Czy umrę? Czy zachoruje ktoś z moich bliskich? Czy stracę pracę? Czy będę miał za co żyć? Jakie będzie to życie po pandemii? Czy kiedyś w ogóle będzie „po”? Wirus, o ile nie dopadł naszych ciał, trawi nasze umysły i dusze. Świat pogrążył się w trwodze.

Siedzę na wsi i piszę. Dla mnie, introwertyczki i samotnika, to trudny czas. Bynajmniej nie z powodu izolacji, bo izolacja to moja codzienność, ale z racji tego, że ciągle ktoś do mnie dzwoni, ktoś chce pogadać na Messengerze, poopowiadać o swoich lękach. Słucham i nasiąkam ludzką trwogą. Oblepia mnie niczym smoła, staje gulą w gardle, zalega w trzewiach ciężka jak osm.

Wyparcie

– Co za bzdura z tym koronawirusem – złości się mój kolega matematyk. – Śmiertelność mniejsza niż przy grypie, a wszyscy dostają sraczki. To tak samo jak z tym, że brakuje maseczek czy rękawiczek – kontynuuje i na dowód przesyła mi screen aukcji z Aliexpress, gdzie maseczki sprzedawane są w ilościach hurtowych. – Robią nas w konia z tym wszystkim, a głupi ludzie łykają to niczym Francuz ślimaki.

***
– Pieprzę tę izolację – mówi moja siostra, młoda matka. – I tak muszę chodzić do pracy. Przed firmą każdego dnia opasły ochroniarz w stroju kosmonauty mierzy mi na odległość temperaturę. Robi to na zewnątrz, jeszcze przed przekroczeniem przeze mnie drzwi biurowca. Więc czekam w kolejce, marznę. Podchodzę do niego skostniała na odległość 1,5 metra. On wyciąga mierniczą spluwę. Mierzy. Zwykle wychodzi, że mam 35,5 stopnia, więc powinnam być już trupem, on jednak wydaje się być zadowolony z tego wyniku, bo wpuszcza mnie bez zająknięcia. Po pracy jadę do Auchan, zrobić zakupy dla siebie, dla rodziców. Widzę, jak ludzie macają te wszystkie produkty na półkach. Po przyjeździe do domu, zgodnie z wytycznymi, musiałabym wszystko dezynfekować. Każdą puszkę, paczkę makaronu, w płynie do naczyń wyprać natkę pietruszki, potraktować wrzątkiem pomidory czy paprykę. W dupie to mam. Jak się mam zarazić, i tak się zarażę. Ale nawet jeśli, to co? Niech martwią się ci, którzy dotąd lekceważyli swoje zdrowie. Ja zawsze o nie dbałam. Nie jem cukru, fast foodów, nie żrę mięsa, wzmacniam odporność naturalnymi metodami. Jak mnie dopadnie, to i odpadnie. Nie takie rzeczy się przeżywało, więc bez przesady.

***
– A słyszałaś o tym, że w laboratorium w Wuhan, pracującym nad bronią biologiczną, robili eksperymenty z łączeniem wirusa grypy oraz HiV i coś wymknęło im się spod kontroli? – donosi mi sąsiad mechanik.
Od kiedy zaczęła się epidemia, sąsiad godzinami przesiaduje w internecie, śledząc kolejne doniesienia i odkrywając kolejne teorie spiskowe.
– Tomek – pytam go po dwóch tygodniach wysłuchiwania o kolejnych odkryciach dotyczących przyczyn pandemii. – Ale w zasadzie, co to za różnica dla nas, skąd się to wzięło? Czy zarażono nas celowo, czy nie? Nawet gdybyś poznał prawdę, po co ci to, co z tym zrobisz?
Milczy. Myśli. W końcu odpowiada:
– Bo wiesz, muszę czymś zająć głowę. Nie mogę już patrzeć na płaczącą Anię (jego żona – przyp. aut.). Od tygodnia nie chodzi do pracy, nie wstaje z łóżka, tylko śpi, a gdy tylko otwiera oczy, to zaraz płacze. Boi się o nas, o swoją 86-letnią mamę, a ja staram się ją pocieszyć jakoś, znaleźć argumenty, że to nie wzięło się znikąd, że to nie żadna kara boska ani koniec świata. Ale… kiepsko mi idzie. Kiepsko.

Gniew

– Pokłóciliśmy się wczoraj z Markiem – relacjonuje mi Beata, moja znajoma. – Znów przytaszczył tony papieru toaletowego. Ja się pytam, po ch… nam tyle papieru? Będziemy tapetować ściany?! Kawalerka 40 mkw., palca nie ma gdzie wścibić, a ten magazyn przetrwania tu urządza. Dzieckiem by się lepiej zajął, a nie biega po sklepach, bo ja już padam na pysk i nie mam sił – wykrzykuje mi na jednym wydechu. Potem bierze wdech i mówi już ciszej. – Pierdolony koronawirus. Jeszcze tego było mi trzeba. Nie dość, że matka chora na raka, nie dość, że mam zagrożoną kolejną ciążę, to jeszcze to.

***
– To skandal! Co się dzieje w naszej służbie zdrowia?! Dlaczego tyle osób zaraża się w szpitalach! Czy ty śledzisz te wszystkie doniesienia o nowych zarażonych?! – oburza się Michał, kolega po fachu. – To przecież świadczy o tekturowości całej naszej służby zdrowia! Ja się pytam, czy tam nie ma żadnych procedur?! Czy kiedykolwiek były?! Ilu ludzi, którzy zmarli na sepsę przed epidemią, zmarło właśnie z braku przestrzegania w szpitalach restrykcyjnych zasad higieny?!

***
– Nie, nie, nie! – złości się czteroletni Gucio, siostrzeniec mojej koleżanki, gdy pani z przedszkola zleca mu on-line zadanie narysowania tulipana. Tato malarz, chcąc maluchowi wyjaśnić jak narysować taki kwiatek, tłumaczył:
– Musisz, synku, narysować łodyżkę, przy łodyżce takie długie listki na górze kwiatuszek z taką jakby koroną.
– Nie, nie, nie! – po tych słowach Gucio wpada w szał. – Nie będę rysował żadnej korony, nie chcę już więcej korony, nie chcę korony!!!

Targowanie

– Teraz trzeba się modlić, świat potrzebuje modlitwy – przekonuje mnie Magda, bogobojna katoliczka, samotna matka dwójki maluchów. – Wszyscy oddaliliśmy się od Boga i dlatego zesłał na nas plagę. To ostrzeżenie, ale i szansa dla nas, by się opamiętać. Może zechcesz dziś wieczorem odmówić ze mną koronkę do Miłosierdzia Bożego? Wiesz, w grupie siła, może wybłagamy w ten sposób litość dla nas i dla całego świata?

Nie jestem katoliczką. Magda o tym wie. Mimo to się zgadzam, bo czuję, że ona tego potrzebuje. Korona mi z głowy nie spadnie, a Magda być może poczuje się lepiej.

***
– Tosia cały dzień chodziła dziś jak nie ona, jakaś taka cicha i zamknięta w sobie – opowiada mi Marta, mama siedmiolatki. – W końcu nakryłam ją w łazience, jak szoruje ręce twardą szczotką. Gdybym jej nie przerwała, chyba by się poraniła. Usiadłam, przytuliłam ją i zapytałam, co się dzieje. A ona mnie pyta: „Mamo, a czy wirus zaraża też dobrych ludzi, czy tylko tych złych?”. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Serio, bo co mam powiedzieć dziecku, że wirus nie segreguje i trzepie wszystkich jak leci? Zapytałam więc, dlaczego właściwie o to pyta i co jej tam krąży po tej małej blond główce. A ona mi na to, że wczoraj byłam na nią zła, że nie posprzątała w pokoju i że jak się odwróciłam, to nawet pokazała mi język, choć wie, że tak nie wolno. A tata, jak oglądał telewizję, to mówił, że ten koronawirus to za karę, że ludzie są źli, więc jak ona była zła – niegrzeczna, to może też już jest zarażona tym wirusem. Popłakałam się. Mam nadzieję, że tego nie widziała.

***
„Jeśli zaopatrzę się w makaron i papier toaletowy, to zaraza mnie nie dotknie. Wpłacę datek na cele dobroczynne i tym samym wykupię sobie dyspensę od pandemii… Chroniona bezpieczną bańką statusu, dobroczynności, zamożności czy wiary, wytarguję sobie zdrowie” – pisze na swoim blogu Agata Komorowska, autorka książek i samotna matka. „Targowanie jest kolejnym etapem żałoby. Negocjujemy z losem, Bogiem, szefem i rodziną. Negocjujemy, by odsunąć od siebie zło, obiecujemy oddać zdrowie, pieniądze i to, co dla nas najcenniejsze, żeby Bóg, świat, wszechświat nas oszczędził. Nas i naszych bliskich. Przysięgi stają się paktami, które podświadomie wypełniamy, nawet kiedy niebezpieczeństwo minie. Z lęku przed zemstą sił wyższych, które oszczędziły nas przed zarazą możemy skazać siebie na utratę pieniędzy, zdrowia i tego, co dla nas cenne”.

Smutek

A. Komorowska: „Siedzę w domu od tygodnia. Z czwórką dzieci. Mój syn z zespołem Downa nie rozumie, dlaczego utknęliśmy w domu. Chodzi za mną i pyta: Do kina? Do parku, trampoliny, do zoo? A ja za każdym razem odpowiadam: NIE. I wtedy on zaczyna od nowa: Do taty? Do zoo… Jest mi smutno, bo nie jestem w stanie mu wytłumaczyć, że musimy chronić siebie i bliskich przed chorobą. Że to on, jako dziecko niepełnosprawne ze skłonnościami do zapalenia płuc i historią hospitalizacji z tego powodu musi być najbardziej chroniony. To on z nas wszystkich ma najmniejsze szanse na przeżycie. Tyle że on jeden tego nie rozumie”.

***
„Milion zachorowań, 50 tysięcy zmarłych. Już drugi dzień bolą mnie wszystkie mięśnie. Wmawiam sobie, że to od noszenia ziemi do kwiatów. Zmęczenie? Stres? Nie wiem. Beczę bez powodu. Zaczynam pogrążać się w marazmie, który regulują już tylko spożywane co 3 godziny posiłki. Wychodzę na balkon raz dziennie, żeby przekonać się, że wciąż jest zimno. Tęsknię za słońcem, rowerem, lasem” – pisze na fejsie Ania, koleżanka dziennikarka.

***
Moja znajoma terapeutka odwołała wszystkie wizyty, a nawet konsultacje on-line. Reaguje tylko w przypadkach najpilniejszych, najbardziej
dramatycznych.
– Mama mi umiera – pisze mi na Messengerze. – Pozwalam sobie na codzienny lament. Na rozpacz. Nie zaprzeczam im. Chcę je przeżyć, a nie wypierać. Ale pozbawia mnie to energii. Nie jestem w stanie pracować. Mimo wszystko mam nadzieję, że z mamą to jeszcze nie koniec, że wyjdzie z tego, co ją dopadło. Jest jednak w ciężkim stanie i od dwóch tygodni nie widać poprawy. Więc moja rozpacz trwa.

***
„Najbardziej mnie przeraża samotna śmierć” – pisze na swoim profilu na Facebooku Anna Kalita, wdowa po Tomaszu Kalicie (SLD). „Chorzy na COVID-19 umierają bez bliskich i to wzmaga ten koszmar do niewyobrażalnych dla mnie rozmiarów. Wiem, co to śmierć. Przeżyłam ją z Tomkiem. Umierał w wieku 37 lat i byłam z nim non stop przy tym umieraniu, 12 dni, dzień i noc, aż do ostatniej chwili, ostatniego oddechu, kiedy leżałam przy nim na łóżku i mówiłam, że go kocham. Tak musi być! To jest jakaś podstawa, fundament człowieczeństwa. Czy naprawdę ten koszmar, który się teraz dzieje na całym świecie, musi być aż tak koszmarny? Wiele sobie potrafię wyobrazić, ale tego, że nie jestem przy ukochanym człowieku, który umiera – nie. To musi być tortura”.

Akceptacja

Znajoma podsyła mi artykuł z „National Geographic”, w którym astronauta, himalaista i pracownik stacji polarnej opowiadają, jak sobie radzą miesiącami w izolacji. Mówią o konieczności wprowadzenia dyscypliny, wypracowaniu rutyny, o skupianiu się na drobiazgach, które się lubi, myśleniu o tym, co chce się zrobić w przyszłości. Mówią, że w izolacji, przy małej grupie, ważne jest „kultywowanie kultury grupowej i trzymanie się pewnych zasad”, jak: „współdziałaj, a nie rywalizuj”, „szukaj rozwiązań, a nie problemów”, „dostosuj swój sposób bycia do nowego środowiska”, „jasno rozdzielaj zadania i wyznaczaj cele”, „dawaj przykład”, „wskazuj kierunek”, „zachęcaj”, „rozmawiaj, gdy coś idzie nie tak”, „zadawaj pytania”, „zachowaj spokój w czasie konfliktu”, „szanuj obowiązki innych”, „dostrzegaj zaangażowanie”, „chwal”, „okazuj cierpliwość i szacunek”, „zgłoś się na ochotnika do wykonania nieprzyjemnych zadań”, „oferuj i przyjmuj pomoc”.
Mówią też o tym, by wyznaczyć sobie cele, znaleźć nowe hobby, by zatroszczyć się o siebie i nie zapominać o zabawie.

***
Mnie izolacja i samotność nie przerażają, a mimo to w ostatnich dniach coraz częściej zaglądam na profil Janiny Daily (Janina Bąk), której wpisy uwielbiam i teraz zaczytuję się w jej sposobach na radzenie sobie z obecną traumą.

3 kwietnia: „Kolejny dzień pracy zdalnej, napotkałam dziś kolejkę do ekspresu do kawy, mój Boże, ale nas to z mężem podekscytowało, jaraliśmy się jak lampion w roraty i jeszcze wymyśliliśmy, że możemy dalej pociągnąć tę pluszową nitkę kłębka normalności i właśnie dlatego od dziś przy każdej kawie będziemy sobie wzajemnie pisać swoje imiona na kubkach, i jeszcze zbierać pieczątki, kto zbierze dziesięć, to będzie miał w nagrodę pierwszeństwo podczas codziennego spaceru dookoła stołu”.

Mam naturę melancholiczną, więc smutek to część mojej rzeczywistości, ale cierpienie innych rozdziera mnie obecnie na małe kawałki. Radzę sobie z tym jak zwykle kontemplując umieranie i stratę.

„Jaki lęk obudził się w nas pod wpływem pandemii?” – pyta na łamach „Rzeczpospolitej” Jarema Piekutowski. „Jest to przede wszystkim ten najważniejszy, podstawowy: strach przed śmiercią. O tym, że jest on najsilniejszą z ludzkich obaw, mówili wielcy mędrcy różnych epok, od Arystotelesa po Gandhiego. Jest jednak także czymś większym: mówi się, że wszystkie formy lęku są jedynie pochodną lęku przed śmiercią. Każda utrata – zdrowia, pieniędzy, statusu społecznego – jest swego rodzaju małą śmiercią, ubytkiem, przybliżeniem do nicości. Antropolog Ernest Becker twierdzi, że lęk przed śmiercią jest główną siłą napędową wszelakiej ludzkiej działalności. Działalność ta ma na celu uniknięcie fatum śmierci poprzez zaprzeczenie, że to ona jest naszym ostatecznym przeznaczeniem. Tyle tylko, że ostatecznie nie da się temu zaprzeczyć”.

Nie zaprzeczam więc. Medytuję umieranie. Wyobrażam sobie, że przestaję istnieć, że odchodzę w niebyt, że tracę kontrolę nad wszystkim, zostawiając w rozpaczy i dezorientacji wszystkie bliskie mi istoty. To mój lęk organiczny, lęk pierwotny, który objawia się za każdym razem, gdy w moim życiu dokonują się jakieś zmiany, gdy pojawiają się kłopoty, gdy kończy się jakiś etap, a zaczyna nowy. Odkąd zaczęłam oswajać się ze śmiercią, lęki się wygaszają, zmiany wyglądają mniej strasznie. Przychodzi akceptacja nieuniknionego. Świadomość przemijalności tego, że wszystko kiedyś się skończy, zarówno to co dobre, jak i co złe, napawa mnie spokojem.
Na ścianie w pokoju mam oprawiony w ramki ulubiony wiersz Elisabeth Bishop „One art” o sztuce tracenia w przekładzie S. Barańczaka. Czytam go po raz tysięczny: „W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy; tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie straty, że kiedy się je traci, nie ma sprawy. (…) Tak, w sztuce tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy; tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne sprawy”.

***
Znajomy pisarz, poeta, wrzucił dziś na swojego walla na Facebooku zdjęcia lasu. Podpisał je: „Pomysł: popatrzeć na las. Może zrobi się odrobinę przyjemniej”.

*
„Co będziemy robić, jak to wszystko się skończy? Jak, o ile, czy w ogóle w pełni, życie wróci do pełnej normalności? Ja jadę nad polskie morze! Koniecznie. Zapach morza, piachu, smażalni – marzenie! No i kawiarnie! Kupię od razu 4 kawy i 58 ciastek. A wy?” – pyta na tym samym portalu moja cytowana tu już znajoma dziennikarka Ania.

*
Wirus już pozbawił pracy tysiące ludzi, bo wiele branży przeżywa kryzys i zwalniają pracowników. Wśród nich jest także jeden z moich kolegów.
– I jak się czujesz? – pytam.
– W zasadzie chyba nie najgorzej – odpowiada. – Wiesz… gorsze już chyba było to oczekiwanie na zwolnienie, obawa przed nim. Teraz przynajmniej mam jasność sytuacji. Jest niewesoło, ale już nie katuję się snuciem czarnych scenariuszy, mobilizuję do działania, do szukania nowego zajęcia.

*
Koleżance z Podlasia myśl o heroizmie i zaradności przodków, którzy przeżyli i głód w getcie, i obozy, nie pozwala poddać się panice.
– Praca jest albo jej nie ma, jak nie jedna, to druga – mówi. – Ja już tyle razy w życiu się przekwalifikowywałam, że jak trzeba będzie, to i kolejny raz to zrobię, choć ochoty wcale na to nie mam, bo stara już jestem. Ale mus to mus, jak pomyślę o moich dziadkach, którzy szmuglowali do getta jedzenie, to myślę: „I co, ja w wolnej Polsce nie dam rady? Niedoczekanie!”.

*
– Ja to w ogóle nie mam czasu myśleć teraz o wirusie, bo 12 godzin na dobę pracuję on-line z dzieciakami – zwierza mi się Ula, nauczycielka dzieci z niepełnosprawnością umysłową. – Jakbym była z nimi normalnie w klasie, to nie sprawdzałabym każdej pracy, nie oceniała. Ale teraz dzieci mają dostawać zadania, a jak mi raportują ich wykonanie, to każdą pracę muszę sprawdzić, przeczytać, odpowiedzieć. Przy czterech klasach i dodatkowo zajęciach logopedycznych w zasadzie nie odchodzę od komputera. A przecież mam też rodzinę i chorą mamę, którą muszę się opiekować. Doby na wszystko za mało, tym bardziej na martwienie się, co będzie dalej.

*
– Wczoraj wieczorem rodzicom Gucia (opisywany wyżej czterolatek – przyp. aut.) udało się odkryć przyczynę smutku syna – relacjonuje mi koleżanka. – Okazało się, że Gucio strasznie tęsknił za swoim przyjacielem z przedszkola. To jego najlepszy kumpel, lepszy niż wszyscy inni. Chłopcy wcześniej, przed izolacją, niemal codziennie się spotykali i razem bawili, wraz z pandemią ich kontakt nagle się urwał. Żebyś ty widziała, co się z nimi działo, jak połączyli się ze sobą przez Skype’a i zobaczyli na żywo, chociaż on-line. Przez pierwsze pięć minut były tylko piski i wrzaski radości, szalonej radości. Nie byli w stanie sklecić słowa, ani nic do siebie powiedzieć, tylko piszczeli i się śmiali. Kiedyś marudziłam na internet, uważałam, że zagraża relacjom międzyludzkim. Dziś jestem za niego wdzięczna. W ogóle zaczęłam praktykować wdzięczność. Uświadomiłam sobie bowiem, że mimo czasów zarazy, wciąż mam tyle wspaniałych dóbr, z których mogę korzystać i się nimi cieszyć. Mam za co dziękować.

Facebook Comments