Przed granicznymi szlabanami w Dorohusku od tygodni koczują Ukraińcy, wśród nich staruszkowie i dzieci. Niektórzy nie wytrzymują i próbują nielegalnie przedostać się na Ukrainę. Zwykle było odwrotnie.

W dobie koronawirusa życie we wsiach leżących nad Bugiem wygląda zupełnie inaczej niż w dużych miastach w centrum Polski.
Ostatni raz w Dorohusku (woj. lubelskie) byłam ponad 10 lat temu. Przyjechałam z kolegą przemytnikiem. Chciałam kupić tańsze fajki, cukierki i dobry ukraiński ketchup. Tak jak wtedy, tak i teraz, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to wszechobecny brud i ciągnąca się kilometrami kolejka tirów. Kierowcy na odprawę czekają od kilku do kilkunastu godzin. Widzę tylko jeden toi toi. Z uwagi na koronawirusa hotel i bar są zamknięte. Nie ma żadnych osobówek. Kiedy podjeżdżam bliżej, widzę to, czego 10 lat temu nie mogłam zobaczyć: kilkudziesięciu ludzi, kłębiących się nieopodal granicznych szlabanów. Są tam, chociaż w Dorohusku nie ma pieszego przejścia.

Sanitarny koszmar

– Teraz na Ukrainie święta, to jest spokojnie. Żeby pani zobaczyła, co tu się działo jak ogłosili zamknięcie granic – mówi mi zza plastikowej ścianki ochronnej ekspedientka ze sklepu przy samym przejściu granicznym. – Tu się nie dało wjechać. Były ich tysiące. Dużo młodych, ale i starsi, nawet malutkie dzieci. Nie mieli wody, toalety były zamknięte, spali pod gołym niebem na bagażach. Człowiekowi nie chciało się do pracy przychodzić. Nie tylko ze strachu, ale z żalu. Raz widziałam, jak im jakieś kobiety z przejścia gorącą herbatę nosiły – opowiada.

Opanowanie sytuacji zajęło celnikom kilka dni. Wyjątkowo odprawiali obywateli Ukrainy w ruchu pieszym. W najgorszym momencie w ciągu doby Polskę opuściło sześć tysięcy osób.

– Celników to nie ma się co czepiać. Niech pani napisze, co im zwierzchnicy kazali robić – zaczepia mnie mężczyzna około czterdziestki. – W ten tłum kazali im z psami wchodzić i narkotyków szukać. Bez maseczek, bez rękawiczek. Bo statystyki ważniejsze niż ludzkie życie – mówi zdenerwowany.

Ludzie na granicy polsko-ukraińskiej widzieli już wiele, ale to, co dzieje się tu w ostatnich dniach, jest dla nich czymś zupełnie nowym.
„Z dość nietypowym zdarzeniem granicznym spotkali się funkcjonariusze Straży Granicznej z Placówki w Dorohusku” – czytamy w komunikacie Dariusza Sienickiego, rzecznika prasowego Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej. „Podczas działań związanych z ochroną granicy państwowej, zaobserwowali osoby, które próbowały na tzw. granicy zielonej, nielegalnie przejść z Polski na Ukrainę.

Funkcjonariusze SG, zatrzymali dwóch mężczyzn, uniemożliwiając im dalszą wędrówkę. Zatrzymanymi okazali się być: 20- i 23-letni obywatele Mołdawii, którzy w rozmowie z funkcjonariuszami przyznali,

iż zamierzali przekroczyć granicę państwa wbrew przepisom. W dobie aktualnych obostrzeń związanych z koronawirusem, Ukraina wprowadziła ograniczenia w ruchu granicznym dla cudzoziemców. Zatrzymani mężczyźni nie byli więc uprawnieni do tego, aby wjechać na terytorium Ukrainy”.

– Nie ma co się im dziwić. Większość albo na czarno pracowała, albo za najniższą krajową. Zostali z niczym. Jednych z całej Polski przywozili opłaceni Polacy, drudzy składali się na jeżdżący wrak i porzucali go, gdy docierali na miejsce. Wszyscy chcieli przekroczyć granicę pieszo, potem strona ukraińska zaczęła przysyłać po nich autobusy – opowiada mężczyzna palący papierosa obok jedynego czynnego kantoru. Nie ma maseczki ani rękawiczek. – Teraz jest ich około setki na dobę. Ci, co tu stoją, nie zmieścili się do busa. Będą tak stali z pięć godzin. A potem następni i następni – mówi.

Na pytanie o koronawirusa zaczyna się śmiać.

– My tu się bardziej o inne choroby boimy. Żadnych toalet tu nie ma. Gdzie ci ludzie, tirowcy, mają załatwiać swoje potrzeby? – pyta retorycznie.

Wirus na wsi

W drodze z Dorohuska do kolejnej gminy leżącej nad rzeką graniczną Bug – Woli Uhruskiej – obserwuję życie we wsiach. Wszystko wygląda tak, jak zawsze. Widać ludzi krzątających się po swoich podwórkach i dzieci. Ktoś maluje dom, tnie drewno, kobiety sieją w ogródkach, na polach pracują maszyny.

W powiecie chełmskim, do którego należy gmina Dorohusk, odnotowano tylko pięć przypadków zarażenia koronawirusem. W sąsiednim, włodawskim, żadnego.

– Na dzień wczorajszy (17 kwietnia) Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna we Włodawie przeprowadziła 36 testów. Z tego co wiem, również w szpitalu przeprowadzono około dziesięciu. 92 osoby objęte są kwarantanną domową. Nie ma stwierdzonych zakażeń i osób skierowanych do szpitala – mówi „FiM” dyrektor włodawskiego sanepidu Mariusz Januszko.

Dane te zdają się uspokajać mieszkańców wsi położonych na granicy z Ukrainą.

– Większość oczywiście stosuje się do zakazów i nakazów. Tu wszyscy się znają, wiedzą, kto jeździ za granicę do pracy, kto jeździ tirem. Jakby się ktoś nie stosował, to ludzie zaraz by go do porządku przywołali – mówi młoda mieszkanka Świerż. – Ale nie brakuje cwaniaków. Sporo się słyszy, że objęci kwarantanną z Rudy Huty przyjeżdżają do Biedronki do Dorohuska na zakupy. Ci od nas jadą do Woli Uhruskiej, a tamci do Hańska, tam gdzie nikt ich nie zna.

Większy strach wydaje się panować wśród starszych ludzi.

– Niedawno pierwszą grupę renty dostałam. Dobrze mi się teraz wiedzie. Człowiek pożyłby jeszcze – śmieje się około 80-letnia kobieta, siedząca na ławeczce przy swoim domu w Siedliszczu. – Do kościoła nie chodzę. Strach.

– Słyszałam, że ksiądz esemesy wysyłał do ludzi, żeby przychodzili do kościoła. Ostatnio nawet kazał, żeby ktoś po domach chodził i ofiary zbierał, ale nikt się nie zgodził. Jeszcze niedawno notorycznie łamał ograniczenie pięciu osób w kościele. Aż chciało się po policję zadzwonić, ale co człowiek będzie we własne gniazdo srał? Ludzie sami zobaczyli, że ich za dużo i przestali chodzić – opowiada mieszkaniec Uhruska.

Prawdziwe problemy

– W tym roku trzeba większy ogród posiać. Susza straszna idzie. Wszystko będzie drogie… Tylko jak ten ogród utrzymać? – zastanawia się kobieta pracująca w ogrodzie nieopodal drogi. – Ziemia przesuszona, a do tego ten wiatr – wzdycha.

– Sucha ziemia, wokół pola. To było jak burza piaskowa. Nie można było normalnie oddychać. A po kilku minutach na dworze w ustach czuć było piasek…

– To pewnie stąd ten pożar w Dorohusku…

– I w Wereszczynie. Cztery jednostki przez pół nocy gasiły. Tyle się mówi, a ludzie dalej trawy wypalają… – dyskutują w odległości dwóch metrów klienci sklepu.

Nie tylko susza zaprząta głowy mieszkańców nadbużańskich wsi.

– Nie ma Ukraińców, to i fajek nie ma. Paliwa też nie ma. Zawsze parę groszy można było oszczędzić. A od 1 maja zakaz smakowych wprowadzają. Co to robić będziem? – zastanawiają się.

Przemycone z Ukrainy papierosy kosztowały 7–8 zł (polskie 12–15 zł). Paliwo ukraińskie 4 zł za litr.

– Gdyby nie oszczędności, nie byłoby z czego żyć – mówi mężczyzna, pod którego domem zawsze stały samochody na ukraińskich blachach. Dziś nie ma ani jednego.

– Jak Ukraińca brak, to dopiero czuć, jakie my bratanki – śmieje się.

Facebook Comments
Poprzedni artykułNienawidzę waszych świąt
Następny artykułMiędzy nami LEWAKAMI (11)
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).