Cudu zjednoczenia lewicy dokonał Grzegorz Schetyna.

Już jesienią Sejm znów przemówi ludzkim głosem. Głosem lewicy. Przemówi, bo wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że poparcie dla list komitetu Lewica znacznie przekroczy próg wyborczy. Lista numer 3 ma szansę być trzecią siłą polityczną w naszym kraju.
Poparcie dla lewicy rośnie, bo nasi Wyborcy nie lubią waśni i rozłamów na lewicy. Nie lubią krętactw i farbowanych lisów. Nie lubią zarozumialstwa okazywanego przez liderów lewicowych formacji. Poza tym z lewicą w Polsce jest jak ze zdrowiem u Kochanowskiego i Mickiewiczowską Litwą. Ile je cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto je stracił.

Czyściec opozycji

Cztery lata temu Zjednoczona Lewica, czyli SLD z resztkami Twojego Ruchu, nie przekroczyła progu wyborczego. Bo nagrzeszyła myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Nie przemyślała wszystkich możliwych scenariuszy i, niczym pijany hazardzista, postawiła na ryzykowny wariat koalicji wyborczej. Uczyniono tak, bo ówczesny „Zlew” połączył SLD oraz liczne partie i partyjki. Każda z nich miała swojego lidera, a nawet liderów.
Pamiętam tamte czasy, ówczesne negocjacje, intrygi. Im mniejsza była jednocząca się partia, tym więcej miała liderów o rozbuchanych ambicjach. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, więcej wodzów
niż Indian.
W efekcie takich ambicji wybrano najgorszy wariant wyborczy. Podobny do wariantu Akcji Wyborczej Solidarność, która przegrała w 2001 r., bo też nie przekroczyła ośmioprocentowego progu wyborczego. A przecież gdyby ówczesna AWS poszła do wyborów jako jedna partia, to przekroczyłaby przynależny jednej partii pięcioprocentowy próg.
W 2015 r. Zjednoczonej Lewicy zabrakło do przekroczenia progu wyborczego około 60 tys. głosów. Niewiele. Zwykle krajowi komentatorzy polityczni podają, że te 60 tys. zabrał ZL jej konkurent z partii Razem. Jej lider Adrian Zandberg, który znakomicie wypadł w ostatniej debacie telewizyjnej. A ówczesna liderka Zjednoczonej Lewicy, Barbara Nowacka, wypadła słabiej. Widać było jej zmęczenie intensywnie prowadzoną kampanią.
Potem nadszedł dzień głosowania i okazało się, że oba lewicowe komitety nie przekroczyły progu wyborczego. Wynik Zjednoczonej Lewicy uznano za klęskę. Bo wszyscy spodziewali się, że jednak „Zlew” będzie miał przynajmniej symboliczną reprezentację w Sejmie RP.
Wynik partii Razem uznano za sukces, gdyż przekroczenie 3 proc. poparcia dało jej prawo do corocznych dotacji z budżetu państwa. Ten trzyprocentowy wynik miał być zasługą medialnego występu Adriana Zandberga.
Przeciwnicy Zjednoczonej Lewicy i SLD radośnie też dodawali, że to właśnie Adrian Zandberg odebrał SLD te brakujące do przekroczenia progu głosy. I choć rzetelne badania socjologiczne pokazywały, że było inaczej, że Zjednoczona Lewica przegrała, bo wyborcy SLD nie poszli głosować lub zagłosowali na PiS, to legenda „Zandberga – zabójcy SLD” pozostała. Przynajmniej w mediach.
Potem obie partie musiały przeżyć kolejne cztery lata poza parlamentem. Co w polskich warunkach, gdzie panuje przede wszystkim „mediokracja”, gdzie wpierw liczy się obecność w mediach, a potem mądrość polityczna, było trudne.
Zwłaszcza że początkowo obie partie rywalizowały ze sobą. Ku uciesze komercyjnych, prawicowych mediów, które złośliwie przedstawiały słabszą partię Razem jako przyszłość polskiej lewicy, a zrewitalizowany SLD jako dogorywającego umarlaka.

Jednak jedność

Cudu zjednoczenia i wskrzeszenia lewicy dokonał lider Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna. Po tygodniach negocjacji taktycznie i intrygancko odrzucił ofertę koalicji z SLD. Zamykając przed Sojuszem lewicowo-centrową przestrzeń polskiej sceny politycznej.
Jednocześnie wyjątkowo słaby wynik partii Razem, tylko 1,2 proc. poparcia w wyborach do Parlamentu Europejskiego, podziałał na jej liderów jak lodowaty prysznic.
Podobnie podziałał wynik eurowyborów na liderów Wiosny. Zamiast sondażowych 14–16 proc., partia Roberta Biedronia zyskała jedynie 6,6 proc. Dało to trzy euromandaty, w tym jeden dla jej lidera, ale to było za mało, aby samodzielnie budować „trzecią siłę”.
Czasem trzeba mądrze przegrać, aby potem stworzyć warunki do przyszłej wygranej. Czasem trzeba się cofnąć, ustąpić miejsca partnerom, by potem mieć lepszą pozycję do działania.
Lider SLD Włodzimierz Czarzasty ma liczne umiejętności, liczne zalety nawet. Na pewno jest bardzo dobrym negocjatorem. To dzięki jego negocjacyjnym zasługom kandydaci SLD zyskali dobre miejsca na listach Koalicji Europejskiej w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego, a w efekcie pięć euromandatów. Dzięki jego mediacjom udało się połączyć polityczne byty z pozoru „niepołączalne”. Liberalną obyczajowo i gospodarczo Wiosnę z radykalnie lewicową we wszystkich obszarach partią Razem i centrolewicowy SLD. Śmigającą Wiosnę z młodą Razem i doświadczonym SLD.

Trzy pokolenia

Wreszcie po latach udało się połączyć trzy pokolenia polskiej lewicy. Trzy różne wrażliwości, style działania politycznego, różne generacje. Ku zdumieniu krajowych mediów taka mieszanka okazała się skuteczna. Przynajmniej w kampanii
wyborczej.
Jak liczny będzie klub parlamentarny Lewicy w przyszłym polskim parlamencie, dowiemy się 16 października. Do tego dnia powinny być już policzone wszystkie głosy oddane w Polsce i za granicą. Wtedy też będziemy wiedzieć, którzy kandydaci z list Lewicy zostali wybrani.
Warto raz jeszcze przypomnieć, że każdy obywatel naszego kraju ma jeden głos. Ale ten jeden głos ma podwójne znaczenie. Po pierwsze, jest głosem oddanym na komitet wyborczy. Jeśli więc chcemy zagłosować na Lewicę, to zakreślamy krzyżyk przy kandydacie z listy Lewicy.
Po drugie. Zakreślając krzyżyk przy wybranym przez nas kandydacie, wskazujemy, że chcemy, aby to on nas reprezentował w Sejmie RP. Nie musimy automatycznie głosować na pierwszego kandydata. Możemy na trzeciego, dziesiątego czy ostatniego.
W największym w kraju okręgu wyborczym, obejmującym całą Warszawę, każdy komitet wyborczy wystawił listę z czterdziestoma kandydatami.
Ja jestem na liście Lewicy ostatni, czyli czterdziesty. Głos na ostatniego, przedostatniego, na trzydziestego jest tak samo ważny jak na trzeciego, drugiego czy pierwszego.
Przyszły klub parlamentarny powinien być jak dobra drużyna piłkarska. Mieć w swych zasobach liderów politycznych, czyli linię ataku, ale też drugą linię pomocy, no i silną linię obrony. Powinien być mieszanką doświadczenia parlamentarnego i debiutanckiej, żarliwej młodości.
Na listach Lewicy przeważają ludzie młodzi, przyszli debiutanci parlamentarni. Na mojej warszawskiej liście, na czterdzieści osób, tylko ja mam doświadczenie parlamentarne.

Zatem Wyborcy!

Po pierwsze, weźcie udział wyborach. Nieobecni nie mają racji. Nie mają potem prawa do krytykowania władzy.

Po drugie, zagłosujcie na kandydatów Lewicy. Oni jako jedyni gwarantują działania na rzecz rozwodu państwa polskiego z kościołami, zwłaszcza z Kościołem kat.

Po trzecie, zagłosujcie na znanych wam, sprawdzonych przez was kandydatów.

Do zobaczenia w najbliższą niedzielę w lokalach wyborczych!

Facebook Comments
Poprzedni artykułHarvard w każdej gminie
Następny artykułSojusz PiS z ołtarzem
Piotr Gadzinowski
Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).