Różnie ludzie reagują na koronawirusa. Jedni się boją, drudzy żartują sobie, trzeci kombinują, jak by tu zarobić na globalnych kłopotach.

Pani Jadwiga Emilewicz, minister rozwoju w aktualnym rządzie, wybiera trzecią drogę i tryska optymizmem. „Polska gospodarka oparta na małych i średnich firmach, które nie miały swoich parków produkcyjnych ulokowanych w Chinach, paradoksalnie na tego typu kryzysie może skorzystać” – przewiduje świetlaną przyszłość. Wyznała też mediom, że od kilku dni zgłaszają się do niej inwestorzy z USA z branży budownictwa przemysłowego i mieszkaniowego, którzy stracili dotychczasowych dostawców. „Oni poszukują bardzo szybko nowych dostawców, którzy będą w stanie bardzo szybko dostarczyć dobry towar w wysokim wolumenie, i szukają ich dzisiaj w Polsce”.

W tak różowym postrzeganiu rzeczywistości wtóruje jej Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Twierdzi, że choć „w pewnym okresie polska gospodarka odczuje negatywne skutki koronawirusa, to w przyszłości może na tym paradoksalnie zyskać, poprzez np. zmianę globalnego systemu dostaw”.

Podobnie uważa dr Marcin Piątkowski, wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego: „Globalnie działające korporacje przygotowują plany B i C, jak w przyszłości przeprowadzić stopniową relokację produkcji z Chin, i część z nich patrzy też na Polskę jako bezpieczną przystań”.
Zatem może warto pogorączkować, umrzeć nawet, w intencji Ojczyzny pomyślnej. I czekać, kiedy polskie firmy zamienią Amerykę drewnianą w murowaną. I jeszcze umeblują Amerykanom biura i sypialnie.

Bo w masowe przeniesienie produkcji z Chin do Polski nie wierzę. Wielkie zachodnie koncerny globalne, produkujące w Chinach, zwykle są mniejszościowymi udziałowcami wspólnych, chińsko-zagranicznych firm. Wyjście z Chin to utrata wielkiego rynku. Zresztą, gdzie się przeniosą?

Nie do Polski, której gospodarkę hamuje coraz większy deficyt siły roboczej. Cóż z tego, że polskie firmy dostaną zamówienia szyte na chińską miarę, skoro nie będzie komu tych zamówień zrealizować.

Na chińskich kłopotach najprędzej zyskają przeludnione Indie, Bangladesz, zasobny w wykwalifikowaną siłę roboczą Wietnam. W mniejszym stopniu gospodarka polska, już przecież zależna od importu siły roboczej z Ukrainy.
Mimo to widać na horyzoncie jutrzenkę bogactwa czerpanego z chińskiego wirusa.

96 proc. skuteczności

„Rośnie popyt na polską wódkę jako zastępczy środek dezynfekujący” – informują japońskie media. Czynią to absolutnie na poważnie i na trzeźwo. Podkreślają, że choć dostawy tego trunku do Kraju Kwitnącej Wiśni już znacząco wzrosły, to i tak towar momentalnie znika z półek.

Jak informuje portal the-japan-news.com, polska wódka była znana w Japonii, ale przede wszystkim wśród koneserów; „używana głównie do koktajli owocowych i często podawana w barach”. Podobnie znany był polski spirytus. Stosowano go do koktajli jeszcze rzadziej. Czas kamikadze minął. Teraz polski spirytus znalazł dodatkowe zastosowanie. Ponieważ zawiera aż 96 proc. czystego alkoholu, efekt jego działania w walce z wirusami jest niezaprzeczalny.

„To jeden z najsilniejszych napojów alkoholowych na świecie” – podkreślają Japończycy. Mieszkający w kraju, który leży tuż obok najbardziej zainfekowanych państw, Chin i Korei Południowej. Nic dziwnego, że w Japonii gigantycznie rośnie popyt na maseczki i środki dezynfekujące. Dostać je coraz trudniej, więc Japończycy zaczęli czyścić dłonie alkoholem z Polski.

W Japonii żyje obecnie ponad 126 mln ludzi. Prawie każdy ma dwie dłonie, dwie stopy, dwa łokcie, tylko jedno gardło. Lekarze zalecają odkażanie się przynajmniej kilka razy dziennie, więc łatwo policzyć, jakim chłonnym rynkiem staje się Japonia.

Warto przypomnieć, że w tym regionie świata przynajmniej od trzech wieków Japonia była wzorem modernizacji i innowacyjności dla chińskich i koreańskich sąsiadów. Jeśli polski spirytus stanie się w Japonii uznanym i popularnym środkiem antywirusowym, to rychło ten trend przeniesie się na kontynent zamieszkany przez ponadmiliardową populację Chińczyków i Koreańczyków. Zwłaszcza że Polska wlecze się w ogonie krajów opanowanych przez koronawirusa. Czy to efekt codziennego szczepienia się Polaków popularnymi „małpkami”?
Na pewno nie jest to skutek codziennego mycia rąk przez Polki, a zwłaszcza Polaków.

Z ziemi włoskiej do polskiej

Czy polski spirytus, ten rozcieńczony do postaci wódki i ten skondensowany w 96-proc. postaci, jest naprawdę skuteczny w walce z globalnym wirusem, przekonamy się niebawem. Test zostanie przeprowadzony na dużej, bo przynajmniej 20-tysięcznej próbie ludzkiej. Podczas wielkich międzynarodowych manewrów wojskowych „Defender Europe 2020”.

W tym roku w kilku państwach Europy odbędą się wielkie manewry wojsk NATO. Na wschodnią flankę Sojuszu, przede wszystkim do Polski, dotrze rotacyjnie, w kilku rzutach, około 20 tys. żołnierzy. Przybędą z USA, ale nie wszyscy od razu zza oceanu. Większość już jest w bazie Bundeswehry w Garlstedt w Dolnej Saksonii. Inni aklimatyzowali się do europejskich warunków we Włoszech.
Potem w kierunku Polski wojsko przemieści się transportem kolejowym, lądowym, a także rzecznym. Będzie to największa operacja przerzucenia amerykańskich wojsk do Europy od 25 lat.

Każdy, kto w wojsku był, wie doskonale, że statystyczny żołnierz częściej musi czyścić broń niż myć ręce. A koronawirus rzadziej przenosi się na broni, nawet tej niewyczyszczonej, najczęściej zaś przez podawanie dłoni.

W całej Europie w obawie przed zarażeniem odwołano już wiele imprez masowych. Przede wszystkim we Włoszech, ale w Niemczech też. Zaplanowanych od kilku lat manewrów wojskowych nie da się odwołać, jakby to był koncert filharmoniczny. Zwłaszcza pod pretekstem wzrostu zagrożenia dla wojska. Przeciwnie, im bardziej ekstremalne warunki w czasie takich manewrów, tym większą wojsko ma frajdę. Szczególnie dowództwo, które najmniej ryzykuje nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach. Bo nawet w razie dużych strat ludzkich zawsze może uniknąć odpowiedzialności za nie. Zwyczajnie umyć ręce.

Istotą manewrów „Defender Europe 2020” jest przekonanie miejscowej ludności i wschodnich sąsiadów, że wojska USA nie są agresywnie nastawione.

Aby tego dowieść, muszą one stale kontaktować się z miejscowymi cywilami. Zagadać oczekujących na przystanku albo przystani rzecznej. Zajarać wspólnie papieroska, poczęstować żołnierską racją, na koniec przybić piątkę lub żółwika. Cmoknąć w policzki po hiszpańsku lub w rączki po staropolsku.

I już sami widzicie, że bez udziału silnego polskiego środka dezynfekującego najbliższe manewry NATO skazane są na niepowodzenie. Bez takiej dezynfekcji amerykańska armada – przybyła, by bronić Europy przed Rosją – na pewno pozaraża wszystkich wokoło tym chińskim wirusem.

A gdyby jeszcze ta obowiązkowa, totalna dezynfekcja amerykańskich sojuszników nie zakończyła się tylko na poziomie rąk, to polskie wojsko mogłoby liczyć na kolejny cud. Skoro odpowiednio zdezynfekowany prezydent Jelcyn bez przymusu rozwiązał ZSRR i wycofał wojska radzieckie z Polski, skoro amerykańskim wojakom zdarzało się już zgubić ładunki jądrowe na trzeźwo, to zmasowana, przymusowa dezynfekcja podczas manewrów zwiększyłaby nasze szanse na szybkie dozbrojenie.

Bo teraz, dzięki wirusowi z Chin, wojsko polskie dostało dodatkową szansę awansu do elitarnego grona posiadaczy ładunków jądrowych.

Wojsko baczność!
Wojsko, spocznij!
Do dezynfekcji, marsz!

Facebook Comments
Poprzedni artykułMiędzy nami LEWAKAMI (4)
Następny artykułPiekło Polek
Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).