Rozmowa z prof. Zbigniewem Mikołejką, filozofem i historykiem religii.

Krzysztof Lubczyński: Gdy przypomina pan sobie słynną formułę Marksa o religii jako opium ludu, myśli starożytnego ateisty Lukrecjusza, religijne poglądy Feuerbacha, barona d’Holbacha, księdza Jeana Mesliera, Nietzschego i innych klasyków ateizmu, to co pan myśli?
prof. Zbigniew Mikołejko: Że są ciągle aktualne. Zwłaszcza formuła Marksa o religii jako „duszy bezdusznych stosunków”, „westchnieniu uciśnionego stworzenia”, „kwiatach kładzionych na kajdany”.

Czy Kaczyński idzie za tą myślą Marksa, dekretując sojusz państwa i Kościoła?
Tak uważam. Kaczyński, wychowany na wulgarnym, siermiężnym marksizmie lat 60., uznał, że do swoich celów może użyć religii jako opium. Uczynił to na zimno, cynicznie, bo myślę, że nie jest człowiekiem wierzącym, ale zdał sobie sprawę, że trzeba ludzi zaczarować czy otumanić. Użył do tego, z wprawą starego, cynicznego „aparatczyka”, odmiany słynnej niemieckiej triady: Kinder, Küche und Kirche (dzieci, kuchnia i kościół – przyp. red.), czyli trzech swoich „k”: kłamstwo, kościół, kasa. Weźmy więc Kościół katolicki, który się do budzenia tego gniewu świetnie strukturalnie nadaje. Przecież tacy organizatorzy nienawiści, jak biskupi Jędraszewski, Mering czy Depo mają się doskonale, a nienawiść krzewią wszem i wobec, nieustannie wskazując wroga, jakąś „zarazę”. Na tym tle właśnie dokonuje się ścisła współpraca PiS z Kościołem: można by nawet sparafrazować znane hasło minionego systemu: „Mówimy Kościół, a myślimy Partia, mówimy Partia, a myślimy Kościół”. Polską mentalnością rządzą też, współgrając ze sobą, dwa inne jeszcze zasobniki wzorców i języka wyrazu: skarlały, szczątkowy, zdeformowany katechizm katolicki i tandeta popkulturowa. Najpierw więc mieliśmy tu tandetę „ducha”, a potem tandetne „ciało”, rodem z prasy kolorowej.

A jednocześnie na tym tle pojawiło się w ostatnich latach zjawisko w Polsce do tej pory właściwie w tej skali i postaci nieznane: akty agresji i szyderstwa w stosunku do Kościoła, jego funkcjonariuszy, do religijnych symboli. Czy to reakcja na inwazję politycznego klerykalizmu, zwłaszcza ze strony części młodego pokolenia, które w rekordowym tempie się laicyzuje?
Słusznie pan użył słowa „części”, bo inne są postawy młodzieży wielkomiejskiej, a inne wiejskiej. Odpowiadając wprost: po części tak, choć w każdym społeczeństwie, po różnych stronach światopoglądowo-politycznych, są osoby skłonne do publicznej ekscesywności. Wspomniane przez pana akty antyreligijne są więc przejawem tego właśnie zjawiska – dlatego różni ludzie wpadają do kościoła w czasie mszy, smarują na murze świątyni antykościelne hasła. Skądinąd właśnie przeciw takim aktom skierowane było ostrze przedwojennej ustawy o ochronie uczuć religijnych: głównie chodziło o ochronę obrzędów i obiektów religijnych przed napadami. Obecnie polska ustawa jest poszerzona o ochronę warstwy werbalnej, symbolicznej, w tym sensie jest bardziej restryktywna.
Czy w Polsce jest duży potencjał laicyzacyjny? Na oko wygląda, że tak: sekularyzacja młodzieży, spadek zainteresowania katechezą szkolną, zmniejszenie liczebności pielgrzymek…
Trudne pytanie. Polacy się laicyzują, ale nie wychodzą ze starych dekoracji. Inna sprawa, że to nie zawsze są tylko niewinne dekoracje. W Polsce południowo-wschodniej nie respektuje się nawet obecnej restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej, fałszywie zwanej „kompromisem”, bo szpitale zbiorowo podpisały pod naciskiem Kościoła klauzule sumienia. Tam legalnie nie sposób przerwać ciąży.

Czyli polski model laicyzacji jest dokładnym przeciwieństwem francuskiej: tam w 1905 r. nastąpił radykalny rozdział Kościoła od państwa i trwa do dziś, w zimnej, administracyjnej postaci?
Tak, ma pan rację, a podobnie było we Włoszech czy Hiszpanii. W Polsce będzie więc istniała „wydmuszka”: w środku pusta skorupa katolicka.

Tylko czy taka skorupa może długo istnieć bez treści, nie sklęśnie jak balon bez powietrza?
Może; i to bardzo długo. A szkoda, że tylko skorupa, bo chrześcijaństwo wprowadziło do naszej mentalności, poprzez wizję męki i śmierci Chrystusa, pojęcie „ciała cierpiącego” i „miłości bliźniego”, którego nie było w antyku „pogańskim”. I mimo prześladowań religijnych, stosów, inkwizycji etc. Kościół jednocześnie krzewił te pojęcia, a także to on, jako pierwszy, zorganizował opiekę nad starymi i chorymi, jałmużnictwo, dowartościowanie człowieka ubogiego („res sacra miser”), dowartościowanie współczucia. Była w tym sprzeczność, ale nie można tego nie uwzględnić. Mało kto wie, że prześladowaniom czarownic, procesom o czary i paleniu ich na stosach kres położyła w XVII w. inkwizycja hiszpańska w Kraju Basków, bo uznała to za niechrześcijański przesąd. Wszystko to mówię jako człowiek niewierzący i niepraktykujący, który w wieku jedenastu lat rozstał się z Kościołem.

Gdzie tkwią antropologiczne, może podświadome, głębinowe źródła polskiego przywiązania do religii? Nie mam na myśli znanych powszechnie przyczyn historycznych.
Nie da się na to pytanie odpowiedzieć „jednym tchem”. Ale spróbuję. Po pierwsze, to jest najłatwiejszy i najbardziej w Polsce dostępny stygmat tożsamości plemiennej czy kulturowej – taki „stempelek na łeb”, że jest się Polakiem. Po drugie, w ścisłej więzi z poprzednim, to kalekie, szczątkowe instrumentarium – zespół obrazów i pojęć, który z braku innej paidei, pozwala jakoś wyrazić siebie i opisać świat. Po trzecie wreszcie, katolicyzm polski, z powszechnie znanych powodów historycznych, przybrał postać radykalnej „religii życia”, pewnego sposobu egzystencji, poza którym wielu ludzi nie jest w stanie sobie wyobrazić odmiennego trybu czy stylu istnienia. Inna sprawa, że bywa on z tego powodu tylko surogatem autentycznego życia albo maską, albo skorupą, skrywającą bardziej jeszcze archaiczne czy wręcz atawistyczne, w każdym razie przedchrześcijańskie warstwy mentalności, także te – niestety – związane z przemocą i solidarnością gromady.

Kaczyński powiedział, że poza Kościołem katolickim jest tylko nihilizm. Jaką ma pan na to odpowiedź?
Jest inaczej, jest znacznie gorzej. To Kościół katolicki w Polsce spaja nihilistów. Widać to choćby z serii ostatnich wydarzeń aferalnych w szeregach władzy. Szkoda, że Kaczyński nie ma elementarnej wiedzy filozoficznej. Gdyby ją miał, wiedziałby, że nie tylko przed katolicyzmem, ale i przed chrześcijaństwem istniała bogata myśl moralna: Arystoteles, Platon, Sokrates – praojciec naszych systemów moralnych, stoicy, cynicy z Diogenesem i jego ideą ubóstwa, których myśl była niekiedy bliska Ewangelii chrystusowej, konfucjanizm, religijny żydowski system etyczny. I pewnie nie do końca jest świadom, że to on przyciągnął do siebie drobnomieszczańskie, egoistyczne, zachłanne środowiska i do nich się odwołuje. Niczego dobrego w sferze społecznej „dobra zmiana” bowiem nie uczyniła. Nie spoiła narodu, utrwala tylko jego partykularne instynkty. Ożywiła nadto powidoki, zjawy, upiory najgorszych, przeżytych ideologii, które wampiryzują Polskę, w tym kontrreformacyjny, polityczny katolicyzm i nacjonalizm. Trzeba by je wyegzorcyzmować. To pachnie czasami saskimi, wystarczy poczytać Szujskiego, Bobrowskiego, Skargę, Jasienicę. Bardzo więc żałuję, że w Rzeczypospolitej nie zwyciężył protestantyzm, nie powstał kościół narodowy, a było od tego o krok za Zygmunta Augusta. Ruch egzekucyjny pod wodzą Jana Zamoyskiego dokonał co prawda pewnych reform, ale udało mu się to tylko połowiczne. Tym partykularyzmem zatraciliśmy w Polsce państwo, szlachta poszła pod lipę pić miód i drzemać, a z drzemki obudziła się w objęciach agresywnych sąsiadów.

Co będzie dalej?
Musi nastąpić implozja, a wiele będzie zależeć od postaw elit liberalnych i lewicowych. Niestety, zauważam tam skłonność do trwania w starych schematach, stare śpiewki. Na przykład ostatnio pan Czarzasty, którego skądinąd bardzo lubię, bo to sympatyczny i inteligentny człowiek, złożył taką deklarację w sprawach kościelnych, która niebezpiecznie przypomniała mi alianse dawnych, lokalnych baronów SLD-owskich z biskupami, w czasach rządów tej formacji. To błąd, bo Kościół nigdy nie postawi na lewicę, a ta nigdy nie przelicytuje Kaczyńskiego.

Facebook Comments