Trudno działać ze świadomością, że robi się coś po raz ostatni. Z jednej strony ogarnia człowieka apatia i melancholia. Z drugiej – tli się nadzieja, że los się odwróci. Pisząc finałowy tekst dla „Faktów i Mitów”, postanowiłem zachować się jak nawrócony katolik i jako pątnik udałem się przed ołtarz, by w swój niezdarny, bo ateistyczny sposób prosić Niebiosa o interwencję w sprawie zamknięcia tygodnika. Skoro Bóg istnieje, to pomoże – myślałem. W końcu polski Kościół katolicki słynie z cudów i uzdrowień. Pojechałem z pielgrzymką do Łagiewnik. To tam ostatnio dzieją się rzeczy nadprzyrodzone.

Na wyjazd do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie natchnął mnie sam prezes TVP Jacek Kurski, który w cudowny sposób dostał zgodę na unieważnienie poprzedniego małżeństwa i znów stanął na ślubnym kobiercu. Tym razem z rozwódką. Sakramentalne „tak” powiedział swojej oblubienicy przed księdzem właśnie w Łagiewnikach. Kurski dokonał niemożliwego dla zwykłego śmiertelnika. Ja swoją modlitwę pokutną z malutką i niewinną prośbą o niezamykanie „Faktów i Mitów” zaplanowałem w dniu, w którym w Łagiewnikach odbywała się Pielgrzymka Honorowych Dawców Krwi i Szpiku Kostnego oraz Osób Żyjących po Przeszczepach. Większego cudu jak bezinteresowne oddanie własnej krwi bliźniemu czy ofiarowanie części swojego ciała drugiemu człowiekowi nie ma. Mało tego, był to dzień św. Krzysztofa, czyli patrona kierowców. Gdyby wszystko poszło nie tak, zawsze mogłem liczyć na poświęcenie mojego samochodu w dalszej drodze życiowej.

Wszystko na opak
fot. Artur K. Lis

Już od początku szło jak po grudzie. Wielka Pielgrzymka Dawców z całej Polski okazała się spotkaniem kilkunastu osób, które snuły się w bezpiecznej odległości od sanktuarium, by nie narazić swoich wątłych organizmów na niebezpieczeństwo zarażenia wirusami. Dawców krwi było zaledwie kilku, choć przed „Bramą Miłosierdzia” ustawiono specjalny autokar – mobilny punkt poboru „owocu żywej wiary”. Na zawsze zatłoczonym, wielkim parkingu stało dokładnie 26 samochodów, głównie należących do księży i właścicieli pobliskich sklepów z dewocjonaliami. Mszę dziękczynną miał odprawiać sam administrator apostolski diecezji kaliskiej biskup Grzegorz Ryś. Niestety, nie przyjechał. Jak szeptali nieliczni zgromadzeni, „podobno z powodu zarażenia się koronawirusem”. Nade wszystko nie było zaplanowanych „świadectw cudów bożych”, czyli opowieści pątników o uzdrowieniach duszy i ciała. Nie było na kim się wzorować. Wszystko do dupy. Postanowiłem jednak walczyć o „Fakty i Mity” do końca – bez względu na niesprzyjające okoliczności. Poszedłem do kaplicy sanktuarium, w której to „prezes” Jacek i „cała na biało” Joanna – obok grobu św. Faustyny i przed ołtarzem z napisem „Jezu ufam Tobie” – włożyli sobie obrączki na palce. Modlić się nie potrafię, więc zrobiłem to, do czego namawia tamtejsze Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego. Złożyłem specjalną prośbę. Na karteczce napisałem drżącymi rękoma: „Święta Faustyno, spraw, by Fakty i Mity wróciły (kiedyś)”. Karteczkę wrzuciłem do skrzyneczki przy drzwiach. Zdając sobie sprawę, że s. Faustyna na pewno jest zarobiona (lub nadal rozmawia z Jezusem) i może nie mieć czasu na szybką reakcję, kolejną prośbę napisałem do kogoś innego. Do samego Jana Pawła II. Na miękkich nogach udałem się do dolnego kościoła sanktuarium, by w wielkim holu wrzucić do urny karteczkę ze skleconymi naprędce słowami: „Święty Janie Pawle II, życz wszystkim Czytelnikom i dziennikarzom tygodnika Fakty i Mity wszystkiego, co dobre w każdym – kolejnym dniu naszej walki o Polskę bez Kościoła katolickiego”. Podpisałem: Wierny Ateista. Na więcej nie miałem odwagi, choć wiem, że i tak przegiąłem. Z drugiej strony pomyślałem: przecież skoro jest Bóg, to jest i szatan. Diabeł i jego ziemscy wysłannicy istnieją tak samo jak Wszechmogący i jego akolici. Kościół mówi o tym wyraźnie. Dobro bez zła istnieć nie może. Są nierozerwalne. Więc jak zabraknie „Faktów i Mitów”, to kogo będą zwalczali i nienawidzili polscy katolicy? Po co Kościołowi nowy wróg, którego musi się nauczyć? Boksujemy się przecież od 20 lat! Znamy się jak łyse konie!

Spieprzaj, dziadu

By jeszcze bardziej wzmocnić swój przekaz i prośby do Nieba i Wszystkich Świętych – oprócz próśb pisanych – poszedłem także do spowiedzi, a w zasadzie chciałem normalnie pogadać z księdzem o tym, co zrobić, by „Fakty i Mity” ostały się na rynku wydawniczym. Gdy tylko streściłem w konfesjonale, o co mi chodzi i co musi się stać, by nie stracić roboty, duchowny nawet nie zrobił znaku krzyża, tylko machnął ręką jakby odganiał się od natarczywej końskiej muchy. Krzyknął spod maski: „Proszę natychmiast wyjść ze świątyni, bezbożniku”. Zabolało mnie takie zachowanie sługi bożego. Zero współczucia. Zero empatii. Pasterz nie chciał przygarnąć na łono Kościoła zabłąkanej owieczki. Od tego momentu byłem na cenzurowanym. Gdy po raz kolejny wszedłem do kościoła dolnego, na krok nie odstępowała mnie zakonnica, która spode łba śledziła mój każdy ruch. Moja prośba do Jana Pawła II zniknęła z księgi pamiątkowej, a wychodząc z sanktuarium usłyszałem na do widzenia: „Spieprzaj, dziadu, żeby twoja noga więcej tu nie postała”. Policji na szczęście nikt nie wezwał, żeby mnie aresztować za obrazę uczuć religijnych, ale poczułem się mało komfortowo. By jakoś załagodzić sytuację i dalej walczyć o swoje pismo, postanowiłem „wziąć czarnych na sposób”. Co jak co, ale pieniądze zawsze rozwiązują konflikty. Uciekłszy z kościoła dolnego, w kościele głównym złożyłem – przy użyciu karty kredytowej w „tacomacie” – ofiarę w wysokości 2 zł na bazylikę Bożego Miłosierdzia. Kupiłem za dychę „Balsam Miłosierdzia” do ciała, pobłogosławiony przez samego Jana Pawła II, a w Sklepiku Anielskim nabyłem także za ostatnie oszczędności tandetny różaniec za 10 zł. Na złoty „Medal Papieski” prosto z automatu (przypominającego taki do napojów) nie było mnie już stać. Za wyszperaną ze schowka w samochodzie złotówkę kupiłem więc pismo „Dobra Nowina” z „Receptą na duchową Depresję” i z dającym nadzieję na przyszłość tytułem na okładce „Czekamy na Dzieciątko”. Czyżby chodziło o następcę „Faktów i Mitów”? Niestety, treść była zupełnie o czymś innym, a recepta na depresję skierowana tylko do żarliwych wyznawców Jezusa. Załamany, acz nieźle wyposażony w przedmioty kultu, z pustym portfelem i bez środków na koncie, czekałem już tylko na błogosławieństwo mnie i mojego samochodu.

Pokropili nieboszczyka, czyli krzyżyk na drogę

By nie rzucać się w oczy i widząc, że moje działania nie przyniosą niestety skutku, wsiadłem do samochodu, rozciągnąłem jeszcze bardziej maseczkę na twarzy, zacząłem czytać katolickie pismo, a różaniec powiesiłem ostentacyjnie na wstecznym lusterku. Pomogło. Ksiądz podszedł. Najpierw pomodlił się za moje zdrowie, później pokropił maskę mojego przeżartego rdzą samochodu, zrobił znak krzyża i na koniec pobłogosławił. Poczułem ulgę i spełnienie. Może „Fakty i Mity” się ostaną? Może wewnętrzna emigracja w dobie wszechogarniającej i obleśnej klerykalizacji Polski nie będzie potrzebna? Moje wątpliwości rozwiała reklama, na którą po raz pierwszy odkąd przyjeżdżam do Łagiewnik zwróciłem uwagę: „Zakład pogrzebowy Archanioł. Całodobowo”.

To był znak od ich Boga. Już wszystko wiem. Odjechałem w znaną mi przyszłość.

Facebook Comments