Mieszkańcy Woli Zaradzyńskiej są podzieleni w ocenie oskarżonego o pedofilię księdza Grzegorza A. Wśród byłych parafian wciąż ma zagorzałych obrońców.

Proces księdza Grzegorza A., byłego proboszcza parafii Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy w Woli Zaradzyńskiej pod Pabianicami (woj. łódzkie), prowadzi od 1 czerwca 2018 r. Sąd Rejonowy dla Łodzi-Śródmieścia.
– Sprawa prowadzona jest z wyłączeniem jawności, a zatem ewentualne informacje we wskazanym zakresie mogą być udzielone jedynie przez sąd – unika odpowiedzi na moje pytania Tomasz Szczepanek z Prokuratury Okręgowej w Łodzi.
„Z wyłączeniem jawności” oznacza, że nikt oprócz sędziego, prokuratora, księdza i jego obrońcy nie może wejść na salę rozpraw. Rzecznik łódzkiego Sądu Okręgowego Paweł Sydor też nie może rozmawiać z dziennikarzami o szczegółach sprawy. Wiadomo, że 52-letni ksiądz Grzegorz A. jest oskarżony z dwóch artykułów kodeksu karnego: art.  200 par. 3 i art. 199 par. 1. Oba odnoszą się do seksualnego wykorzystywania nieletnich, w tym gwałtów. Księdzu grozi do 12 lat więzienia.
Według prokuratury, ofiarami księdza padło dwóch ministrantów, a do molestowania dochodziło w latach 2003–2009, kiedy był wikarym w parafii pw. Najświętszego Serca Jezusowego na łódzkim osiedlu Retkinia oraz w pierwszym roku probostwa w Woli Zaradzyńskiej, gdzie trafił w 2008 r. 27 czerwca 2008 r. abp Władysław Ziółek, metropolita łódzki, podpisał dekret erygujący nową parafię. Tego samego dnia ks. Grzegorz A. został jej proboszczem. Pierwsze msze ksiądz odprawiał w salce katechetycznej, potem w kaplicy. Później rozpoczął budowę kościoła. Mimo wielu obowiązków z tym związanych nie zapominał o ministrantach z Retkini. W parafialnych archiwach są zdjęcia chłopców, którzy do Woli przyjeżdżali na zaproszenie księdza.
Przez osiem lat posługi w Woli Zaradzyńskiej Grzegorz A. dał się poznać jako „ludzki ksiądz” i „dobry gospodarz”.

„Mamusiu, gdzie jest mój proboszcz?”

Nagle pod koniec lipca 2016 r. na wieczornej mszy wikary powiedział zebranym, że proboszcz właśnie złożył rezygnację ze stanowiska. Oprócz probostwa stracił też tytuł kanonika, dostał zakaz odprawiania mszy i udzielania sakramentów. Część parafian przyjęła to z oburzeniem. Niektórzy przeczuwali, że musiało stać się coś bardzo złego.
– Ludzie mówili, że chodziło o jakieś przekręty finansowe przy budowie kościoła. Inni, że o niespłacanie kredytów, a jeszcze inni, że trafił do Domu Księży Emerytów. Ale w tak młodym wieku nie trafia się tam za nic – wspomina jedna z mieszkanek wsi i prosi o anonimowość. – Wie pani, to wieś, po co się narażać. Jak to się mówi: o księdzu można tylko dobrze albo wcale – wyjaśnia.
Odejście księdza wzburzyło i podzieliło wieś.
„Jesteśmy wstrząśnięci. To dzięki jego wysiłkom i zaangażowaniu mamy tu prawdziwy Dom Boży” – mówiła wtedy lokalnemu miesięcznikowi „PabiaNice” mieszkanka wsi. „Nie będziemy chodzić do kościoła na Woli, jak on nie wróci”, „Rezygnację kazali mu podpisać i od razu nowego proboszcza przywieźli. My go nie chcemy”, „Prawdopodobnie ktoś mu zrobił wielkie świństwo, a w Kurii Biskupiej w to uwierzyli” – denerwowali się wówczas parafianie.
Wierni na znak protestu rzucali na tacę po grosiku, podczas mszy nie siadali w pierwszych ławkach i zorganizowali przed kościołem wspólną modlitwę o powrót księdza. Interweniowali też w kurii, prosząc o przywrócenie kapłana i dopytując o powody rezygnacji. Jedna parafianka wysłała nawet list do abp. Marka Jędraszewskiego, ówczesnego metropolity łódzkiego.
„(…) Nigdy, przenigdy nie uwierzymy, że odszedł na własną prośbę. Był on zdrowym księdzem i bym powiedziała najlepszym psychologiem. Nie wierzymy w nic o co jest oskarżony. Jest on najwspanialszym księdzem” – czytamy w liście, w którego posiadanie weszła redakcja PabiaNICE.tv.
Jako załącznik nadawca listu dodał nawet wypowiedzi dzieci „zatroskanych o księdza proboszcza”: „Mama do dziecka: czy będziesz służył do mszy? Nie, chyba że wróci ksiądz proboszcz”. „Mamusiu gdzie jest mój ks. proboszcz, przecież ja go tak bardzo kocham. Chodź, pojedziemy go odwiedzić, kupimy mu książeczkę i różaniec”.
Mimo tych desperackich starań niektórych parafian przełożeni ks. Grzegorza A. milczeli jak zaklęci. Przez kolejne lata w sprawie nic się nie działo. Pod koniec marca, jak grom z jasnego nieba, spadła na nich wiadomość o prawdziwych powodach odejścia księdza Grzegorza.

„Ministrant na łożu śmierci wyznał prawdę”

Sprawą jako pierwsza zajęła się „Gazeta Wyborcza”. Według jej ustaleń, Michała i jego młodszego brata Łukasza wychowywała samotnie mama, pracująca jako katechetka. Kobieta zaprzyjaźniła się z młodym wikariuszem z łódzkiej parafii. To ksiądz Grzegorz A. namówił Michała, żeby został ministrantem. Ksiądz poświęcał jemu i jego bratu czas, kupował prezenty i zabierał na organizowane przez siebie pielgrzymki do: Ziemi Świętej, Turcji, Francji, Włoch, Lourdes, Fatimy. Kilka lat później Michał zachorował na ostrą białaczkę. Krótko przed śmiercią wyznał, że ksiądz Grzegorz przez lata bardzo go krzywdził. Bał się, że teraz zrobi to samo jego bratu i innym młodszym ministrantom. Prosił, żeby ich ratować. W 2016 r. chłopiec zmarł.
Niedługo po pogrzebie jedna z powierniczek jego tajemnicy postanowiła wypełnić ostatnią wolę chłopca i zawiadomiła abp. Jędraszewskiego.

Parafianie o księdzu

– O wszystkim dowiedzieliśmy się na dniach, i to z mediów. Znowu na wsi wybuchła wrzawa o księdza. Jeżeli to prawda, to dla mnie szok. Zwłaszcza że mój syn był ministrantem – opowiada kolejna mieszkanka wsi, której musiałam wcześniej obiecać, że pozostanie anonimowa. – To był taki ludzki ksiądz, wesoły i bardzo lubiany. Sporo osób nie wierzy w jego winę, dalej go bronią. Nasze lokalne środowisko bardzo się przez tę sprawę podzieliło. Zwykłego człowieka by zlinczowali. Ale ksiądz… to co innego. Nie wiem, jak tak można. Ludzie po prostu mylą wiarę w Boga z wiarą w księdza – mówi i jeszcze raz upewnia się, że jej nazwisko nie zostanie opublikowane.
Podczas wizyty w Woli Zaradzyńskiej spotykam jeszcze wielu jej mieszkańców. Wszyscy na dźwięk nazwiska księdza wyglądają jak porażeni prądem. Nikt nie chce rozmawiać, dopóki nie zapewnię, że ich nie nagrywam.
– Gazety to głupoty piszą, zawsze coś poprzekręcają. Ksiądz proboszcz u nas żadnych wycieczek nie organizował. Wikary tak, ale proboszcz nie. Wie pani, ja teraz panią dotknę, a pani powie, że ja panią molestowałem. To jest słowo przeciwko słowu – złości się mężczyzna, którego „złapałam” podczas prac w ogródku.
– Jak można dawać wiarę jakiemuś gówniarzowi służącemu do mszy. Przecież on nie żyje… kto to teraz potwierdzi? – rzuca kolejny mieszkaniec wsi, na oko 50-latek, i odchodzi.

Tajemnicze losy księdza

Milczenie Kościoła potęguje domysły. Plotki roznoszą się jak zaraza. Kilka osób twierdzi, że widziało byłego proboszcza na terenie klasztoru zakonnic ze Zgromadzenia Karmelitanek Dzieciątka Jezus w Ksawerowie. Jedna z parafianek miała nawet z nim rozmawiać przy furtce klasztoru. Siostry karmelitanki, które w Ksawerowie mieszkają i pracują od 1957 r., prowadzą przyklasztorne przedszkole. Gdy po okolicy rozeszła się wieść, że obwiniany o pedofilię ksiądz przebywa dosłownie za ścianą przedszkola, niektórzy rodzice chcieli wypisać dzieci.
– Ksiądz po opuszczeniu parafii miał trafić do Domu Księży Emerytów na łódzkich Chojnach. Ale gdzie teraz jest nie wiem, mam nadzieję, że nie tutaj. Mam dzieci – mówi mi jeden z mieszkańców wsi.
Dom Księży Emerytów przy ul. św. Wojciecha w Łodzi wygląda jak trzygwiazdkowy hotel. Z jego okien widać szkołę i plac zabaw Szkoły Podstawowej nr 162, ale księdza tam nie ma. Część parafian jest święcie przekonana, że ksiądz przebywa na plebanii parafii Matki Boskiej Częstochowskiej w Ksawerowie, gdzie odbywają się właśnie rekolekcje, a za jej płotem znajduje się szkoła.
– Nie, nie ma go tu i nigdy nie było. Nic o nim nie wiem, on zawsze trzymał się z nami na dystans – mówi mi proboszcz ksawerowskiej parafii. – To niewybaczalne, w szczególności jeśli chodzi o dzieci – odpowiada ksiądz, kiedy pytam co czuje, gdy dowiaduje się o księżach pedofilach.
Ostatnia wersja, gdzie może przebywać ksiądz, wydaje się najbardziej prawdopodobna.
– On już nie jest księdzem. Od kiedy odszedł, nie pojawia się w naszej wsi. Teraz mieszka w swoim rodzinnym Ksawerowie z matką, na takim luksusowym osiedlu. Ludzie gadają, że pieniądze na mieszkanie dała mu kuzynka z Anglii – śmieje się starszy mężczyzna.
Pewne jest, że ksiądz cieszy się wolnością. Nigdy nie był aresztowany. Odpowiada z tzw. wolnej stopy.
– W sprawie wyznaczono łącznie dziewięć terminów rozpraw, pierwsza odbyła się 4 lipca 2018 r. Najbliższa będzie 9 maja bieżącego roku – informuje sędzia Paweł Sydor.

Facebook Comments
Poprzedni artykułEkstremalna Noc Konfesjonałów
Następny artykułNiech się święci 1 maja
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).