fot. Artur Kulikowski
Przez ostatnie dni prawicowo-katolickie media roztrząsały śmierć 11-miesięcznego Szymonka z Radomia. Śmierć chłopczyka w perfidny sposób wykorzystali tzw. antyszczepionkowcy.

Szymon został odłączony od respiratora po blisko sześciu miesiącach walki o jego życie. Dramatyczną decyzję podjęli bezradni lekarze z warszawskiego szpitala dziecięcego przy ulicy Niekłańskiej, którzy stwierdzili śmierć mózgu pacjenta. Chłopiec został przyjęty do stołecznej placówki z nieodwracalnym uszkodzeniem centralnego układu nerwowego. Tu też zmarł. Właśnie na terenie szpitala antyszczepionkowcy postanowili pożegnać Szymonka, puszczając do nieba baloniki i zapalając mu lampki. Ceremonia była bardzo wzruszająca, ale dopiero po jej zakończeniu antyszczepionkowcy pokazali prawdziwe oblicze i cel, jaki im przyświecał. Nie chodziło wcale o pamięć o tym biednym dziecku, a o zrobienie szumu wokół siebie i swojej ideologii.

Prym wiodło osiem młodych aktywistek, które teren szpitala potraktowały jak własną przydomową zagrodę. Nieistotni byli ludzie, chcący dostać się do szpitala jedyną, zablokowaną przez antyszczepionkowców, drogą. Nieważni byli mali pacjenci i ich rodzice, którzy korzystając z pięknej pogody tłumnie wylegli ze szpitalnych sal na znajdujący się obok plac zabaw. Zamiast wytchnienia od codziennych badań i bolesnych zabiegów, chore dzieci i ich troskliwi opiekunowie oglądali nagrobkowe świece, czarno-białe zdjęcia „zabitego” Szymonka wśród położonych na chodniku misiów, lalek i krzyży. Jakby tego było mało, przeciwniczki szczepienia dzieci na głos wyrażały swoje opinie o szpitalu, mówiąc, iż jest to cmentarz, a lekarze tam pracujący są zwykłymi mordercami.

Chorzy i zapłakani mali pacjenci tej placówki słysząc to, zaczęli pytać swoich rodziców, czy oni także umrą jak Szymon. Reakcją opiekunów była ucieczka do budynku. Na antyszczepionkowcach nie robiło to wrażenia. W końcu sami przyprowadzili tu stadnie swoje kilkuletnie pociechy. Ustawiali je potem jak manekiny przed serduszkiem utworzonym z zapalonych zniczy i robili „piękne” zdjęcia, które natychmiast umieszczali w sieci – chwaląc się wszem i wobec, jacy to są pobożni i przejęci śmiercią Szymonka. Tymczasem tak naprawdę cały czas (co bardziej pobudzeni) rzucali w stronę policji i ochrony szpitala mięsiste „chuje i kurwy”, gdyż ci prosili o jak najszybsze zakończenie nielegalnego zgromadzenia i opuszczenie terenu. Aktywistki nie chciały nawet o tym słyszeć. Według nich policja jest współwinna „morderstwa” Szymona, gdyż nic nie zrobiła, gdy zabójcy lekarze odłączali go od respiratora.

Z ust przeciwniczek obowiązkowych szczepień padały także bardzo odkrywcze informacje. Można się było dowiedzieć, iż „kiedyś wolno było szczepić dzieci, bo szczepionki były dobre, a teraz nie wolno… bo są złe”. Ponadto nie ma co szczepić maluchów przeciwko różyczce, odrze czy ospie wietrznej, bo są to tradycyjne choroby wieku dziecięcego i trzeba je przejść w sposób naturalny. I dalej: nie ma co używać szczepionek, bo nikt nigdy nie udowodnił, że działają. Ot, cała ideologia antyszczepionkowców.

Pożegnanie Szymonka (a w zasadzie autopromocja ruchu STOP NOP) trwało dwie godziny. Po namowach policji aktywistki udrożniły drogę prowadzącą do szpitala, ale cały swój majdan przeniosły za ogrodzenie placówki. Żegnając się, zaprosiły wszystkich na pogrzeb dziecka do Radomia. Zapowiedziały, że będą tam nie tylko one, ale i kibole z całej Polski, do których stowarzyszeń już wysłały zaproszenia.
Przedstawicieli organizacji Pro Life, krucjat różańcowych typu rycerze Chrystusa, Maryi, Boga, Jezusa czy Jana Pawła II nie będzie.
– Szymonek, choć został zabity, nie był wyskrobany. To nie ich target wyborczy – usłyszałem na zakończenie pożegnania biednego dziecka, pamięć po którym, jak te baloniki, pofrunęła do nieba.