Celem jest doskonałość. Szkoda, że tylko koty to pojmują.

Kończył się właśnie czwartek, 18 czerwca. Długi i męczący był to dzień. Był na grobie mamy, odwiedził mogiłę brata bliźniaka. I te tłumy gości, sterty kwiatów, kolejki oczekujących z życzeniami. Była nawet lista z nazwiskami tych, którzy mieli prawo przyjść z życzeniami i tych, którzy mogli tylko przynieść kwiaty i drobne upominki. Od lat powtarzał sobie, że czas z tym skończyć – nie lubił i nie lubi takich dni, takich imprez. Czuje się wtedy nieswojo – zagubiony, zawstydzony i potwornie zmęczony. Wkurza go zapach kwiatów, drażnią uśmiechnięci ludzie, marzący tylko o tym, by uściskać mu rękę i życzyć „dużo zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze”. Zresztą, więcej niż połowy tych ludzików nie rozpoznaje. Od lat powtarzał sobie, że skończy z tą celebrą, ale nie jest to takie proste. Te urodziny to część igrzysk; fety dla tych, którzy grają w jego teatrze.

Przede wszystkim jednak był tego dnia słaby i bardzo, bardzo samotny. Zresztą, odkąd zabrakło brata, samotny jest zawsze. Nikt nie wie, co to znaczy stracić bliźniaka. Nie wiedzą nawet ci, którzy doznali takiej straty. Ilu z nich dzieliło ze zmarłym całe swoje życie, w tym rodzinę? Ilu z nich miało brata, który dzielił z nim marzenia, poglądy i pracę? Stracić kogoś takiego, to jakby stracić większość samego siebie. A co dopiero, kiedy w sercu obwinia się za jego śmierć? Po czymś takim jedyne, co człowiek czuje, to pustka. Z czasem, z pewnym zdziwieniem, uświadamia sobie, że pustka też może boleć. To tak, jakbyście poczuli głęboki i długi – kilkuminutowy strach. Mało że paraliżowałby was – próbując nad nim zapanować, czulibyście go wszędzie: w mięśniach, paznokciach, nawet we włosach. To teraz wyobraźcie sobie, że kogoś tak właśnie może boleć pustka. I boli tak bez przerwy – minuty, godziny, dni, tygodnie, miesiące, lata; łącznie 3722 dni.

Tak, leki pomogły. Bez nich nie funkcjonowałby ani wtedy, ani dzisiaj. Duża dawka Escitalopramum powoduje, że kiedy organizm nasyca się tym specyfikiem, człowiek reaguje na bodźce trochę inaczej. Niby funkcjonuje normalnie, ale ma jakby większy dystans do tego co wokół. Pustka boli mniej. Mniej bolą codzienne problemy, mniej sumienie. Łatwiej znosić nieprzyjemności, łatwiej zachować spokój. Tak, tak – oczywiście ma świadomość, że to paskudztwo jest psychotropem i wpływa na pracę mózgu, ale przecież nie czuje tego, a dzięki lekowi nie musi się tym przejmować. Świat jednak dalej boli. Wspomnienie brata jest niczym „ostry cień mgły”, jak określił to kiedyś jeden z jego przybocznych klakierów, a z czasem podchwycił inny. Obu ich ma za idiotów, ale określenie to zapamiętał, bo tak – czasami, będąc między jawą i snem – widzi brata. Rozmawiają często, ale widzi go rzadko i zawsze niewyraźnie, przysłoniętego gęstą mgłą; taką samą, przez którą zginął. Nieboszczyk jest jej ostrym cieniem. Wszystko by oddał, by podczas tych rozmów mógł go dotknąć, albo chociaż wyraźnie zobaczyć, ale nie daje rady. Lekarz powiedział mu, że to „normalne”. Pieprzyć go! Sam wie, że to normalne nie jest. Wie, że wszyscy wokół mówią mu dokładnie to, co chce usłyszeć. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, postanowił z tej prawdy zrobić zasadę w polityce, którą uprawia. I zrobił, ale wie, że normalne to nie jest. Zresztą, czym jest normalność? Każdy przecież ma prawo do jej własnego definiowania.

Obaj z bratem brzydzili się lizusostwem. To znaczy, nie żeby z nim walczyli – wiedzieli, że to element spektaklu, który reżyserowali w teatrze, który chcieli przejąć na własność. Ale włazidupstwo po prostu ich mierziło. Sam zawsze gardził kobietami; z wyjątkiem mamy oczywiście (świeć Panie nad jej duszą!). Są puste, męczące, głupie, pretensjonalne i zbyt seksualne. Każda epatuje seksem! Każda go kusi, bo go chce. A jego to najnormalniej brzydzi. I nie chodzi o to, że jest gejem, bo uświadomił to sobie jeszcze w dzieciństwie. Mama pomogła mu z tym walczyć i w końcu całkowicie zrezygnował ze swojej seksualności. A mężczyźni? Cóż, prawie wszyscy, których w życiu spotkał, byli puści, próżni, niezorganizowani; pili, pieprzyli się z kobietami (!), ciągle chcieli pieniędzy. (Brat też tęgo pił, ale to co innego: był pod silną presją, musiał jakoś odreagowywać). Nie rozumieli i nie rozumieją, że pieniądze nie powinny być celem, lecz tylko środkiem do jego osiągnięcia. Co więc jest celem, władza? Też, ale nie do końca – celem jest doskonałość, a władza skutkiem zbliżania się do niej.

To takie proste, a tak niewielu to rozumie. Brat rozumiał, ale jego już przecież nie ma… Rozumiała to mama. Inni zrozumieć nie chcą bądź nie potrafią. Doskonałość to zbliżenie się do boskości – decydowanie nie tylko o tym, co mają robić ludzie (to banalne), lecz o tym, co mają myśleć i w co wierzyć. Nieważna jest tu idea – ważne byś był jej twórcą, autorem. Uczynić wszystkich uległych swej woli. Zapanować nad ich umysłami i doprowadzić do tego, by wierzyli w to, co im wskażesz; by oddawali cześć symbolom, które dla nich stworzysz. By wyciągali te postaci na cokoły pomników i wierzyli w ich świętość. Czy człowiek, który to potrafi nie zbliża się do boskości? Czy ci, którzy mu służą nie są jego kapłanami?

W budowaniu władzy działa jedna zasada – mówić ludziom to, co chcą usłyszeć. Najłatwiej to robić bazując na ich kompleksach i prostych, nędznych wręcz potrzebach. Są niezadowoleni z życia – wskazać winnego; i nieważne jest tu, czy faktycznie jest czemukolwiek winny. Dbać o to, by dostarczać im coraz to nowych wrogów – wewnętrznych i zewnętrznych, i zapewniać, że poświęcasz się w walce z nimi. Tak robili przecież i Lenin, i Stalin, Mussolini, Franco i Hitler. To działa. I choć fundament tej konstrukcji opiera się na fałszu, to przecież nie znaczy, że wyznawcy tej wiary nie mogą być szczęśliwi. Mogą – jeśli uwierzą w Twój cel – w twoją boskość…

Ochrona przywiozła go do domu dopiero po 22. Machinalnie pozdrowił sterczących pod płotem policjantów i wszedł do siebie. W środku czekała na niego gosposia z gorącą herbatą i podsmażonymi pierogami, no i Czaruś – ukochany kotek. Gosposia szybko wyszła. Został sam. Po szybkim posiłku usiadł w fotelu z kotkiem na kolanach i oddał się rozmowie z bratem. Brat opowiadał mu o matce: że są razem, że nad nim czuwają i czekają na niego. Po północy chciał zobaczyć brata. Przeszedł przez podwórze do sąsiedniego budynku – muzeum nieboszczyka. Otworzył drzwi, wszedł do środka i położył dłoń na fragmencie obelisku, pod którym ten leżał. Poczuł tylko chłód kamienia.

Wrócił do domu i zjadł podwójną dawkę psychotropów. Jutro też będzie dzień. Przyjdzie decydować o życiu milionów rodaków, o broni atomowej w kraju itd. Położył się bez mycia zębów i mocno wtulił twarz w sierść Czarusia. Tylko jemu może ufać.

Facebook Comments
Poprzedni artykułProwincjałki (17)
Następny artykułDroga do Rwandy
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).