Jak nam bardzo źle, to lubimy się zjednoczyć. Co prawda tylko po to, żeby wspólnie dostać od losu łupnia, ale zjednoczenie to już coś. Dobrze nam z tym, bo mamy potem co wspominać.

Czy to insurekcja kościuszkowska, czy to powstanie listopadowe, styczniowe, warszawskie – bez różnicy. Lubimy, jak się nam krew upuszcza. I kochamy celebrę kolejnych niepotrzebnych klęsk, bo wiadomo: bo Bóg, bo Honor, bo Ojczyzna. Bo orężny wstaje hufiec nasz, bo latamy na drzwiach od stodoły, bo deszcze niespokojne właśnie potargały sad, bo stawka to większa niż życie, bo śpiewać każdy może, bo… Chwała bohaterom! Niech żyje wielka Polska! Janosika pomścimy!

Spostrzeżenie powyższe nie jest odkrywcze, ani nawet nowe. Jest przykre, a przykrość ta wiąże się z naszą głupotą. Gdyby zamiłowanie do tego narodowego masochizmu przełożyć na grunt podstawowej komórki społecznej, czyli rodziny, to dialogi przy wielkanocnym stole brzmiałyby mniej więcej tak:

– A słyszeliście, jak w 1985 r. pijany tata wypadł przez okno? – zagadałaby eksżona, czyli wdowa po walecznym mężczyźnie.
– Oj tak, tak – odpowiedzieliby jej inni uczestnicy rodzinno-patriotycznej biesiady.
– A jak w 1987 r. pijanego dziadka skopał sąsiad zza rogu?
– Oj tak, tak.
– Babciu, a babcia opowie, jak w 1991 r. koledzy połamali dziadkowi ręce – zaszczekałaby patriotycznie dziatwa.

Coś, co powinno stanowić smutne rodzinne tajemnice, czyli obraz sfenolonego dziadka nieudacznika, urasta do roli cnoty i stanowi mit budowy rodzinnej tradycji. Szanuję każdego, kto przelewa krew w słusznej sprawie. Nie rozumiem tylko, a przez to nie szanuję tych, którzy każą im to robić. Ale, co mi tam – mogę udać, że rozumiem i wmówić sobie słuszność uniwersalnej interpretacji dziejów, czyli że Bóg, że honor…

Do tej pory rozumiałem, że lubimy dawać sobie spuszczać krew. Lubimy, bo wiadomo: Bóg, honor, babcia bez dziadka; no i jest co opowiadać. Ale za cholerę nie wiedziałem wcześniej, że przyjemność sprawia nam zbiorowe dymanie. Podoba nam się ono, pod warunkiem że odbywa się z szablą w dłoni, chorągwią w pupie i Bogiem na ustach. (Albo i z innym posadowieniem tych patriotycznych symboli). Zamiłowanie do tego dymania widać idealnie właśnie teraz, w czasach Wirusa – Króla Wszechświata. Tylko żeby to zobaczyć, trzeba na chwilę stracić z oczu babcię (wdowę po nieudanym dziadku) i zebrać się w sobie, by choć na kilka godzin oderwać się od stołu i wytrzeźwieć.

Wszystko po tych świętach wygląda tak, jakbyśmy zbiorowo cierpieli na syndrom sztokholmski, czyli będąc ofiarą gwałtu, utożsamiali się z jego sprawcą i w duchu go usprawiedliwiali. Tylko… on jest nie tylko brzydki – pokurczony, bezzębny; jest też podły i nienawistny. Kraj „zawierzyliśmy” Jezusowi i jego mamie, ale władzę w nim oddaliśmy w ręce oderwanego od życia nieszczęśnika. Bogiem, honorem, ojczyzną, wyciera on sobie mordkę niczym śliniaczkiem, a my to kupujemy, bo wiadomo: bo Bóg, bo honor… Boskość, do której się dziadyga zbliżył (wszak w swoim mniemaniu władzę sprawuje w imieniu Najwyższego), usprawiedliwia wszystko co robi i nawet nie chce się nam głębiej nad tym zastanawiać, bo gdzieś w podświadomości większej części naszych rodaków tkwi, że to co robi, robi dla nas, bo Bóg… A poza tym, mały rycerz, człowiek z żelaza, papież Polak, Bogurodzica i Jolka, Jolka co pamięta pierwszą brygadę. I ci, co „polegli” pod Smoleńskiem.

Chcemy się dawać dymać, byleby tylko z szablą, chorągiewką i Bogiem. I zawsze tak było, żeśmy leźli w objęcia gwałciciela. Insurekcję potępił papież Pius VI (16 grudnia 1795 r. – „przedsięwzięcie bezbożne”); powstanie listopadowe Grzegorz XVI (9 czerwca 1832 r. – „posłuszeństwo (…) ustanowionym od Pana Boga władzom jest prawem bezwzględnym”); styczniowe Pius IX (28 stycznia 1863 r. – groźne dla wiary „knowania rewolucyjne”), za co został beatyfikowany przez Jana Pawła II. Państwo watykańskie odbudowało swą potęgę dzięki faszystom Benito Mussoliniego (24 lutego 1929 r.) – sojusznika Hitlera, który tak krwawo rozprawił się w 1944 r. z Warszawą. A cóż my w ramach tego patriotycznego uniesienia? „Nie islamska, nie laicka, tylko Polska katolicka!”. No to jak, lubimy gwałty? Tak! – od tylca, w samą chorągiew!

Dziwne to były święta – miałem wrażenie, że patrzę na nie jakoś z boku. Przekopałem internet w poszukiwaniu czegoś, co pokazywałoby wielkość polskiego kat. Kościoła podczas świąt i dwa tygodnie przed nimi. Jakiejś wybitnej myśli, nowej idei, wsparcia okazanego potrzebującym i tym, którzy po prostu wierzą. Nic. Pustka – nie mieli i nie mają nic do powiedzenia, prócz tego, że „cierpią” i by wspierać ich datkami, bo będą cierpieć jeszcze bardziej. I znowu próbujemy ich usprawiedliwiać, na siłę szukając przykładów heroizmu i dobroci. Cieszymy się więc, że gdzieś głodnych nakarmili, gdzieś zajęli się chorymi. Tylko jaka jest tego skala? Ilu spośród nich zaangażowało się w bezpośrednią pomoc, 50 osób? Jeśli tak – to jedna dziesiąta procent tego stada. Ale chcemy w to wierzyć. Chcemy i wystawiamy im z nadzieją otwarte usta wierząc, że zapełnią je czymś „konsekrowanym”. Chcemy tego gwałtu licząc na to, że po samym akcie sprawca życzliwie pogłaszcze nas po buzi.

Nigdy specjalnie nie przeżywałem świąt wielkanocnych; nie potrafię – i już. W tym roku jakby całkiem po mnie spłynęły i kompletnie nic w ich trakcie nie robiło na mnie wrażenia. Nie robił więc widok nad-Polaka przed pomnikiem smoleńskim w otoczeniu stada wielbicieli, kładącego laskę na zalecenia sanitarne. Nie robił wrażenia widok nad-Polaka, który wjechał z ochroniarzami w miejsce dla innych niedostępne – cmentarz Powązkowski, by oddać się tam jakimś praktykom. Nie robiły wrażenia wyjaśnienia jakichś aparatczyków, że jemu wolno, ani policjanta, że zakazy zgromadzeń nie dotyczą celebry tego, co zażyczy sobie celebrować nad-Polak, bo robi to dla nas.

Wszystko to wydaje się bez znaczenia wobec rzeczywistości, do której wróciliśmy po świętach. Do policjantów śmiących mnie pytać, do kogo i po co jadę własnym samochodem. Do dronów sprawdzających, czy nie spaceruję po pustym lesie. Do wyborów prezydenckich, które nastąpić mają bez kampanii wyborczej i spełnić się w skrzynkach pocztowych. Do planów poczty otwierania mojej korespondencji. Wkurza mnie tylko, że gwałciciel myśli, że to, co nam robi, sprawia nam przyjemność. Chyba że nie traktuje tego jako gwałt, a tylko niewinne narodowe dymanko.

Facebook Comments
Poprzedni artykuł[WIDEO] Joanna w krainie kaczystów (3) – komentarz prof. Joanny Senyszyn
Następny artykułPod osłoną wirusa
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).