Zbliża się koniec chaosu w sądownictwie. I to dzięki Kościołowi.

Z inicjatywy Polskiej Akademii Nauk odbyło się seminarium „Forum dla praworządności”. Oczywiście uczestnicy do niczego konstruktywnego nie doszli, ale i dojść nie mieli. W dyskusji miano jedynie określić „obszar dialogu”. Nie oznacza to, że porozumienia nie będzie.

Zaliczam się do tej grupy Polaków, którzy przestali już cokolwiek rozumieć z toczącej się dyskusji na temat upolitycznienia wymiaru sprawiedliwości. Swoje wiem, a głosów mądrzejszych i lepiej poinformowanych po prostu nie rozumiem. Na konferencję nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie apel jednego z „kacyków” III RP, który wystosował do organizatora, prezesa PAN, okolicznościowy list. Potem go oczywiście upublicznił i troszkę nagłośnił, bo nie chodzi przecież o to, żeby pisać po próżnicy. W biznesie nie ma miejsca na puste gesty – liczy się efekt, czyli pieniądz. Dygnitarzem tym jest przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki. Co ma klecha do prawa świeckiego? No właśnie… List, choć gładki i na pozór pustawy, postanowiłem poddać wnikliwej analizie i przetłumaczyć z języka kościelnego na naszą mowę.

Sam fakt wystąpienia z apelem świadczy o tym, że kler boi się o swoją pozycję, bo – co oczywiste – nigdy nie chodziło mu i nie chodzi o nic innego niż biznes. Kościół, jak to Kościół, wprost niczego nie powie, bo nie wie jakie siły i kiedy wygrają tę batalię, ale urzędnicy watykańscy poczuli, że coś jednak powiedzieć powinni. No i powiedzieli piórem Gądeckiego.

„Jako przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski wyrażam swoje poparcie dla dialogu ws. sytuacji w wymiarze sprawiedliwości i narastającego konfliktu związanego z jego reformą” – zaczął grzecznie i na pozór neutralnie. Znaczy to tyle co: rypie się coś, więc uważajcie, bo w grę wchodzą poważne pieniądze.

„Konflikty nieustannie towarzyszą polityce” – ze znawstwem napisał przedstawiciel organizacji tworzącej te konflikty. „Można powiedzieć, że ich istnienie jest naturalnym przejawem dobrze funkcjonującej demokracji. Ludzie wszak mają różne poglądy na sprawy publiczne, a także różne interesy. Konstytucja zaś mówi o tym co wspólne, o trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, o wspólnocie zakorzenionej w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach”. Z czego zrozumiałem: wyluzujcie i pamiętajcie, że całą tą napierdalanką psujecie dobry układ. Nam akurat nic poważnego nie grozi (chrześcijaństwo, dziedzictwo itp.), ale na kłótni wszyscy tracimy, bo biznes wymaga spokoju.

Potem bez krępacji przeszedł do instrukcji, choć oczywiście zawoalowanych: „Po pierwsze, powinniśmy dołożyć wszelkich starań, aby polskie sprawy były załatwiane w Polsce. Jako Polacy powinniśmy znaleźć taki sposób rozmowy, który ostatecznie prowadzi do dobrego kompromisu i uczyni bezprzedmiotową zewnętrzną ingerencję” – poinstruował Polaków urzędnik Watykanu. Co w tłumaczeniu brzmi: blokujcie więc Brukselę, bo czort wie co wyciągną, a jak wyciągną, to geszefty mogą się popsuć.

„Po drugie, powinniśmy pamiętać, że istnieje odpowiedzialność za instytucjonalny wymiar dobra wspólnego. Instytucje można, a niekiedy należy reformować. Trzeba jednak unikać tego, co mogłoby prowadzić do instytucjonalnego chaosu, a tym bardziej działań mających za cel doprowadzenie do zamętu”. Znaczy: chaos nie służy interesom.

„Po trzecie, powinniśmy starać się o autentyczne rozwiązanie spornych spraw. Kompromis jest możliwy, ponieważ pewne sprawy są podzielne. (…) Św. Jan Paweł II mówił: Solidarność – to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni – przeciw drugim (1987)”. Zrozumiałem: Jak odpuścicie, to uspokoimy ludzi. Coś tam ściemnimy (Solidarność, św. Jan Paweł II), jakoś poukładamy sprawy, i jakby co dalej będziecie mogli liczyć na nasze poparcie.

„Po czwarte, musimy pamiętać, że pewne sprawy są niepodzielne. Myślę o takich dobrach, jak ojczyzna, państwo i suwerenność”. Co znaczy: O, o ojczyźnie jeszcze możemy coś dodać i o suwerenności – tylko bez Brukseli!

Na wypadek, gdyby czytający list mieli intelekt na poziomie posła Marka Suskiego z PiS, główną myśl wyłożył bezpośrednio: „Nie brakuje w Polsce ludzi światłych i szlachetnych, którzy – jak wierzę – znajdą drogę do rozwiązania polskich spraw, mając świadomość, że przedłużanie sporu szkodzi naszej Ojczyźnie, jak również wszystkim obywatelom”. Z czego zrozumiałem: ogarnijcie się w końcu, bo interes ma się zdrowo kręcić, a nie pauzować, czekając nie wiadomo na co.

Zakończył S. Gądecki swój list górnolotnie, ale i konkretnie, choć przy pobieżnym rzucie oka na treść tego nie widać: „Na zakończenie chciałbym przytoczyć słowa Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, ukazujące nieodzowną perspektywę, w której należy prowadzić tak ważne rozmowy: pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane, pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność, w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem lub własnym sumieniem”. Tym konkretem jest oczywiście odwołanie do Boga, na którego reprezentowanie ludzie Gądeckiego mają w Polsce monopol. Cytat ten odczytałem więc tak: jak się coś rypnie, winnym nie odpuścimy

Tak więc całość listu-apelu pana Gądeckiego odebrałem w sposób następujący: No dobra: wystarczy już tych harców. Przede wszystkim wypieprzać z pomysłami wpuszczania tu Brukseli, bo chyba zapomnieliście, po co nam ona. Mamy z niej brać, a nie jej słuchać. Bawicie się jak niedorozwinięte dzieci, a to w końcu może zaszkodzić temu, co dla nas wszystkich najważniejsze – biznesowi. OK, jakby co ściemnimy coś ludziom o Bogu, JP2, ojczyźnie i czymś tam jeszcze – będzie spokój; weźmiemy to na siebie. Uważajcie jednak, bo jak się sprawa rypnie, to nie będzie Boże zmiłuj. Uprzedzam uczciwie – zakopiemy winnych.

W życiu jest jak w fizyce: akcja wywołuje reakcję. Jeśli Kościół mówi coś rządzącym, musi to przynieść oczekiwany efekt. Skoro więc Gądecki ryknął na polityków PiS (akcja), ci muszą odpuścić (reakcja), bo inaczej ryzykowaliby utratę poparcia najpoważniejszej struktury polityczno-biznesowej w kraju. Niebawem więc zobaczymy „jaskółki” zwiastujące ocieplenie, a niedługo po ich pojawieniu się nastąpi „historyczny kompromis”. Za kilka lat nakręci się o tym za państwowe pieniądze film, który wyemituje Kurwizja. Amen.

Facebook Comments
Poprzedni artykułNür fur hetero
Następny artykuł„Nie kocha syna, kto rózgi żałuje…”
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).