Czy Trump ustąpi ze stanowiska, jeśli przegra wybory?

Przyznaję, przez minione cztery lata moja kolumna była nieco monotematyczna. W bardziej normalnej rzeczywistości polityczno-społeczno-emocjonalnej byłoby to nie do przyjęcia. Zdawałem sobie sprawę z tematycznego przechyłu: Trump, znów Trump, jeszcze raz Trump. Lecz rolą dziennikarza, zwłaszcza korespondenta zagranicznego, jest przekazywanie i analizowanie realiów. W roku 2016 wszystko, co mówił i robił Trump (oraz konsekwencje jego aktywności) stało się permanentną dominantą amerykańskiego życia i polityki. Emanowało na cały świat. Deus ex machina stał się spiritus movens.

47 proc. wyborców amerykańskich zagłosowało nań i wygrał, czego nikt się do ostatniej chwili nie spodziewał. Putin pomógł, więc w ten sposób szpenio od szemranych biznesów nieruchomościowych, organizator konkursów piękności i prezenter reality show zajął miejsce prezydenta USA, mimo że głosowało na niego o 2,87 mln ludzi mniej niż na Hillary Clinton. Formalnie ten tytuł Trumpowi przysługuje. Formalnie. Prezydent w Stanach ma ogromne uprawnienia, lecz wedle konstytucji ma je wykorzystywać dla dobra CAŁEGO narodu, ma jednoczyć społeczeństwo, reprezentować jego dążenia i interesy, bronić. Dlatego każdy wcześniejszy prezydent natychmiast po wyborach zabierał się do zasypywania podziałów, łagodzenia sprzeczności, spajania. Trump nie wykonał nawet gestu w tym kierunku. Od początku jest eksponentem własnych narcystycznych ambicji, rzecznikiem swojej bazy wyborczej: białych konserwatystów z prowincji, wykształconych lekko-pół-średnio, o prawicowych, często rasistowskich i nacjonalistycznych przekonaniach. Z premedytacją dąży do siania nienawiści, pogłębiania polaryzacji, jątrzenia. Jako republikanin jest strażnikiem interesów multimilionerów i korporacji.

Chaos, panujący od pierwszych dni kadencji Trumpa, gwałtownie się nasilił, gdy do Ameryki dotarł koronawirus. Trump postrzegał pandemię jako czynnik demolujący gospodarkę, a tym samym mogący zniweczyć jego szanse na reelekcję. Po oporach zaakceptował zamknięcie zakładów pracy, kiedy zaczęli to inicjować gubernatorzy. Gdy tylko liczba zgonów przestała rosnąć, jął nawoływać do przywrócenia „wolności”; jego wielbiciele wywoływali w tym celu demonstracje. Przedwczesne otwarcie gospodarki spowodowało skokowy wzrost liczby zakażeń, które po dziś dzień dynamicznie rosną. Ameryka jest liderem: jej ludność stanowi 5 proc. populacji świata i jednocześnie 25 proc. światowej liczby zachorowań. W żadnym innym kraju nie ma więcej przypadków COVID-19 ani zgonów niż w USA. Trzeba przy tym pamiętać, że dane są zaniżane. Eksperci oszacowali, że zarażonych covidem może być w USA 15 razy więcej. Na to wszystko nałożyła się erupcja demonstracji przeciw brutalności policji i rasizmowi, trwających do dziś. Trump dostrzegł w tym powszechnym proteście wyłącznie towarzyszący mu – na obrzeżach – wandalizm. Wystąpił także w obronie flag i pomników broniącej niewolnictwa Konfederacji, która wywołała wojnę secesyjną.

Dzwon na alarm

19 lipca Trump nieopatrznie udzielił wywiadu telewizyjnego Chrisowi Wallace’owi, reporterowi sieci Fox News. Sieć ta, nie bez powodu zwana amerykańską „Prawdą”, z reguły popiera i broni Trumpa. Tym razem było inaczej: wytrawny dziennikarz osaczał prezydenta. Gdy ten się wykręcał, Wallace nie odpuszczał. Z każdą chwilą nad Trumpem powiększał się balon kompromitacji. Wszystko co mówił było tak niedorzeczne, że aż komiczne. Prezydent kompromitował się jednakże wielokrotnie i zawsze wychodził z tego obronną ręką. Publika, po lawinie skandali, kłamstw, afer i wpadek zobojętniała, uodporniła się.

Owo zobojętnienie przełamane zostało odpowiedzią na jedno z pytań dziennikarza Fox News: Czy prezydent zaakceptuje wynik wyborów, jeśli poniesie porażkę? „Powiem we właściwym czasie. Będą pana trzymał w napięciu” – brzmiała pierwsza odpowiedź prezydenta. Wallace nie rezygnował. – Nie, nie powiem po prostu „tak”. Nie powiem też „nie” – wymigiwał się Trump. Przy trzecim podejściu odpowiedź prezydenta brzmiała: „Muszę zobaczyć”.

O tym, że Trump nie ustąpi ze stanowiska, jeśli przegra wybory, publicyści i analitycy spekulują od dłuższego czasu. Przecież nawet gdy wygrał wybory w 2016 r. twierdził, że były sfałszowane, że prawie 3 mln głosów więcej dla Clinton oddali nielegalni imigranci. Brak na to jakichkolwiek dowodów, to bezczelne kłamstwo. Trump kilkakrotnie w przeszłości równie bezpodstawnie sugerował fałszerstwa wyborcze, gdy wynik był nie po jego lub republikanów myśli. Od kilku tygodni na Twitterze prezydent twierdzi, że nadchodzące wybory zostaną sfałszowane.

Że fałszerstwa odbywają się już teraz: Chiny drukują masowo podrobione karty do głosowania pocztowego. To zarzut tyleż drastyczny, co kompletnie absurdalny. Lecz w potoku twitterowych oskarżeń, pomówień i kłamstw Trumpa nie doczekał się stanowczego dementi.

Dopiero odpowiedź, jakiej prezydent udzielił dziennikarzowi Fox News postawiła na nogi wszystkich myślących w Stanach Zjednoczonych. W ciągu tygodnia dziennikarze, komentatorzy i naukowcy opublikowali co najmniej kilkanaście dogłębnych analiz. Dominuje w nich poważne zatroskanie o los państwa i przekonanie, że kilka najbliższych miesięcy, przed i po wyborach 3 listopada, będzie obfitować w gwałtowne, dramatyczne wydarzenia. Wszyscy dochodzą do tego samego wniosku: szansa, że przegrana wyborcza skłoni Trumpa do uczynienia tego, co robili wszyscy dotychczasowi przegrani prezydenci, czyli do ustąpienia, jest praktycznie równa zeru. Pomijając wszystko inne, jest prawie pewne, że przegrany Trump stanie przed sądem i zostanie skazany.

Scenariusze katastrofy

Prof. Lawrence Douglas z Amherst College, autor świeżej książki „Czy ustąpi? Trump i nadciągająca katastrofa wyborów 2020” konstatuje: „Porażka Trumpa wcale nie jest pewna. Pewne jest natomiast to, jak on na nią zareaguje, zwłaszcza jeśli przegra niewielką liczbą głosów. Odmówi uznania wyniku wyborów”. Douglas stwierdza, że „ewidentną intencją Trumpa jest pozostanie u władzy niezależnie od woli wyborców” i szkicuje trzy możliwe scenariusze rozwoju sytuacji, których wymowne tytuły wiele mówią: „Katastrofa 1”, „Katastrofa 2”, „Katastrofa 3”. Najbardziej optymistyczny wariant kreśli wizję narastającego i pogłębianego przez pandemię chaosu, gdy Trump, miotając oskarżenia i kłamstwa, zwleka z opuszczeniem Białego Domu. Wedle najgorszego scenariusza dochodzi do implozji konstytucyjnego ładu i eksplozji przemocy. „To by oznaczało największą katastrofę Ameryki i pełne zwycięstwo Trumpa” – konkluduje posępnie prof. Douglas.

Steven Hasan, czołowy ekspert specjalizujący się w patologii kultu i kontroli umysłu, uważa, że równie ważne jak to, co uczyni Trump, jest to, co zrobi „baza”: jego fanatyczni, uzbrojeni wielbiciele, których określa mianem wyznawców „samobójczego kultu”. Prof. Jeffrey B. Meyers z Thompson Rivers University sądzi, że „Trump może odmówić ustąpienia. Jeśli to się zdarzy, akcja militarna, cywilna lub wspólna będzie konieczna, by go usunąć”. Jeśli mimo wszystko Trump się utrzyma, „następnych kilka lat może być znacznie gorszych”. Inni prognostycy alarmują, że wprowadzenie przez Trumpa w połowie lipca na ulice liberalnych metropolii, wbrew protestom gubernatorów i burmistrzów, podległych rządowi federalnemu uzbrojonych agentów z kilku agencji (granicznej, imigracyjnej itp.) jest testem przed użyciem siły na szerszą skalę podczas i po wyborach. W roli – jak pisze historyk prof. Juan Cole z University of Michigan – „instrumentu autokracji”.

„Kongres, członkowie kampanii Bidena, sądy, gubernatorzy, organizacje społeczeństwa obywatelskiego, a nawet siły militarne – pisze prof. Daniel Drezner z Tufts University – muszą zacząć się przygotowywać na poczynania niedojrzałego prezydenta, który odmawia ustąpienia”.

Ktoś spyta: po co o tym pisać trzy miesiące przed wyborami w USA? Myślałem, że będę mógł zaznajamiać Czytelników z rozwojem sytuacji w USA na bieżąco, w cotygodniowych relacjach. Lecz niestety, to jest ostatnie wydanie „Faktów i Mitów”. Po 20 latach publikacji okazało się, że w Polsce, cierpiącej na chroniczną wszawicę klerykalizacji (od której się nie umiera, lecz z którą trudno żyć, chyba żeby ją zaakceptować), nie ma możliwości utrzymania przy życiu pisma nieustępliwego i demaskatorskiego wobec kościelnego dyktatu i triumfującej, aroganckiej kaczo-teokracji.

Facebook Comments