PiS gra trupami. Dzieli zmarłych na swoich i obcych.

Pisowcy zapisali do swego obozu masę ludzi, którzy nie mogą zaprotestować, gdyż nie żyją. „Żołnierze wyklęci”, powstańcy warszawscy (ci, którzy jeszcze żyją oponują – ale nikt ich nie słucha). Pogromcy bolszewików z 1920 r. Legiony Piłsudskiego (czy naprawdę Marszałek chciałby mieć takich spadkobierców, jak pisowska „nowa elita”?). Sięgając dalej do czasów Piastów, PiS uzurpuje sobie prawo do całej polskiej tradycji patriotycznej. Niczym armia umarłych we „Władcy Pierścieni”, wszystkie te widma – Mieszko I, Kazimierz Wielki, Jan III Sobieski (pogonił kota muzułmanom, brawo!), „Inka”, Jan Paweł II – mają walczyć po stronie PiS, w zamian za co władza funduje im liczne „upamiętnienia”.
Największymi bohaterami okazują się ci, którzy podjęli beznadziejną walkę, wiedząc, że zginą albo doprowadzą do ogólnej masakry. Dlatego w pisowskiej polityce historycznej „wyklęci” wyparli akowców. Wzorem dla młodzieży ma być marnie uzbrojony i słabo obeznany z polityką chłopak z lasu, który po zakończeniu wojny wyczekuje Andersa na białym koniu i łudzi się, że – zabijając od czasu do czasu jakiegoś milicjanta lub geodetę od reformy rolnej – wypędzi z kraju Armię Czerwoną. To samobójcze zachowanie dyktuje mu bowiem… honor (patrz załgany serial TVP „Czas honoru”). Lepiej zginąć z honorem, niż żyć na klęczkach.
Dotykamy tu głęboko zakorzenionej w polskiej kulturze mitologii romantycznej i katolickiego kultu ofiary, która ma kiedyś przynieść owoce. Nie złożysz ofiary, nie zasłużysz na świecką wersję zbawienia. Rok w rok 1 sierpnia przedstawiciele władz zapewniają, że powstańcy przegrali militarnie, lecz odnieśli zwycięstwo moralne, „dali świadectwo”, pośmiertnie wywalczyli niepodległość. Kłam tej wersji wydarzeń zadają pragmatyczni Czesi, którzy wywołali powstanie w Pradze parę dni przed wkroczeniem aliantów, nie zrujnowali sobie stolicy, wylądowali w bloku radzieckim jak my, a w końcu jak my doczekali jego upadku – bez krwawych ofiar.

Honory dla swoich

Szczególny przypadek to „męczennicy smoleńscy”. Po katastrofie z 10 kwietnia 2010 r. Jarosław Kaczyński przy pomocy kardynała Dziwisza pochował brata na Wawelu, wśród królów i bohaterów narodowych. Tak zaczęło się kreowanie mitu „poległego” prezydenta i lansowanie absurdalnych teorii spiskowo-zamachowych. Latami pisowcy odprawiali ponure obrzędy zwane miesięcznicami, obiecując rychłe dojście do prawdy i wyzywając Tuska z Komorowskim od morderców, wspólników Putina. W filmie „Smoleńsk” oddział „męczenników” wkracza do nieba, gdzie radośnie witają go pomordowani w Katyniu oficerowie, i udziela niebiańskiego patronatu swoim kumplom partyjnym.
Po czterech latach rządów PiS nie ma ani cienia dowodu na spisek, zamach, wybuchy. Żeby zyskać na czasie, wykombinowano ekshumacje – obrzydliwy pokaz nekrofilii politycznej. I chociaż wciąż brak jakichkolwiek śladów materiałów wybuchowych, prokuratorzy Ziobry muszą grzebać w szczątkach ludzkich do wyborów i dłużej. Zbudowano za to pomniki, których życzył sobie prezes całej Polski, na placu odebranym przez rząd Warszawie: wszystkich ofiar, czyli schody donikąd, oraz Lech Kaczyński jak żywy, upozowany na Lenina. Jego największą zasługą ma być fakt, że zginął.
Swoistym pomnikiem ma także być Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, skąd wicepremier Gliński wyrzucił dyrektora, prof. Pawła Machcewicza. Według pisowców, wystawa jego autorstwa przesadnie eksponuje cierpienia ludności cywilnej, nie dość natomiast pokazuje polskie bohaterstwo i „wychowawcze walory wojny” (?!). „Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie”. Rzecz jasna, piewcy walorów wojny to starsi panowie, którym wysłanie na front już nie grozi.
Kiedy umarł prof. Karol Modzelewski – historyk i wybitny opozycjonista czasów PRL (osiem i pół roku w więzieniach i „internatach”), senator I kadencji – administracja Sejmu i Senatu nie pozwoliła wywiesić jego klepsydry. Obóz PiS ma wielką wprawę w marginalizowaniu „niesłusznych” zmarłych. Jego politykom nie wypada otwarcie atakować Geremka czy Bartoszewskiego, ale horda internetowych trolli wdeptuje ich w glebę. Strach pomyśleć, jak zachowa się PiS, gdy zejdzie z tego świata Lech Wałęsa (panie Lechu, 100 lat!).
Prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza zadźgał kryminalista świeżo zwolniony z więzienia. Za swoją krzywdę obwiniał Platformę (do której Adamowicz nie należał od 2015 r.) i planował zemstę. W więzieniu oglądał TVP, gdzie Adamowicza systematycznie opluwano. W szoku po zamachu pisowcy ucichli, ale tylko na chwilę. Wkrótce po pogrzebie „przypomnieli sobie”, że ofiara jednak była aferzystą (czego nie potrafią wykazać prokuratorzy Ziobry). Celem ataków stała się następczyni Adamowicza, Aleksandra Dulkiewicz. Nie można jej zarzucić nieścisłości w oświadczeniach majątkowych, wobec czego obsadzono ją w roli zwolenniczki „zakamuflowanej opcji niemieckiej”.

Trumna Morawieckiego

Żyliśmy w PRL. Wiedzieliśmy o istnieniu Kuronia, Michnika, Wałęsy, Frasyniuka, Bujaka. Znała ich cała Polska, ta niepokorna, słuchająca Wolnej Europy i Głosu Ameryki. O Morawieckim wtedy mało kto słyszał – może mieszkańcy Wrocławia, i to nie wszyscy.
Kornel Morawiecki, lider Solidarności Walczącej i ojciec obecnego premiera, doczekał się Orderu Orła Białego i pogrzebu państwowego z taką pompą, jakby naprawdę osobiście obalił komunę. Syn Mateusz nazwał go „wielkim wojownikiem wolności”. „Wielki wojownik” był przeciw porozumieniu przy Okrągłym Stole – Solidarność Wałęsy uważał za zdrajców i kolaborantów. Co proponował w zamian? – powstanie zbrojne, gdy w Polsce stacjonowały wciąż wojska radzieckie. Jak to bywa w porachunkach kombatantów, Wałęsa nazwał Morawieckiego zdrajcą („Dzień po pogrzebie!” – oburzyło się pół Polski). Choć jednak Solidarność Walcząca w PRL chciała bohatersko walczyć, nie miała – jak w anegdocie o Napoleonie – armat.
Wierni wyborcy PiS zapewnili panu Kornelowi status świętego, ponieważ umarł. Pozostają pytania o jego związki z szefami GetBack, którym nie wiedzieć czemu chciał załatwić rządową pomoc – nie można o to pytać, gdyż nie ma go już wśród żywych. Ks. Tomasz Jegierski twierdzi, że Morawiecki senior pożyczył odeń 96 tys. zł i nie oddał: „Zamiast odpowiedzieć kiedykolwiek na nasze pisma, pan Kornel ze swoim synem Mateuszem, gdy ten doszedł do władzy jako premier, wykorzystują służby po to, aby mnie inwigilować, wysyłać ABW, zastraszać”. Na te zarzuty pisowska machina propagandowa odpowiada: pan Kornel był bohaterem! Złamiesz tabu kulturowe, gdy to podważysz.

Majestat śmierci

Umarł Jan Szyszko, najgorszy minister środowiska w III RP, odpowiedzialny za „lex Szyszko” – wycinkę milionów drzew. Doczekał się peanów, jakby śmierć nobilitowała wszystko, co robił za życia. Ostatnie publiczne wystąpienie Szyszki uderzyło we władze III RP, które rzekomo promowały model rodziny 2+1, i w kobiety, które posyłają dzieci do żłobków i przedszkoli („relikt komunizmu”), zamiast siedzieć w domu i przykładnie się rozmnażać.
Te anachroniczne brednie musiały spotkać się z krytyką. TVP Info wszakże zwęszyła okazję do wykreowania kolejnego męczennika i powiązała śmierć byłego ministra z „atakami na jego osobę”, głównie ze strony TVN24: nie krytykujcie pisowców, bo może im to zaszkodzić! Nadprezes Kaczyński zagrał na tej samej nucie, snując typowe dla niego mętne insynuacje („Jan Szyszko odszedł przedwcześnie i w szczególnych okolicznościach. Majestat śmierci nie pozwala mi dziś o tym mówić, ale trzeba będzie o tym powiedzieć, bo to nie był przypadek, że akurat dzisiaj”).
Stało się, nie ma Szyszki. Wyobraźmy sobie, jak ze swoim słoikiem korników stoi przed bramą nieba i przekonuje św. Piotra, że wyrżnięcie Puszczy Białowieskiej i milionów drzew w całej Polsce było konieczne. Czyż nie należy mu się 100 lat czyśćca – minimum, by odrodził się wycięty las? W „obwarzanku” podwarszawskim wciąż jednak wiszą jego plakaty, a Okręgowa Komisja Wyborcza uznała, że nie warto drukować nowych kart do głosowania. Głos oddany na nieboszczyka idzie na konto PiS. Skoro tak, to równie dobrze można reklamować kandydaturę Lecha Kaczyńskiego albo Władysława Jagiełły. Żywi czy martwi – wspierają PiS!

Facebook Comments