Polskie państwo dobrobytu to państwo rodzin i przedsiębiorców, które szanuje wartości Polaków – perorował Mateusz Morawiecki w swoim expose. Wartości może i szanuje, ale opowiadaniem bzdur udowadnia, że inteligencję Polaków ma za nic.

„W ciągu 3 lat wyrwaliśmy z biedy ok. 2 mln osób. Solidarność to kamień węgielny naszej polityki”.

Kłamał. Badania ubóstwa w Polsce wykazały, że w 2018 r. liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie wzrosła o 400 tys. W czwartym roku rządów PiS ponad 2 miliony Polaków balansowało na granicy biologicznego przetrwania, na przeżycie miało do dyspozycji nie więcej niż 19 zł dziennie. Dwa miliony osób, które mają przeżyć miesiąc, czyli jeść, mieszkać, ubierać się, myć i przemieszczać za niecałe 600 zł miesięcznie! Wśród 400 tys. osób, które doszlusowały do grupy nędzarzy, jest 60 tys. seniorów, czyli ludzi w wieku emerytalnym! Oni nie dostają 500 plus, jednorazowa trzynastka w wysokości 900 zł z groszami też im niewiele pomoże. Zwłaszcza że 500 plus też nie pomogło tym, którym miało pomóc, skoro w raporcie Stowarzyszenia Wiosna, podsumowującym wiele różnych badań, wyszło, że liczba dzieci żyjących w skrajnym ubóstwie skoczyła z 325 tys. w roku 2017 do 417 tys. rok później. Wzrosła więc prawie o jedną trzecią! Co i komu wyrwał pan premier? Do czyich kieszeni wpakował kilkadziesiąt miliardów złotych z transferów socjalnych? Na pewno nie do kieszeni najbiedniejszych.

„Chciałbym, aby w nadchodzącej kadencji powstała i zaczęła działać wielka strategia demograficzna”.

Może lepiej nie. Dotychczasowe związki rządów PiS z demografią nie kończą się dobrze. Wspomniany program 500 plus, wbrew zapowiedziom, nie wywołał baby boomu. A co gorsza nie wywołał niczego, bo liczba zgonów w latach jego obowiązywania przewyższała liczbę urodzeń. To jeszcze nic. Średnia długość życia, która po 1989 roku stale pięła się w górę, kilka lat temu stanęła w miejscu. Teraz drgnęła, ale wcale nie w górę. W latach 1991-2002 długość życia w Polsce rosła rocznie o 6,9 proc. u mężczyzn i o 5 proc. u kobiet. Pomiędzy 2003 i 2012 r. roczne tempo przyrostu długości życia spadło zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. W latach 2013-2016 przyrost długości życia stanął, a od 2017 r. długość życia spada. Każdego roku statystycznie o półtora miesiąca. Jeśli zatem wielka strategia demograficzna premiera ma sens, to tylko dla ZUS: im krócej będą żyli emeryci, tym lepiej dla państwowej kasy.

„Wdrożyliśmy nowe regulacje w budownictwie mieszkaniowym. Nasz Narodowy Program Mieszkaniowy, którego częścią jest „Mieszkanie+”, tworzy nowe perspektywy”.

Zapomniał wspomnieć, że regulacje spowodowały skokowy wzrost cen nowych mieszkań. Co jest dobre przede wszystkim dla deweloperów i banków oraz, trochę mniej, dla budżetu państwa. Dla Polaków – nieszczególnie.
W sprawie „Mieszkania plus”, czyli wybudowanych w ciągu 4 lat 900 (to nie błąd: dziewięćset! – przyp. red.) mieszkań z dziesiątkami wad wypunktował Morawieckiego już Zandberg i wystarczy. Natomiast nikt nie wspomniał Morawieckiemu, że budownictwo mieszkaniowe powinno być w jego wypowiedziach omijane z daleka z kilku innych powodów.
Choćby takiego, że stoi na czele rządu państwa, w którym 1,2 mln mieszkań nie ma łazienki. Czyli prawie w dziewięciu mieszkaniach na sto ludzie nie mogą się wykąpać.
W co 19 mieszkaniu nie ma kibla! Dodajmy jeszcze, że pół miliona mieszkań, czyli co trzydzieste, nie ma bieżącej wody i zastanówmy się, o czym mówi do nas Morawiecki. Pamiętając przy okazji, że w każdym takim mieszkaniu pomieszkują statystyczne 2,66 osoby. Wszak na 1000 osób przypada u nas ok. 380 mieszkań. Do średniej unijnej, wynoszącej
490 mieszkań, bardzo daleko. Nie wspominając już o Hiszpanii, gdzie 550 mieszkań na tysiąc obywateli pozwala większości ludziom mieszkać samemu. Jak do tego brudu, smrodu i niedorozwoju ma się kilkaset PiS-owskich lokali?

„89 proc. Polek i Polaków jest zdania, że Polska to kraj, w którym się żyje bezpiecznie. To wzrost niemal o 20 punktów procentowych w porównaniu z 2014 rokiem. Polacy czują się wreszcie w swojej okolicy i w kraju normalnie i najbezpieczniej w historii”.

Badanie poczucia bezpieczeństwa Polaków robiła podległa mu instytucja, czyli CBOS. I nawet nie musiała niczego naciągać, bo poczucie to jest kształtowane przez media. Tymczasem te, zamiast epatować każdą kryminalną bzdurą powodującą przekonanie, że żyjemy w Chicago lat 30., od 4 lat przekonują nas, że rząd codziennie odnosi sukcesy, opozycja kłamie, a sędziowie kradną. Po takim akryminalnym praniu mózgów opinia publiczna może zatem spać spokojnie. I właściwie będzie miała rację. Bo zarówno w czasach, gdy była przekonana, że po ulicach grasują gangi, jak i teraz, policyjne statystyki przestępczości niemal się nie zmieniają.
W przeciwieństwie do tego, o czym premier nie mówił, czyli poczucia bezpieczeństwa finansowego, mierzonego przez nielubianego, a przez to wiarygodnego Providenta. Bezpieczeństwo finansowe zaś jest dostępne tym, którzy mają odłożone parę groszy. Kwota oszczędności przez wiele lat rosła sobie wolniutko, ale od dwóch lat skacze wzwyż jak nienormalna. O ile jeszcze w 2016 r. bezpieczną kwotą na przeżycie Polaka było 3 240 zł, to w kolejnym skoczyła do 5 tys. złotych, w 2018 r. wynosiła 8 400 zł, by w tym roku dobić 10 tysięcy zł. W kontekście tej inflacji bezpieczeństwa finansowego, radosny wywód premiera nieco blednie.

„Kto chce dzieci zatruć ideologią, odgrodzić od rodziców, rozbić więzi rodzinne, bez zaproszenia wejść do szkół i pisać ideologiczne podręczniki, ten chce wywołać wojnę kulturową. Nie dopuszczę do niej”.

Jak wynika z raportu UNICEF Polska, 75 proc. polskich dzieci czuje się szczęśliwych, 15 proc. ocenia swoje samopoczucie na co dzień jako przeciętne, a 10 proc. polskich dzieci jest nieszczęśliwych. Skąd to nieszczęście? Właśnie ze wspomnianych w expose więzi rodzinnych.
Największy wpływ na samopoczucie dzieci, zwłaszcza starszych, mają przede wszystkim relacje z przyjaciółmi. Badanie wykazało, że rola rodziców w wychowaniu jest mocno przeceniana. Zwłaszcza że co dziesiąte dziecko doświadczyło przemocy fizycznej, co czwarte natomiast słownej. I to częściej od rodziny niż ze strony rówieśników. Ale rząd, jak widać, nie zamierza uczyć dzieci, jak sobie z tym radzić. Mają dostawać opieprz i łomot, a nie zatrutą ideologię.

„Nasze drogi znaczone są krzyżami, które oznaczają śmiertelne wypadki drogowe i tragedie tysięcy rodzin. Bezpieczeństwo na drogach będzie jednym z naszych priorytetów”.

Statystyka jest dla premiera nieubłagana. Liczba złych wydarzeń na drogach co roku leci na pysk. I to zarówno jeśli chodzi o wypadki, jak i ofiary śmiertelne. Jeśli bowiem jeszcze w 2008 r. wydarzyły się 49 054 wypadki drogowe, to w ubiegłym roku było 31 674. Czyli niemal o jedną trzecią mniej. Rannych w 2008 roku zostało 62 097 osób. Po dziesięciu latach poszkodowanych na drogach było 37 359. Czyli przeskok niemal kosmiczny.
Jeszcze większy kłam krzyżom Morawieckiego zadaje zestawienie ofiar śmiertelnych. W tamtym roku było ich 2 862. Ale dekadę wcześniej zginęło w wypadkach drogowych 5 437. Niemal dwa razy więcej!
Gdyby premier miał mądrych doradców, to wybiliby mu głupie wypowiedzi o wypadkach drogowych z głowy i powiedzieli, że obecny system działa. I zamiast kolejnych kar wymaga budowania sensownych dróg. Bo każdy kilometr nowej ekspresówki ratuje czyjeś zdrowie i życie.

„Jedna z najlepszych informacji, jakie dotarły do mnie w tym roku, to dane GUS, z których wynika, że po raz pierwszy w latach III RP więcej było Polaków, którzy mogą jakieś sumy zaoszczędzić, niż tych, którzy nie mogą nic zaoszczędzić”.

GUS robi badania statystyczne, a statystyka zakłada błąd statystyczny. Provident też to badał i jemu wyszło, że jakiekolwiek oszczędności ma mniej Polaków niż więcej, czyli 49 proc. Czyli tu może być i tak, i tak. Jak jest naprawdę, widać ze szwedzkich badań, robionych w całej Unii, o nazwie „Barometr dobrobytu finansowego”. Spośród 24 krajów Polska zajęła 22. miejsce. W regulowaniu rachunków Polacy są na 19. pozycji. W kwestii oszczędzania na miejscu 20. Poza tym jesteśmy kretynami ekonomicznymi. W kategorii wiedza finansowa zajęliśmy przedostatnie, 23. miejsce. I pewnie dlatego Polacy mogą się zadłużać na potęgę. W swobodzie finansowej jesteśmy bowiem w Europie na 10. miejscu. Kolejnym skutkiem naszej ignorancji ekonomicznej jest to, że polski premier bez wstydu może wciskać takie głodne kawałki.

Facebook Comments