Strona główna Felietony Wielki bal u Szatana

Wielki bal u Szatana

882
fot. PAP
W nocy z 24 na 25 lutego 1956 r. wydarzyło się w Moskwie coś nieprawdopodobnego. Coś, co porównać można tylko do nawiedzenia tego miasta przez Wollanda i Behemota z powieści Michaiła Bułhakowa.

Ale te wydarzenia nie były fikcją literacką. Były częścią historii, która wpłynęła na nasze życie. Wydarzeniami, które zwłaszcza dziś mogą skłaniać do refleksji.

14 lutego 1956 r. w moskiewskim Pałacu Zjazdów rozpoczął się XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – KPZR (choć właściwie była to jeszcze Wszechradziecka Komunistyczna Partia Bolszewików – WKPb). Był on przełomowy, bo podjęto na nim próbę rozliczenia się ze stalinizmem. Określenie „stalinizm” nie było wówczas popularne. Mówiono wtedy o „kulcie jednostki”, a jednostką tą był oczywiście Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili – Stalin, generalissimus, przywódca partii i narodu, odpowiadający za śmierć 20 mln swoich rodaków. Stalin zmarł trzy lata wcześniej, 5 marca 1953 r. W okresie między jego śmiercią a Zjazdem kierownictwo partii przygotowywało się do zmian, przede wszystkim zaś do rozliczenia okresu, kiedy sprawował władzę (1922–1953).

W ciągu tych trzech lat poprzedzających Zjazd można było odczuć pierwsze symptomy zmian: bezpieka nie była aż tak krwawa, rzadziej zapadały wyroki w procesach politycznych, więźniom nie przedłużano automatycznie okresu izolacji. Wszyscy mieszkańcy ZSRR czuli, że „coś” się zmienia, ale nie potrafili zdefiniować co. Nie byli w stanie wyobrazić sobie, że z dnia na dzień może się okazać, że to, co przez lata robili w dobrej wierze (np. donosili, niesłusznie oskarżali), może się spotkać z potępieniem. Czasy były naprawdę ponure; pierwsze opowiadanie, które wstrząsnęło psychiką mieszkańców ZSRR – „Jeden dzień Iwana Denisowicza” Aleksandra Sołżenicyna – ukazało się dopiero sześć lat po zakończeniu Zjazdu, jego genialna powieść „Oddział chorych na raka” 12 lat po nim, a dzieło życia Sołżenicyna „Archipelag GUŁAG” w 1973 r.; i to za granicą.

Zjazd ostro rozliczył Stalina. „Terror ten był faktycznie skierowany nie przeciwko resztkom rozbitych klas wyzyskiwaczy, lecz przeciwko uczciwym pracownikom partii i państwa radzieckiego, przeciwko którym wysuwano kłamliwe, oszczercze, niedorzeczne oskarżenia o dwulicowość, szpiegostwo, szkodnictwo, przygotowanie zmyślonych zamachów i tym podobne. (…) Bardzo ciężkie następstwa (…) miała także ta okoliczność, że w ciągu lat 1937–1941 wskutek podejrzliwości Stalina unicestwiono na podstawie oszczerczych oskarżeń wielu dowódców wojskowych i pracowników politycznych” – mówił do delegatów Nikita Chruszczow, następca Stalina. Choć jego referat był dla Zjazdu kluczowy – wyznaczał kierunek zmian, był jednocześnie bardzo niewygodny. Został więc objęty najwyższą klauzulą tajności i przekazany (po jednym egzemplarzu) komitetom centralnym bratnich partii. Amerykanie proponowali za niego milion dolarów; bezskutecznie.

Świat dowiedział się o nim za sprawą Polaków. Stało się to 10 kwietnia 1956 r. Wiktor Grajewski był wówczas dziennikarzem Polskiej Agencji Prasowej. Pracował w redakcji zagranicznej i zajmował się współpracą PZPR z innymi partiami socjalistycznymi i komunistycznymi. Pewnego dnia wpadł do Komitetu Centralnego do swojej kochanki, pani zamężnej z polskim wicepremierem, ale i będącej sekretarką pierwszego sekretarza PZPR Edwarda Ochaba. Na jej biurku zobaczył pakiet opatrzony pieczęcią „Ściśle tajne”. Zapytał, co w nim jest. Kiedy usłyszał, że to referat Chruszczowa, zapytał, czy może go zabrać na kilka godzin. Kobieta się zgodziła. Po lekturze Grajewski wiedział, że musi coś zrobić. Udał się do ambasady Izraela w Warszawie i pokazał swoją zdobycz znajomemu dyplomacie*. Ten wykonał kopię dokumentu i przekazał ją do centrali Mossadu. Tydzień później dokument poznał cały świat. Kiedy o referacie rozpisywał się już „zgniły Zachód”, nie było wyjścia: zaczęto go udostępniać mieszkańcom KDL, czyli (dla młodszego pokolenia) Krajów Demokracji Ludowej. Dziennikarz ani jego kochanka nie wzięli za to, co zrobili, ani centa.

Dla obywateli ZSRR potępienie Stalina było czymś niewyobrażalnym. To był przecież ten „czwarty” – obok Marksa, Engelsa i Lenina. Wódz partii. Ojciec narodu. Jeszcze niedawno życie w ZSRR zamarło wraz z jego śmiercią. Ludzie instynktownie wychodzili na ulice, by obejmując się we wspólnym płaczu, dodawać sobie sił. „Co z nami teraz będzie?” – pytano. Była to rozpacz prawdziwa. Nagle, gdy powiedziano: „można”, zaczął znikać jako patron placów, ulic, zakładów pracy, szkół, kół komsomolskich i pionierskich, domów kultury, kołchozów, szpitali. Przestano tworzyć o nim wiersze, śpiewać pieśni. Znikał z pomników, plakatów, sztandarów, banknotów. Ze sklepów i bibliotek wycofywano jego „dzieła”, znikały jego portrety i popiersia. Robotnicy i żołnierze wstydliwie zasłaniali tatuaże z jego wizerunkiem. Tylko w pierwszym roku od wygłoszenia przez Chruszczowa referatu potępiającego Stalina i machinę terroru, jaką stworzył, radzieckie gułagi opuściło 310 tys. więźniów „politycznych”. Odejmując niedziele – około tysiąca dziennie.


Czy kult Stalina można przenieść na grunt współczesnej Polski? Twierdzę, że tak. Oczywiście już słyszę głosy oburzenia, że nie ma mowy, by zrównywać Stalina, kata również naszego narodu, z jakimkolwiek żyjącym współcześnie Polakiem. To prawda i daleki jestem od takich porównań. Mam na myśli kult; kult jednostki. Stalin był dla swoich rodaków (szerzej – obywateli ZSRR) autorytetem moralnym: symbolem skromności, dobrotliwości, uczciwości, oddania innym. Symbolem wiedzy, życiowej mądrości; symbolem poświęcenia i… drogowskazem wyznaczającym swym życiem i postawą kierunek w drodze ku szczęściu. I nagle… przestał nim być. Tak, ludzie przeżywali wówczas najprawdziwszą tragedię, ale sama partia przetrwała jeszcze blisko drugie tyle, ile istniała do XX Zjazdu.

Nie widzicie analogii ze współczesną Polską? Z „duchowym ojcem narodu”, który jeszcze za życia miał w Polsce 230 pomników? Cóż dał Polsce i organizacji, którą za życia kierował? Skrajną obłudę, indoktrynację ideologiczną, zacofanie. Plus kilka „dzieł” literackich oraz scenariuszy sztuk teatralnych, których tytułów nie znam ani ja, ani nikt z moich znajomych… A kolejny kult, który rośnie? Kult bliźniaków i ich rodzicielki? Domy kultury, place, ulice, pomniki…

Trzecia Rzesza miała istnieć 1000 lat, a Związek Radziecki miał być „niezłomny”, wieczny. Dlaczego więc nie burzymy symboli fałszywych kultów? Bo żyjemy w oparach ich powstawania. Od nas jednak zależy, czy ockniemy się i sprawiedliwie ocenimy rzeczywistość. Tylko od nas.

*Dan Raviv, Yossi Melman – „Spies Against Armageddon: Inside Israel’s Secret Wars”.

Facebook Comments
Poprzedni artykułKrwawe walentynki
Następny artykułPedofil w habicie
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).