Ostatnie miesiące przyniosły w Polsce dwa procesy o fundamentalnym znaczeniu dla kształtowania poglądów społeczeństwa.

Pierwszy z nich to aferalno-korupcyjno-nepotystyczna erozja rządzącego obozu skrajnej prawicy. Otóż okazało się, że obóz władzy jest potwornie umoczony w serię niebywałych, również z historycznej perspektywy, afer. Jest ich tak dużo, że jedna wręcz „przykrywa” w świadomości społecznej drugą. Każda z osobna nie ma natomiast precedensu we współczesnej historii Polski.

Spirala afer

Szef rządzącej partii umoczony w aferę z budową wieżowców. Na to nakłada się skandaliczne działanie prokuratury, która nie tylko utrudnia śledztwo, ale wręcz próbuje postawić sfingowane zarzuty pokrzywdzonemu, po drodze wymyślając kretynizmy, takie jak żądanie od pokrzywdzonego, bez żadnej podstawy prawnej, aby ten przetłumaczył sobie sam z niemieckiego dokumenty, co będzie kosztowało około miliona złotych, a zarazem wyznacza mu na to tydzień. Takie działanie prokuratury, samo w sobie, jest niebywałym skandalem. Afera ta przykrywa wcześniejszą aferę z niebotycznymi wynagrodzeniami partyjnych sługusów w banku centralnym, co z kolei przykrywa jeszcze wcześniejszą aferę z milionami złotych nagród, które wypłacili sobie pisowscy partyjniacy z rządu i nigdy nie przedstawili dowodów, że zwrócili je do budżetu, pomimo zapowiedzi. Ta z kolei afera przykrywa kolejną, która dotyczy korupcyjnych uwikłań szefostwa służb specjalnych w wyłudzanie nieruchomości. Ta afera przykrywa kolejną, dotyczącą kradzieży darów dla PCK na partyjne cele władzy. To z kolei przykrywa aferę związaną z odkryciami Tomasza Piątka, dotyczącymi esbeckich kontaktów Macierewicza. Ta afera pojawia się równolegle z odkryciem tłumu byłych esbeków i komunistycznych funkcjonariuszy w najbliższym otoczeniu Kaczyńskiego. Zostaje to poprzedzone politycznym mordem na prezydencie Gdańska, nad którym „wyklęty” kibol wykrzykuje o zemście na Platformie Obywatelskiej. Gdzieś w tle tego wszystkiego pojawia się motyw agenta CBA, uciszanego w związku z odkryciem, że pewien ważny partyjniak miał zabawiać się z nieletnią ukraińską prostytutką. Wszystko to zostaje podlane sosem wyjątkowego chamstwa władzy, która doradza strajkującym nauczycielom, żeby rodzili dzieci i brali 500+ zamiast walczyć o podwyżki.
Każda z tych afer z osobna powinna zakończyć polityczny byt PiS-u. Jednak PiS polegnie dopiero przygnieciony sumą afer, które kształtują wizerunek władzy pazernej i złodziejskiej w stopniu bezprecedensowym, a zarazem chamskiej i ordynarnej na skalę dotąd nieznaną. Kaczyński wykrzykujący o „zdradzieckich mordach” mógłby być wzorem dla Leppera.
Równocześnie zachodzi drugi proces. Oto walczącym o zadośćuczynienie za pedofilskie rozpasanie kleru udało się dotrzeć do papieża Franciszka i przedstawić mu raport, z którego wynika, że kler gwałcił i molestował tysiące polskich dzieci na przestrzeni lat. Skala kościelnej pedofilii jest tak ogromna, że w internecie pojawiają się memy bazujące na poczuciu powszechności tego zjawiska (np. ogłoszenie na drzwiach przedszkola: „Dzieci nieodebrane do godziny 17 będą oddawane na plebanię”). Przypomnijmy zaś, że polski kler w sposób jednoznaczny zapisał Bozię do PiS, manifestując na każdym kroku poparcie dla faszyzującej polskiej prawicy, ozdobionej kibolami i indywiduami w rodzaju wiceministra neofaszysty. Po ujawnieniu skali zjawiska kler, nie wyczuwając już społecznych nastrojów, próbuje bagatelizować problem i wmawiać, że to „margines”. Cóż, niewątpliwie odpowiedzialni za wieloletnie tolerowanie seksualnych nadużyć to margines. Zaledwie tysiące funkcjonariuszy w sutannach to w końcu nie jest całe społeczeństwo.
Oznacza to, że równocześnie zgniły resztki wiarygodności obydwu filarów, na których opiera się polska pół-dyktatura: kleru i PiS-u. I to wszystko w ciągu zaledwie kilku miesięcy.

Szarża na LGBT

Kaczyński jest jednak sprytnym i doświadczonym uczestnikiem gry politycznej, wszak jako podatnicy utrzymujemy jego tłusty tyłek już od trzech dekad. W najnowszej kampanii, skierowanej przeciwko tolerancji i emancypacji kilku milionów Polaków LGBT, nie chodzi o nic więcej, jak tylko o przykrycie sterty afer, które mogą pogrzebać reżim pisowsko-kościelny.
Kaczyński wie, że Polacy w 2019 roku są w większości normalni, przyzwoici oraz tolerancyjni i nie mają nic przeciwko osobom LGBT. Ostatnie badania pokazują, że wręcz przygniatająca większość Polaków popiera wprowadzenie związków partnerskich, niemal tyle samo jest zwolenników, co przeciwników równości małżeńskiej, a co piąty Polak rozumie, że nie ma nic niewłaściwego w adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Ale Kaczyński nie potrzebuje większości, tylko mniej więcej jednej trzeciej zmobilizowanych wyborców, bo tylu może mu zapewnić rządzenie, albo przynajmniej zabezpieczyć przed odwetem większości Polaków, którzy życzą go sobie widzieć wywożonego na taczkach z Nowogrodzkiej.
Zatem Kaczyński musi zintegrować i pobudzić swoich wyborców, odciągając ich uwagę od zjawisk, na których ostatnio uwaga niebezpiecznie zaczęła się koncentrować, czyli od afer, korupcji i powiązań z klerem, który większości Polaków kojarzy się obecnie z pedofilią. Tylko temu ma służyć ta haniebna szarża na osoby LGBT. Kaczyński musi sobie zdawać sprawę, że jego groteskowe bajania o „ochronie rodziny i dzieci” to w istocie powtórka z propagandy hitlerowskiej. Przypomnijmy słowa Himmlera, szefa nazistowskiego gestapo: „Niektórzy homoseksualiści uważają, że to, co oni robią, jest ich prywatnym życiem. Lecz życie seksualne nie jest już prywatną sprawą, ponieważ dotyczy przeżycia narodu. To jest różnica między zawładnięciem światem a samozniszczeniem. Naród z dużą ilością dzieci może zawładnąć światem”. Otóż Kaczyński uprawia dokładnie tę samą retorykę: ochrona dzieci, ochrona narodu itd. Szokujący charakter słów Kaczyńskiego jest jednak taktyką, ma służyć wyłącznie przykryciu afer, w które jego partia (i jej sojusznik – kler) jest uwikłana, a im bardziej szokujące są te słowa, tym lepiej dla jego taktyki.
A więc chcąc wygrać z Kaczyńskim tę propagandową rozgrywkę, trzeba na jego wynurzenia mieć tylko jedną odpowiedź: „Mamy w dupie twoje wynurzenia, dziadu, my rozliczamy afery”. Nie wolno dać się sprowokować. Jemu tylko o to chodzi.

Ryzyko przegięcia

Zarazem jednak taktyka PiS jest ogromnie ryzykowna z dwóch powodów. Po pierwsze, społeczeństwo od wielu lat było karmione sugestiami dotyczącymi homoseksualizmu Kaczyńskiego. Sugestie te pochodziły ze szczytów władzy. Otwarcie nawiązywali do tego Lech Wałęsa i Janusz Palikot. Zarazem Kaczyński, pieszczoch zaborczej mamusi i hodowca kotków, nieodmiennie otaczający się tłumem muskularnych ochroniarzy, jest wdzięcznym obiektem plotek. Opowieści o „nieszczęśliwej miłości” z młodych lat tylko potęgują wrażenie, że mamy do czynienia z gejem ukrywającym swoją orientację.
Po drugie, jeśli Kaczyński jest gejem, to wybitnie przedemancypacyjnym. Przeoczył istotny fakt: dzisiaj geje i lesbijki nie ukrywają się już, lecz żyją otwarcie i są w każdej polskiej rodzinie. Kaczyński zna być może realia świata LGBT, ale tego, który istniał 30 lat temu, czyli w czasach, kiedy na konferencjach prasowych towarzyszył mu Paweł Rabiej. Dzisiaj Rabiej ma partnera, z którym występuje publicznie jako wiceprezydent Warszawy, a ulubieńcem politycznej publiczności stał się w Polsce Robert Biedroń. Nawet w ścisłym elektoracie Kaczyńskiego wielu jest takich Polaków, którzy nie zaakceptują jego homofobicznych szarży i bardziej ich zainteresuje jego działalność deweloperska.
Mam silne wrażenie, że za rok o tej porze telewizja publiczna, kierowana przez Monikę Olejnik, będzie transmitować na żywo proces Jarosława Kaczyńskiego przed Trybunałem Narodowym – nową instytucją, powołaną przez rządzący Polską sojusz Koalicji Europejskiej i Wiosny Roberta Biedronia, której celem będzie osądzenie nadużyć władzy w okresie 2015-2019. Będą to czasy nudne, bo czym będziemy się wtedy ekscytować? Historią afer, które już znamy? Bez żartów.

Facebook Comments