimalnego.

W nadchodzących wyborach do Parlamentu Europejskiego (to już 26 maja – proszę nie planować wyjazdów w ten weekend!) warto krytycznie ocenić rzekome „sukcesy” skrajnej prawicy. Moim zdaniem polegały one wyłącznie na zwiększeniu naszych podatków o 25 proc. i idiotycznym rozdaniu części z ukradzionych w ten sposób pieniędzy, po uprzednim odsypaniu sobie przez rządzących znacznej części na bizantyjskie apanaże i nieletnie ukraińskie prostytutki. Szczerze? Obejdziemy się bez ich łaski.

Facebook Comments