No, to mamy za sobą wybory prezydenckie. Frekwencja – 0 proc. Głosy oddane na Adriana – 53,7 proc. Błogosławiony On i błogosławiona pierś, która Go wykarmiła! Amen.

Że co, że jaja sobie robię? Nic podobnego! Zapewniam, że nigdy nie byłem tak nawalony, żebym potrafił wymyśleć to, co wymyślili „oni”. Nie robię sobie jaj z rzeczywistości, a jedynie ją opisuję. Przy polocie Kaczora i jego ekipy cienki jednak jestem jak pergamin. Żaden organ naszego błogosławionego państwa nie odwołał wyborów z 10 maja. W takiej sytuacji możemy przyjąć, że w nich uczestniczyłem poprzez nieudanie się na pocztę (lokal wyborczy), niewejście do niej, nieokazanie dokumentu tożsamości, niepobranie karty do głosowania, niezaznaczenie swojego wyboru, niewrzucenie karty do skrzynki pocztowej (urny). Coś pominąłem? Coś nielogicznego napisałem? A co niby? Skoro wyjaśniliśmy sobie, że nie piszę bzdur, to nie zdziwcie się, jak w najbliższych dniach obudzi Was dzwonek do drzwi, przed którymi stać będzie dwóch listonoszy w towarzystwie gościa od spisywania wodomierzy. Najpierw Was zglebią, potem zmiękczą kilkoma kopami i w końcu pod okiem kamer TVPiS zaciągną na pocztę, by ukarać za nieprzestrzeganie ciszy wyborczej. Że bzdury piszę? A skąd to przekonanie?

Wybory odwołał jeden człowiek – JarKacz, bo podobno pokłócił się z kumplem, Gowinem. No, poniosło go, wkurzył się i zagrał w stylu Kononowicza „nie będzie niczego”. Naród, który ma za sobą etos Solidarności, zrywy z 1956 r. (Poznań), z 1970 r. (Gdańsk) i 1976 r. (Radom) przełknął to wszystko bez większego bólu. No, bo co mu zrobisz, jak się uprze? Naród, który ma żyjące jeszcze symbole walki opozycyjnej (Szeremietiew, Moczulski, Michnik, Frasyniuk, Wałęsa), naród, który tak chętnie odwołuje się do pamięci o Bartoszewskim czy Modzelewskim – nie zrobił nic…

Odpowiedź na pytanie „co robić” można znaleźć w twórczości Petera Bieri, szwajcarskiego pisarza i filozofa piszącego pod pseudonimem Pascal Mercier. „Kiedy dyktatura jest faktem, rewolucja jest obowiązkiem” – napisał („Nocny pociąg do Lizbony”). My jednak ciągle jesteśmy tacy, jakimi odmalował nas nie Bieri, lecz Bareja w „Misiu” – „z twarzy podobni zupełnie do nikogo”, kierujący się myślą usprawiedliwiającą własną bezsilność: „cham się uprze i mu daj”. Nic dziwnego, że w efekcie tego mentalnego wycofania przyjdzie nam z czasem przyłączyć się do chóru kato-prawicy i odśpiewać Kaczorowi: „Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu. Niech żyje nam!”.

Żeby „ratować polską demokrację” i Konstytucję, opozycja zamierza usiąść do stołu i układać się z PiS. Jakiej to demokracji chcą „bronić”? Co z niej zostało? O jaką Konstytucję im chodzi? O tę, która zdążyła się już zeszmacić? Nie ma jej, a przynajmniej nie obowiązuje. Państwowa Komisja Wyborcza, organ odpowiedzialny za przeprowadzanie wyborów i referendów, uprzejma była stwierdzić stosowną uchwałą: „(…) w wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zarządzonych na dzień 10 maja 2020 r. brak było możliwości głosowania na kandydatów”. No fakt – poczty były w niedzielę zamknięte. Dodajmy tylko: bo tak postanowił JarKacz. Tego jednak w uchwale PKW nie znajdziemy.

Decyzja o tym, że je odwoła zapadała w czasie, kiedy aktualnie urzędujący prezydent siedział z innymi kandydatami w studiu TVP i uczestniczył w debacie. Nie wiedział nawet o grymasie swojego promotora… Ot, taka jego władza, wiedza i wola. Liczy się tylko jeden człowiek – Prezes wszystkich Polaków. „Był to teatr jednego aktora, w którym aktorem i reżyserem był szach. Resztę stanowili statyści” – pisał o szachu Iranu Rezym Pahlavim Ryszard Kapuściński („Szachinszach”, 1982 r.). No i co, pasuje ten opis do Polski roku 2020? Rozmawiać zawsze warto; nawet z reżimem. Ale ważny jest zakres tych rozmów. Dziś, moim zdaniem, dialog taki mógłby się toczyć jedynie o rozpisaniu nowych wyborów parlamentarnych, bo rządząca Polską ekipa straciła mandat do dalszego sprawowania władzy. Inny zakres rozmów zakrawa na kolaborację z wrogiem.

Nic z moich marzeń jednak nie będzie, bo: „cham się uprze i mu daj”. Dogadanie się – jakiekolwiek – z PiS jest na rękę całej opozycji. Dla jednej jej części wynika to z siły ich kandydatów, dla drugiej – z ich słabości. Jak burza pędzi do prezydentury Szymon Hołownia (19,2 proc. poparcia). Tuż za nim jest Władysław Kosiniak-Kamysz (16,6 proc.), a za nim Krzysztof Bosak (9 proc.). I tylko tej konserwatywnej trójce wzrasta poparcie. Kto z liczących się graczy traci najwięcej? Andrzej Duda (strata 4,7 proc. poparcia), Robert Biedroń (- 3,8 proc.) i Małgorzata Kidawa-Błońska (- 2,2 proc.). Skupmy się na tej ostatniej dwójce, bo Biedroń mówi językiem lewicy, a Kidawa-Błońska reprezentuje największą partię opozycyjną.

Na panią Małgorzatę gotowych jest oddać głos 4,5 proc. wyborców. Na pana Roberta – 2,6 proc. No, to skonfrontujmy ich wyniki z poparciem dla partii, jakie ich wspierają. Średnie majowe poparcie dla Koalicji Obywatelskiej wynosi 19 proc. Oznacza to, że kandydaturę Kidawy–Błońskiej popiera ponad cztery razy mniej ludzi, niż jej macierzystą formację polityczną. Średnie poparcie dla Lewicy wynosi w maju 11,6 proc. Znowu: ponad cztery razy więcej osób byłoby gotowych poprzeć Lewicę, niż jej kandydata na urząd prezydenta. Trudno sobie wyobrazić bardziej druzgocące oceny wyborców, niż wystawione tej dwójce. W przypadku R. Biedronia automatycznie ciśnie się porównanie do kandydata SLD w wyborach prezydenckich sprzed pięciu lat. Była nim wówczas Magdalena Ogórek, która zdobyła poparcie na poziomie 2,4 proc. Zważywszy, że pan Robert ciągle traci – ma szansę „pobić” ten niechlubny rekord, choć rzecz jasna nie życzę mu tego.

Jeśli wybory ruszą od zera, i Kidawa-Błońska, i Biedroń dostaną szansę na honorowe wycofanie się z nich, a stojące za nimi formacje polityczne na uniknięcie kompromitacji. Czy stratedzy obu tych formacji pomylili się w ocenie szans wyborczych swoich kandydatów? No, tak bardzo pomylić się nie można. Wskazuje to raczej na miałkość tych partii i na koterie rządzące ich ruchami, a nie na przemyślaną strategię. Taka jest rzeczywista kondycja opozycji.

Nie ukrywam, że boli mnie szczególnie tragicznie zły wynik R. Biedronia. Ma popularność ponad siedem razy niższą niż prokościelny Sz. Hołownia! Boli, bo w sferze ideologicznej (państwo wolne światopoglądowo, państwo świeckie, państwo równych ludzi) mówimy jednym głosem. Jako Redakcja poprosiliśmy pana Roberta o wywiad. Przystał nań z ochotą – ustaliliśmy zakres i formę rozmowy, wyznaczyliśmy jej dzień. Niestety, pan europoseł uprzejmy był odwołać wywiad bez podania racjonalnie brzmiących przyczyn. Nie pozostaje nam nic innego niż wyciągnąć z tego wniosek, iż uznał, że głosy Czytelników „Faktów i Mitów” ma pewne, nie będzie więc tracił dla nich czasu. Jeśli tak prowadzi całą kampanię, jego wynik nie powinien dziwić. Niemniej – w dalszym ciągu pozostajemy otwarci na rozmowę, a nasze zaproszenie do niej pozostaje w mocy.

Facebook Comments
Poprzedni artykuł[WIDEO] Joanna w krainie kaczystów (6) – komentarz prof. Joanny Senyszyn
Następny artykuł„Zabawa w chowanego”. Film który musicie zobaczyć!
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).