Kaczyński jest reliktem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

Świadczy o tym jego prostacki sposób myślenia o ustroju państwa i gospodarce.
Jeśli chodzi o ustrój państwa, to szczerbaty Gensek mniemał, że zdobywając za pomocą oszukania wyborców (np. poprzez chowanie na czas kampanii nielubianych polityków, w tym siebie) większość parlamentarną i obsadzając urząd prezydenta RP posłuszną sobie marionetką, stworzy tym samym w miejsce polskiego państwa mechanizm całkowicie sobie powolny – usunie bowiem wewnętrzne mechanizmy bezpieczeństwa, takie jak sądy czy kontrolę konstytucyjną, i będzie w swym radosnym dziele zniszczenia bezkarny. Jeśli zaś chodzi o gospodarkę, to Kaczyński, nie mając o niej pojęcia, posłuchał dyletantów w rodzaju Morawieckiego, którzy podpowiadali mu, że wzmożenie akcji socjalnej państwa (analogicznie do akcji kredytowej banków) rozkręci na wieczność koniunkturę, a zarazem wyhoduje Kaczyńskiemu społeczeństwo wiecznie mu już wdzięczne. Oba te założenia były w istocie realizacją mitu o możliwości restaurowania PRL – państwa, które charakteryzowało się zamknięciem na otoczenie zagraniczne, pewną ustrojową ksobnością. Niestety dla posępnego starca, tak to nie działa i PRL nie da się na dłuższą metę odrestaurować. O czym piszę zresztą z pewną nostalgią, gdyż państwo to miało swój przaśny powab.
Na naszych oczach rozpada się sen Kaczyńskiego o restaurowaniu PRL.

Unia nierychliwa, ale sprawiedliwa

W wymiarze ustrojowym trwają bowiem procesy, które nieuchronnie doprowadzą albo do rozmontowania pisowskiego aparatu bezprawia, albo do wykluczenia Polski ze struktur międzynarodowych i w dalszej kolejności do jej upadku, co również zmiecie PiS wraz z jego breżniewopodobnym przywódcą. Konstytuuje się nowa Komisja Europejska, w której za kwestie praworządności będzie odpowiadać, w miejsce dyplomatycznego Timmermansa, wojownicza Czeszka Jourová, określająca rządy PiS wprost mianem „reżimu”. Narasta konsensus wokół powiązania transferów z budżetu UE z poszanowaniem praworządności. Trwają też postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości. Nie tylko te wprost dotyczące naruszeń praworządności w Polsce, ale również kwestii gospodarczych, które przełożą się na sytuację polityczną, np. spodziewany wyrok TS w sprawie C-260/18 Dziubak, czyli w sprawie kredytów we frankach. Ocenia się, że polski sektor bankowy straci na tym 60 mld zł, a pieniądze te trzeba będzie mu dosączyć budżetową kroplówką, o co zapewne postara się bankster Morawiecki.

Jeszcze ciekawiej jest w Europejskim Trybunale Praw Człowieka (ETPC) w Strasburgu. Zakomunikował on polskiemu rządowi m.in. sprawy Grzęda (sprawa dotyczy odwołanego członka prawdziwej KRS), Broda i Bojara (chodzi w niej o odwołanych przez ministra Zero prezesów sądów) i XERO-FLOR (ta sprawa dotyczy orzekania w tzw. TK przez osoby nieuprawione, w tym przez p. Mariusza Muszyńskiego). Można się spodziewać, że w niedługim czasie ETPC wyda wyroki w tych sprawach. Trudno się spodziewać, żeby strasburski Trybunał wydał wyroki inne, niż wydawał wcześniej w podobnych sprawach (np. Baka przeciwko Węgrom). Można więc założyć, że będzie to wyrok stwierdzający naruszenie Konwencji przez pisowskie władze.

Jeśli tak się stanie, to Polska będzie musiała wyroki wykonać, w szczególności poprzez przywrócenie prawidłowych mechanizmów chroniących niezawisłość władzy sędziowskiej. Jeśli zaś Polska ich nie wykona, to spotka się z takimi naciskami dyplomatycznymi, jakie się jeszcze PiS nie śniły, łącznie z zagrożeniem w Radzie Europy. To zaś będzie skutkowało podważeniem podstaw naszego członkostwa w UE, które było niejako funkcjonalnie uwarunkowane efektywnym wypełnianiem zobowiązań wynikających z członkostwa w RE. W rezultacie Unia z przyjemnością przykręci kurek z pieniędzmi Polsce. I nie miejmy złudzeń, że poprą nas Węgry czy Czechy. Przeciwnie, wszyscy ochoczo przejmą kasę dotąd wydawaną na wspieranie nielojalnego państwa znad Wisły. Wszyscy tylko odetchną, pozbywając się problemu pod nazwą Polska.

Kaczyński, osadzony mentalnie w PRL i marzący o jej odbudowaniu – tym razem z sobą samym w roli mlaszczącego pierwszego sekretarza na wzór nieodżałowanego towarzysza Wiesława – nie uwzględnił tego, że status Polski obecnie zależy od funkcjonowania w europejskiej przestrzeni konstytucyjnej, która ma swoje dyskretne i powolnie, ale ostatecznie bardzo skutecznie działające mechanizmy. Mają one tę cechę, że działają nie tylko na szczeblu międzyrządowym, gdzie ostatecznie można coś wyskamleć i naoszukiwać, ale również na poziomie samych obywateli i prywatnych podmiotów, którzy – jak spółka XERO-FLOR od ostatnio notyfikowanej rządowi skargi strasburskiej – mogą sami korzystać z dobrodziejstw europejskiego konstytucjonalizmu.

Drugie Caracas?

W gospodarce okazuje się, że istnieje coś takiego jak globalizacja, powodująca zależność sytuacji gospodarczej Polski od koniunktury międzynarodowej. Otóż cechuje się ona cyklicznością, co wiemy od stu lat dzięki austriackim ekonomistom z Friedrichem von Hayekiem na czele. Są okresy prosperity i posuchy, co w naturalny sposób powoduje „odsianie” słabszych podmiotów gospodarczych. Niestety również i słabszych państw. Brak akumulacji zysków i tworzenia z nich rezerw na wypadek kryzysu skutkuje pogłębieniem spadków w fazie hamowania koniunktury, czyli gigantycznymi kryzysami, jakich doświadczyła np. Wenezuela. Dokładnie to jest polskim przypadkiem. Przechodzenie przez Polskę „suchą nogą” przez bagna poprzednich kryzysów było możliwe dzięki powściągliwej i nastawionej na oszczędności polityce gospodarczej kolejnych rządów po 1989 r. Inna rzecz, że niekiedy skala oszczędzania była może zbyt wielka.
Kaczyński zerwał z tą polityką i rozwinął transfery socjalne. Samo w sobie ich zwiększanie nie jest oczywiście niczym złym, ale musi przebiegać na mądrych warunkach. Np. nie jest rozsądne zwiększanie skali wydatków sztywnych budżetu, których redukcja w fazie kryzysu nie będzie społecznie możliwa bez ogromnych kosztów. Zamiast dawać wszystkim jak leci pieniądze, można było pomyśleć o czymś w rodzaju podatku solidarnościowego płaconego przez wzbogaconych dzięki koniunkturze (i tylko tak długo, jak ona trwa) na rzecz tych, którzy słabiej sobie poradzili. Kaczyński oszczędzał przy tym, jak mógł, na takich transferach, które w istocie mają charakter inwestycyjny, np. na wydatkach na edukację i zdrowie. Widzimy tego skutki już teraz w postaci zapaści polskiej oświaty, z której uciekają najlepsi pedagodzy, a o słabych wynikach kształcenia świadczy narastający lawinowo poziom społecznego schamienia. Widzimy też tego skutki, czekając niekiedy latami na wizyty u lekarzy specjalistów. Potwierdzeniem głupoty polityki rządu okazało się skrócenie średniej długości życia Polaków, po raz pierwszy od przełomu demokratycznego.

Kaczyński kupił sobie Polaków ich własnymi pieniędzmi, ale cena, którą zapłacił, była nadzwyczajnie niska. Składka na ZUS wzrosła od 2015 r. niemal o 40 proc. (składka podstawowa wzrosła z 1092 zł miesięcznie w 2015 r. do 1320 zł w 2019 r. i 1447 zł w 2020 r. według projektu budżetu na przyszły rok). Czy już wiecie, drodzy Czytelnicy, na co wydaliście swoje 500+? Nie wspomnę o wzroście cen żywności, mieszkań, leków, paliwa, kosztach ubezpieczeń, energii czy choćby o nowych podatkach, które tak czy siak zawsze na końcu płaci konsument. Taka jest smutna prawda – każdy z nas, czy dostawał 500+, czy nie, oddał je z naddatkiem państwu. I to tyle, jeśli chodzi o rzekomą troskę PiS o najuboższych. Oni też kupują pietruszkę i odprowadzają składki na ZUS (nawet jeśli ich nie widzą, bo robi to za nich pracodawca). Kaczyński buduje nam nie drugi Budapeszt, co jeszcze byłoby jakoś znośne, lecz drugie Caracas. Kiedy bowiem rozwinie się dekoniunktura, to trzeba będzie bezlitośnie ciąć wydatki socjalne, które miały być „na wieczność”. Wymusi to i gospodarka, i art. 216 ust. 5 Konstytucji, zgodnie z którym nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy trzy piąte wartości rocznego PKB. I znów Polska potraktuje swoich obywateli jak naiwnych idiotów. No, ale wybierając PiS, widocznie na taki los sobie zasłużyliśmy.

Do wyborów zostały dwa tygodnie. Jeśli Polacy wybiorą znowu PiS, to będą śnili wraz z Kaczyńskim jego sen o młodości w PRL. Jednak przebudzenie nadchodzi i będzie ono brutalne. Szkoda czasu na taki sen.

Facebook Comments