fot. Artur Kulikowski
Gdy zaprasza się gości, warto choćby z grubsza posprzątać mieszkanie, chyba że ściąga się ludzi po to, by pokazać biedę i błagać o wsparcie.

Są granice wstydu, żenady i obciachu. Przekroczył je słynny kościół w Warszawie. Przy ulicy Łazienkowskiej są dwie znane na całą Polskę budowle. Jedna to stadion Legii. Dużo bardziej przerażający jest kościół Matki Bożej Jerozolimskiej po drugiej stronie ulicy. Ową szkaradę budowlaną ustawiono wzdłuż trasy Łazienkowskiej. Z racji kubatury i koloru budowla nazywana jest przez mieszkańców stolicy Malborkiem. O stylu architektonicznym tego potworka trudno cokolwiek powiedzieć. Nic tu do siebie nie pasuje, a i tak niewiele można zobaczyć z zewnątrz z uwagi na wysoki mur okalający ten przybytek wiary.

Dom zły

Do zwiedzenia „Malborka” zaprosili mnie mnisi opiekujący się kościołem, siostra Agnieszka i brat Ireneusz Maria. Zgodziłem się chętnie, bo od zawsze o tym miejscu krążyły legendy, nie tylko na Ujazdowie, Solcu, Czerniakowie czy Sielcach, z których pochodzę, ale w całej Warszawie. Kiedyś rodzice mówili mi, że do „Malborka” nie wolno się zbliżać, bo straszą tam duchy zakopanych żywcem powstańców warszawskich. Później, że w podziemiach kościoła co jakiś czas wybija woda z Wisły, która porywa nieszczęśników modlących się do Matki Bożej Jerozolimskiej. Już w XXI w. krążyły opowieści o czynach lubieżnych, których mieli się dopuszczać mnisi i mniszki w habitach mieszkający tam (o zgrozo!) pod jednym dachem. Nigdy nie można było tego sprawdzić, bo „Malbork” pilnie strzegł swoich tajemnic. Do dziś.
Na miejscu okazało się, że miejskie legendy to mały pikuś w porównaniu ze stanem faktycznym. Pomijam, że faktycznie siostry i bracia pomieszkują wspólnie (choć jedzą i kąpią się ponoć osobno), modlą się i śpiewają razem tylko rano i wieczorem, a w ciągu dnia normalnie pracują „na mieście”, przebierając się w stroje „cywilne”. Przyglądając się z bliska ich codziennemu życiu, odniosłem wrażenie, że bogobojni lokatorzy budynku przy ulicy Łazienkowskiej 14 traktują monastyczną wspólnotę jak hostel, gdzie można się przespać, o dbaniu o porządek wokół siebie zapominając. Sorry, ale takiego syfu w miejscu kultu nigdy nie widziałem.

Brud i smród

Gdy wchodziłem do kościoła dolnego, przywitała mnie wszechogarniająca stęchlizna ogromnego, ale zagrzybionego po sufit pomieszczenia i stare opony samochodowe upchnięte w zdezelowanych i brudnych ławach kościelnych. Z tego co mi wiadomo, krzyż powinien w kościele wisieć, a nie walać się oparty o ścianę nawy głównej obok zwiędniętej paprotki. Przykryty niebieską derką stół liturgiczny wygląda jak blat w podrzędnej spelunie. Leżała na nim poplamiona tłustymi paluchami Biblia i wypalona fioletowa świeca Caritasu w szklanej menelskiej popielniczce.
Obok „ołtarza” wisiały niezabezpieczone zwoje kabli i przedłużaczy, wciśnięte w rozwalone gniazda elektryczne, a w zakrystii, zamienionej w warsztat, siedział ktoś „uduchowiony”, który w tym składziku coś przykręcał. Widoku dopełniał garnek ze śmierdzącą zupą, postawiony obok kibla i kartki z napisem „Niedziela dla Pana” przyklejonej na obdartej ścianie.
Gdyby tu modlili się o zbawienie duszy tylko lokatorzy tego bajzlu, czyli mnisi i mniszki, pies ich trącał, ale w tym kościele odprawiane są regularnie msze. Setki wiernych przychodzą tu codziennie na jutrznie, medytacje, konferencje i spotkania przy herbacie. Ciekawe, ale braćmi Monastycznej Wspólnoty Jerozolimskiej są m.in. strażak, lekarz i kucharz. I im ten syf, brud i smród nie przeszkadzają.
Wychodząc z obrzydzeniem z tego kościoła, zapytałem siostrę Agnieszkę, czy nie jest jej wstyd, że Dom Boży w samym sercu Warszawy wygląda tak ohydnie.
– Nie. To nie nasza wina – odparła.
– Pewnie, kurna, moja – pomyślałem i uciekłem.