Kościół przeciwny edukacji seksualnej w szkołach już niedługo rozpocznie swoje coroczne seksualne żniwa. Stanie się to wraz z okresem pierwszych komunii i pierwszych spowiedzi.

Znowu Polskę ogarnie „białe szaleństwo”. Dorośli będą przeżywać to na swój sposób, kupując odświętne stroje, zamawiając restauracje i limuzyny. Dzieci wreszcie doczekają się „wielkiego dnia”, w którym, jak dowiedziały się od katechetów, po raz pierwszy przyjmą do serca Pana Jezusa. Jednym z elementów wielomiesięcznych przygotowań do tego święta jest spowiedź.
Dziewięciolatki zapoznają się z listą grzechów. Zastanawiają się, czy grzechem jest zjedzenie bratu cukierka, czy były wystarczająco grzeczne i czy na pewno nie zapomniały odmówić pacierza przed zaśnięciem. Ufają dorosłym, którzy mówią im, że „tak trzeba”. Całym swoim serduszkiem chcą oczyścić się ze swoich małych grzeszków. Ten proces sprawia, że dziecko niemające możliwości ustosunkowania się do sytuacji, nieumiejące zachować dystansu, dowiaduje się, że jest złe. Potem pojawiają się jeszcze pytania księdza w konfesjonale: Czy masz brzydkie myśli? Czy brzydko się dotykasz?
– Zależność dziewięciolatka od rodziców, księży, katechetek jest w tym wieku absolutna. Dziecko nie potrafi autonomicznie ocenić tego, co go spotyka, nie umie wytworzyć dystansu, refleksji, że nie wszystko jest w nim tak złe, jak sugerują najważniejsze w jego życiu osoby dorosłe. W ten sposób dokonuje się traumatyzująca inicjacja, głęboko osiadająca w psychice, bo oddziałująca na ośrodki mózgu odpowiedzialne za warstwy odruchowe: gwałtowny lęk, agresję, popęd seksualny. Praca na nieświadomości, organiczne warunkowanie we wczesnym okresie życia dają trwały efekt. Lęk religijny, silny i niemożliwy do opanowania, towarzyszy dorosłym już ludziom aż do starości. I nigdy ich nie opuszcza. U tych, którzy odwracają się od Kościoła, zostaje raczej stłumiony niż wyeliminowany – mówi Anna Miżowska, psycholog dziecięcy, terapeutka i biegła sądowa z Łodzi.

Historia spowiedzi

W pierwotnym Kościele spowiedź nie istniała. Pierwsze wzmianki na jej temat pojawiają się dopiero w IV w. Spowiedź indywidualną zawdzięczamy mnichom pochodzącym z Irlandii i Wielkiej Brytanii. Tak zwani mnisi iroszkoccy stali się ewangelizatorami północnej i zachodniej Europy w VI i VII w. Oni rozpowszechnili w całym Kościele spowiedź przed kapłanem i praktykę osobistej pokuty. Dopiero od VI w. spowiadano się częściej niż raz w życiu. A i tak zwykle wtedy, gdy ktoś popełnił grzech ciężki: morderstwo, cudzołóstwo lub apostazję. Nadal jednak było tak, że najpierw trzeba było odpokutować grzech, a potem u tego samego kapłana, który nałożył pokutę, prosić o rozgrzeszenie. Mnisi tworzyli tzw. księgi penitencjarne, zawierające katalogi wszelkich możliwych grzechów oraz odpowiadających im pokut zwanych taryfowymi. Określano precyzyjnie formę i czas pokutowania. Co ciekawe, duchowni mieli znacznie surowsze pokuty niż świeccy. Księgi z taryfowymi pokutami zrodziły tzw. płatne odpusty. Bogaci zaczynali zastępować czyny pokutne określoną kwotą pieniędzy. Około X w. ustaliła się reguła, że penitent (łac. paenitens – pokutujący) zaraz po wyznaniu grzechów uzyskuje rozgrzeszenie, a pokutę odprawia po spowiedzi. Tak porzucono księgi pokutne. Pokuta po spowiedzi stawała się coraz bardziej symboliczna.
Na soborze laterańskim IV (1215 r.) zadecydowano, że wszyscy wierni mają obowiązek osobiście przynajmniej raz w roku wyznać wszystkie swoje grzechy kapłanowi. Później, już na soborze trydenckim (1545–1563) doprecyzowano, że obowiązek ten dotyczy jedynie grzechów ciężkich. W roku 1304 r. papież Benedykt XI usankcjonował tzw. spowiedź generalną. Chodzi o spowiedź z całości życia, albo jakiegoś etapu, kiedy wyznajemy grzechy już wcześniej wyznane i odpuszczone. Spowiedź generalna jest nadal praktykowana. Na soborze watykańskim II (1962–1965) zwrócono uwagę na wspólnotowy wymiar sakramentu pokuty. Podkreślono, że spowiedź to nie tylko pojednanie z Bogiem, ale także z Kościołem.
Pierwszej spowiedzi i komunii świętej teologia katolicka jednak nie wymaga.
„Jest to wyłącznie utrwalony obyczaj. W katolickim rozumieniu sakramentów (…) prawo do komunii świętej ma każdy ochrzczony. Nawet ochrzczony niemowlak może przyjmować komunię. Teologia katolicka nie wymaga ani żadnej pierwszej komunii, ani spowiedzi. Chrzest bowiem gładzi wszystkie grzechy i jest bramą sakramentów (ianua sacramentorum), a więc daje, niezależne od opinii jakiegokolwiek duchownego, formalne uprawnienie do korzystania z sakramentów, w tym także komunii świętej” – czytamy w publikacji „Pierwsza spowiedź, czyli dziecko przed sądem” prof. Tadeusza Bartosia, filozofa i teologa, publicysty, byłego dominikanina, doktora habilitowanego nauk humanistycznych i profesora nadzwyczajnego Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.

Chora ciekawość kleru

Dziś większość przeciwników edukacji seksualnej w szkołach nie godzi się, by „seksualna indoktrynacja” odbywała się w placówkach publicznych. Jednocześnie godzą się, by ich dziecko w konfesjonale „edukował” ksiądz. W większości polskich parafii w rachunku sumienia (przygotowanym specjalnie dla dzieci przystępujących do pierwszej komunii) pytania odnoszą się do każdego przykazania. W jednej parafii w diecezji włocławskiej do przykazania szóstego przypisano m.in. takie pytania: „Czy dobrowolnie myślałeś o rzeczach bezwstydnych?”, „Czy pragnąłem rzeczy bezwstydnych?”, „Czy pisałem lub rysowałem coś nieprzyzwoitego?”, „Czy popełniałem bezwstydne uczynki sam lub z drugim?”, „Czy zezwalałem na nie?”. Podobne można znaleźć we wszystkich parafiach w Polsce. Różnią się tylko zastosowanymi terminami, np. „sprawy nieczyste”, „nieskromne rzeczy”, „coś bezwstydnego”.
Pytania te wywołują w dzieciach strach, wstyd, a czasem pytanie „o co chodzi?”, bo nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiały. W ten sposób Kościół sam niejako prowokuje dzieci do myślenia na ten temat. Wyprzedza rodziców, robi to za nich. Wchodzi z butami w seksualność dzieci. Tak dzieje się w Polsce od lat.
– Nie pamiętam, jak się nazywał ten ksiądz, ale jak zaczynam o tym myśleć, to widzę go tak jak panią teraz – opowiada mi 82-letnia pani Irena, która pochodzi z Pacanowa.
To tam padła ofiarą „złego dotyku” księdza.
– To było zaraz po mojej komunii. Lekcje z księdzem odbywały się wtedy w salce katechetycznej. Salka była może 200 metrów od plebanii. Pamiętam, że na katechezę wchodziło się przez sień, po lewej była salka, a po prawej pokój wikarego. Któregoś dnia wikary kazał mi iść ze sobą. Powiedział, że dziś byłam niegrzeczna i muszę się wyspowiadać. Weszliśmy do pokoju, a on zamknął drzwi na klucz. Posadził mnie na kolanach i co chwilę poprawiał na tych kolanach. W końcu zaczął sapać i dyszeć. Myślałam, że umiera. W końcu tak strasznie zacharczał. Przestraszyłam się i zeskoczyłam z kolan. Pamiętam, że nie mogłam przekręcić tego klucza w drzwiach, ale uciekłam – opowiada. – Cieszyłam się, że umarł i że nie będzie już religii. Później go zobaczyłam. Nigdy o tym nie mówiłam mamie, ale chyba nie byłam jedyna, którą to spotkało. O księdzu chodziły plotki, a dzieci śpiewały o nim specjalnie wymyśloną piosenkę: „Na co ksiądz, po co ksiądz chodzi do panienki. Na co ksiądz, po co ksiądz podwija sukienki” – śpiewa starsza pani, a na jej twarzy widać smutek.
Podobne odczucia ze spowiedzi ma 75-letni pan Mścisław z Łodzi.
– Tego nie da się usunąć z pamięci – zaczyna mężczyzna. – Tata był wojskowym. Przeprowadzaliśmy się kilka razy. Wtedy mieszkaliśmy w Warszawie u zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej. Najbliżej miałem do kościoła św. Anny. To był rok 1952, tuż przed świętem zmarłych, miałem wtedy jakoś osiem lat, byłem już po komunii. Podczas spowiedzi, jak to dziecko, wyliczyłem wszystkie swoje grzechy: nie słuchałem się mamy, biłem z kolegami, no tego typu. Potem zacząłem klepać końcową formułkę. Ksiądz mi przerwał i zapytał, czy bawię się siusiakiem, czy mam nieczyste myśli. Zaniemówiłem. Zaczął mnie straszyć, że jak będę to robił, to na święcie umrę przy grobie. Ja się naprawdę bałem, że to się stanie… Mamie nigdy o tym nie powiedziałem – wspomina.
Panu Mścisławowi później zdarzyło się to jeszcze kilka razy w różnych kościołach.
– Miałem 14–15 lat, byłem przed bierzmowaniem. Ksiądz pytał, czy spotykam się z dziewczynami, co robimy na randkach, czy już współżyję i czy robię to „po bożemu”. Byłem nastolatkiem. Wiadomo, że o takich rzeczach już się wtedy rozmawia z rówieśnikami. Ale rozmowa z księdzem na ten temat? – pyta sam siebie. – Czułem się zakłopotany, wstydziłem się. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że to chyba ze mną jest coś nie tak, skoro ciągle mi się to zdarza. Chciałbym wtedy wiedzieć tyle, co dziś. Wiedziałbym, że mogę stamtąd odejść, że nikt nie powinien stawiać mnie w takiej sytuacji. Tym bardziej ksiądz, który wykorzystał swój autorytet – podsumowuje mężczyzna.
Równie traumatyczne wspomnienia ze spowiedzi ma 40-letnia Jolanta z Łodzi, matka dwóch synów.
– Nie byłam już dzieckiem. Byłam pełnoletnia i miałam chłopaka. Miałam być świadkiem na bierzmowaniu u siostry. Ksiądz zaczął mnie wypytywać, czy mam chłopka i czy z nim współżyję – opowiada. – Księdza nie interesowało jednak, czy grzeszę ze swoim chłopakiem, ale konkretnie, jak i co robimy. Wyznałam, że czasami błądzimy, bo jak inaczej to nazwać w rozmowie z duchownym. Czułam się okropnie. W pewnym momencie zauważyłam, że ksiądz wcale mnie nie słucha i ciężko oddycha. Nie jestem pewna, ale chyba się masturbował. Ogarnęło mnie obrzydzenie – mówi z zażenowaniem, choć od tego momentu upłynęło już wiele lat.
O podobnych doświadczeniach podczas spowiedzi mówiła wielokrotnie posłanka Joanna Scheuring-Wielgus, która wychowała się w tradycyjnej rodzinie. Była w kółku różańcowym.
„Mój rozwód z Kościołem zaczął się, gdy miałam 14 lat. Poszłam do spowiedzi i ksiądz w konfesjonale wypytywał mnie o intymne szczegóły: czy spotykam się z kolegami sam na sam, czy oglądam filmy pornograficzne, czy dotykam się w miejsca intymne” – wyznała w „Wysokich Obcasach”.
Podobnych historii mnożna znaleźć w internecie bez liku. Opisują je ludzie w każdym wieku.
„Wczoraj mój brat się spowiadał, bo dzisiaj mieliśmy bierzmowanie, ale w to, co mi brat powiedział po spowiedzi, nie mogłam uwierzyć. Jak już powiedział wszystkie grzechy, to na koniec ksiądz go spytał, czy ogląda filmy porno i czy się przy tym masturbuje… No jasna cholerka! (…) Totalna przesada! Postawił go w trudnej sytuacji” – pisze na jednym z forów dyskusyjnych anonimowa internautka.
„Pytanie o masturbację padło w czasie spowiedzi przed pierwszą komunią. Pamiętam do dzisiaj, bo przygotowałam sobie całą listę grzechów: opuściłam mszę, nie słuchałam mamy, naskarżyłam na kolegę, szturchnęłam koleżankę. To były dla mnie największe przewinienia i szłam do konfesjonału z duszą na ramieniu. Byłam pewna, że nie dostanę rozgrzeszenia, bo nikt nie był tak zły, jak ja. Tymi sprawami ksiądz w ogóle się nie zainteresował. Za to poruszył temat masturbacji, a ja wtedy nawet nie wiedziałam, co to jest. Zaczął tłumaczyć, pytać, czy nie dotykam się w grzeszny sposób. Powiedziałam, że nie, ale to do dzisiaj jedno z największych upokorzeń w moim życiu – wspomina kolejna internautka.
„Wyznałam mojemu spowiednikowi, że od czasu do czasu miewam nieczyste myśli. On zaczął drążyć temat. Podpytywał, o kim fantazjuję i co dokładnie dzieje się w moich fantazjach. Strasznie to było upokarzające. Zadawał tyle pomocniczych pytań, że czułam się bardzo niezręcznie. Niby nic się nie stało, ale pamiętam, że strasznie się bałam, a potem wstydziłam. Nikomu w rodzinie o tym nie mówiłam” – pisze kolejna.

Psychologia nadużyć

– Doświadczenia takich nadużyć pozostawiają trwały ślad w psychice dziecka, a potem dorosłego człowieka – komentuje psycholog Anna Miżowska. – Są osoby, które zapominają o trudnym zdarzeniu, co nie znaczy, że dobrze funkcjonują. Trauma demonstruje się później w złym nastroju, demotywacji czy niekontrolowanych wybuchach złości. Czasem wspomnienia wracają, kiedy pojawiają się własne dzieci, w kontakcie z ich kruchością i zależnością. Inni posiadają żywe wspomnienia z tego rodzaju zdarzeń, ale mało kto korzysta ze wsparcia psychologa, a jeszcze mniej osób powiadamia o tym odpowiednie organy prawne – mówi.
Jako jedyni na świecie komunikujemy się słowem, komunikacja pozawerbalna u człowieka ma drugorzędne znaczenie, zwłaszcza w dobie internetu.
– Słowa mogą pozostawić urazy, mogą też zbudować i pomóc wyjść z kryzysu, tak działa terapia psychologiczna, głównie terapia za pomocą rozmowy. Dialogi, pytania, dyskusje, prowadzone z poziomu autorytetu, mogą wywrzeć presję na drugiej stronie i prowokować odpowiedzi, które wywołują lęk i wstyd, czasem poczucie winy. To odkrywanie sekretów, ale w warunkach nakazowych. Tajemnice powinno się powierzać najlepszej przyjaciółce albo zaufanej cioci, osobie wzbudzającej zaufanie. Ale nie poprzez nakazy społeczne czy zwyczaje, którymi sterują rodzice i dorosłe otoczenie, często nieznające albo ignorujące delikatność psychiki dzieci i ich prawo do własnej przestrzeni oraz dobrowolności ujawniania informacji o swoich sekretach, słabościach i małych przewinieniach. Dzieci, które spotkało takie nadużycie, najczęściej nie do końca rozumieją sytuację samego nadużycia. Sprawca często działa z pozycji autorytetu. Potrafi zastraszyć dziecko. Rodzice zaś wolą nie widzieć, nie chcą zaglądać głębiej, bo po co patrzeć? Jeśli głębiej jest taka trauma, to trzeba będzie skupić się na samym dziecku i zmierzyć z walką o nie. Trzeba wtedy wyjść ze swoich schematów i pozornie ułożonego dobrego życia – komentuje psycholog.
Rozmowy z dziećmi o życiu seksualnym to wątek delikatny i ryzykowny, jeśli samo dziecko nie wykazuje takiej gotowości. Jak rozpoznać, że nasze dziecko jest gotowe, by o tym rozmawiać?
– Wskaźnikiem gotowości mogą być np. samodzielnie zadawane pytania, dopytywanie o zjawiska z zakresu seksualnego. Osoby bez przygotowania do prowadzenia takich rozmów mogą przemycać swoje osobiste poglądy na ten temat, np. awersję, lęk, potępienie, bądź też prezentować treści, które zbyt wcześnie rozbudzą albo naruszą psychikę dziecka. Rozmowa o masturbacji czy seksie wymusza gotowość dziecka. Obserwujmy i słuchajmy dzieci uważnie, a będziemy wiedzieli, kiedy rozpocząć dialog. Kwestia jest bardzo zindywidualizowana, być może zainteresowanie życiem seksualnym bierze się z naturalnego rozwoju dziecka. Freud nazywał to rozwojem psychoseksualnym. A może jest to skutek nadużycia seksualnego, którego dziecko doświadczyło. Czasami nieświadomie narażamy dzieci na treści pornograficzne – mówi A. Miżowska.

Seksualna burza

Edukacja seksualna stała się ostatnio jedną z najważniejszych spraw w państwie. Jarosław Kaczyński straszy seksualizacją dzieci, politycy PiS grzmią o demoralizacji i uczeniu czterolatków masturbacji. Episkopat wpływa na samorządy, apelując o wycofanie „budzących wątpliwości rozwiązań w karcie LGBT”, demonizując ją i przekłamując.
„Biskupi wraz z rodzinami i środowiskami wyrażającymi sprzeciw wobec wspomnianej karty przypominają, że zgodnie z Konstytucją RP każdy ma prawo żądać od organów władzy publicznej ochrony dziecka przed (…) demoralizacją. Dlatego też apelują o wycofanie budzących wątpliwości etyczne i prawne rozwiązań, zawartych w tak zwanej karcie LGBT” – czytamy w oficjalnym stanowisku Konferencji Episkopatu Polski.
Religia w naszym kraju jeszcze długo nie zniknie ze szkół. Dlatego wszystko zależy od rodziców i dziadków. Nie pozwalajcie na przemoc wobec waszych dzieci i wnuków! Nie posyłajcie dzieci do komunii, do spowiedzi. Weźcie odważnie sprawy w swoje ręce. Zastanówcie się, co jest dla was ważniejsze: dobro waszych dzieci czy to, „co ludzie powiedzą”?

Facebook Comments
Poprzedni artykułKrzyż na Nowogrodzkiej
Następny artykułKto ukradł zwłoki Jezusa?
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).