Na przestrzeni lat stanowisko hierarchów Kościoła w kwestii powojennej partyzantki obróciło się o 180 stopni: od jednoznacznego potępienia aż po uwielbienie.

Współczesna propaganda polityczno-pseudohistoryczna Instytutu Pamięci Narodowej skutecznie wbiła do głowy całemu pokoleniu Polaków hagiograficzne opowiastki. Prawicowi ideolodzy w swoich opracowaniach pomijają fakt potępienia podziemia przez całą rzeszę ówcześnie żyjących. Negatywnie nastawieni do partyzantki byli nie tylko komunistyczni kacykowie, ale również masy chłopskie, którym część „wyklętych” chciała odebrać ziemię pochodzącą z reformy rolnej. Przeciwnikami zbrojnego oporu byli także: wielkomiejska inteligencja, rząd londyński, politycy opozycji i… hierarchowie Kościoła katolickiego.

Precz z podziemiem!

Najbardziej znanym aktem wrogości Kościoła kat. względem „wyklętych” było słynne Porozumienie Państwo – Kościół z 14 kwietnia 1950 r. Umowa, najogólniej ujmując, regulowała działalność Kościoła w socjalistycznej Polsce. Inicjatorem „zawieszenia broni” był prymas Stefan Wyszyński, a treść umowy została poparta przez zdecydowaną większość członków Episkopatu. Jedynym przeciwnikiem porozumienia był znany z dogmatycznego antykomunizmu biskup kielecki Czesław Kaczmarek. Jeden z punktów kwietniowego porozumienia został w całości poświęcony krytyce podziemia niepodległościowego. „Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej” – zakomunikowano w punkcie ósmym dokumentu.
Bandy podziemne to oczywiście oddziały składające się z partyzantów, zwanych w komunistycznej propagandzie „zaplutymi karłami” lub „reakcjonistami”, a we współczesnej nowomowie „żołnierzami niezłomnymi”. Omówienie kontrowersyjnego punktu umowy jest dla współczesnych publicystów i historyków twardym orzechem do zgryzienia. Znany ze skrajnie prawicowych poglądów Leszek Żebrowski próbował wytłumaczyć prawicowym lemingom, że wspomniany tekst wcale nie odnosi się do antykomunistycznych oddziałów, a jedynie do band stricte kryminalnych, jakich w ówczesnej Polsce nie brakowało. Tak pogmatwana retoryka mogła narodzić się tylko w umyśle wieloletniego publicysty „Naszego Dziennika” i „Gazety Polskiej”. Inni prawicowi dziennikarze przyznają, że Kościół potępił „wyklętych”, ale zrobił to przyciśnięty do muru przez komunistów. To też nie jest prawda. Prymas tysiąclecia nigdy nie przyznał bowiem, że umowa z władzami PRL została zawarta pod przymusem. Nader często przywoływany jest fakt skrytykowania porozumienia przez Piusa XII, który uważał, że jest ono nazbyt ugodowe względem rządu. Nic nie wskazuje jednak na to, aby biskup Rzymu miał obiekcje do fragmentu poświęconego uczestnikom rebelii. Stosunek papiestwa do polskich zrywów jest powszechnie znany: poprzednicy Piusa XII potępili powstania listopadowe i styczniowe.

Mordy w imię Boga

O ile kościelni liderzy byli przeciwni walce zbrojnej, to zgoła odmiennie kreowały się postawy „szeregowych” księży. Niektórzy, szczególnie we wschodniej Polsce, na Mazowszu i w Małopolsce, popierali zbrojną walkę z komunistami. 27 maja 1945 r. ksiądz z Jedwabnego poprowadził pogrzeb Jana Kościelewskiego, zabitego członka poakowskiego podziemia. Według raportów Urzędu Bezpieczeństwa pogrzeb przekształcił się w demonstrację z udziałem tysiąca osób, w tym bojowców antykomunistycznej Armii Krajowej Obywatelskiej. Ten sam ksiądz miał odmówić udziału w pogrzebach zabitych funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej.
W czerwcu 1945 r. „wyklęci” z 5. Brygady Wileńskiej AK majora Zygmunta „Łupaszki” Szendzielarza uczestniczyli w mszach i spotkaniach parafialnych w podlaskich miejscowościach, takich jak Wyszki oraz Topczewo. Udział w nabożeństwach był uzgodniony z tamtejszymi księżmi, a przebieg mszy dopasowano do obecności „niezłomnych”. Może to dziwić, a nawet szokować, bo część podkomendnych „Łupaszki” odpowiadała za zbrodnię wojenną. Jednym z dokonań żołnierzy majora była rzeź we wsi Dubinki, gdzie akowcy zabili od 21 do 27 cywilnych mieszkańców, w tym kobiety i dzieci. Zamordowani zawinili wyłącznie tym, że byli narodowości litewskiej.
Z gościnności księży katolickich korzystały też grupy pod dowództwem podporucznika Kazimierza „Rekina” Chmielowskiego z 3. Brygady Wileńskiej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. „Rekin” gościł w podlaskich parafiach w grudniu 1945 r. Jednym z miejsc postoju oddziału była kościelna wieś Nowe Chlebiotki. Chmielowski walczył pod dowództwem wspomnianego wcześniej „Łupaszki” oraz Romualda „Burego” Rajsa, bodaj najbardziej kontrowersyjnej postaci powojennego podziemia. Rajs, odpowiedzialny za zbrodnie w Puchałach Starych, wsiach Zanie i Szpaki oraz w Zaleszanach, jest potępiany nawet przez część prawicy. Zdaniem IPN, niektóre akcje „Burego” noszą znamiona ludobójstwa. Nie wiadomo, czy „Rekin” uczestniczył w tych działaniach, wiadomo jednak, że Rajs oskarżył go o udział w pacyfikacjach wsi prawosławnych na Podlasiu i mord na funkcjonariuszach bezpieki pojmanych pod Borowem (nie można wykluczyć, że Rajs skłamał, chcąc ratować własną skórę).
Równie antykomunistyczne stanowisko przyjęło duchowieństwo z okolic Suwałk. We wrześniu 1946 r. we wsi Żyliny, gdzie działały jednostki organizacji Wolność i Niezawisłość, ksiądz miał zachęcać: „Bijcie PPR-owców, a grzechu mieć nie będziecie”.

Elastyczny kler

Bodaj najwyższym rangą duchownym oskarżonym przez UB o popieranie „wyklętych” był bp Stanisław Kostka Łukomski, kapłan znany z sympatii do Narodowej Demokracji. W poglądach nie był dość… elastyczny. W 1947 r. potępił podziemie za sprawą morderstwa dokonanego w Zawadach. Antykomunistyczni powstańcy zabili wtedy trzy osoby, w tym starostę łomżyńskiego i jego kierowcę. Zdarzenie opisała prof. Krystyna Kersten w książce „Narodziny systemu władzy. Polska 1943–1948”.
Biskup Łukomski nie był jedyny. Zbrodnie „wyklętych” były napiętnowane przez innych duszpasterzy. W Sokółce 23 kwietnia 1946 r. ks. Stanisław Fiedorczuk potępił „leśnych” z Narodowych Sił Zbrojnych i określił ich mianem „bandytów”. Fiedorczuk wezwał również do zakończenia starć, które – jego zdaniem – miały bratobójczy charakter. Nieprzejednany wobec buntowników był również proboszcz ze wsi Trzcianne. „Ja dla nich nie mam święconej i wody i nigdy nie pozwolę, ażeby bandyci byli pochowani na cmentarzu. Oni z granatami i bronią chodzili rabować ludność, która po całodziennej pracy chce mieć wytchnienie, za to im Bóg zapłacił” – mówił proboszcz o żołnierzach miejscowego podziemia. Pod koniec kwietnia 1950 r. kilkudziesięciu księży na wyraźne życzenie władz odczytało w czasie mszy kazania potępiające „wyklętych”. Niektórzy wcześniej byli posądzani przez UB o kontakty z partyzantami. W akcjach przeciwko podziemiu uczestniczyli oczywiście tzw. księża patrioci (choć były wyjątki).

Duchowni wyklęci

Nie brakowało księży, którzy niemal jawnie zasilili szeregi „band podziemia”. Na prawicy wielką sławą owiany jest ks. Władysław Gurgacz, duszpasterz Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej (niektóre źródła wskazują na służbę w Ruchu Oporu Armii Krajowej). Kapłan został 2 lipca 1949 r. aresztowany przez ubeków i osadzony w więzieniu przy ul. Montelupich w Krakowie. Kilka miesięcy później został rozstrzelany.
Innym księdzem zaangażowanym w działalność podziemia był Florian Zając, nazywany „Kapłanem Niezłomnym”. Proboszcz w Bączalu Dolnym (woj. podkarpackie) w czasach okupacji hitlerowskiej był związany z endecką Narodową Organizacją Wojskową i AK. Gdy na tereny te wkroczyła Armia Czerwona, Zając kontynuował konspirację i pomagał osobom ściganym przez UB i NKWD. W czerwcu 1948 r. proboszcz został aresztowany i oskarżony o wspieranie organizacji antypaństwowych. We wrześniu tego samego roku Wojskowy Sąd Rejonowy skazał go na dożywocie, wyrok skrócono następnie do 15 lat.
Pobyt w więzieniu za pomoc rebeliantom zaliczyli również ks. Zygmunt Poniatowski z Bargłowa oraz ks. Aleksander Drozd. Zarówno ks. Zając, ks. Poniatowski, ks. Drozd, jak i ks. Gurgacz – według ówczesnych biskupów – zasłużyli na „konsekwencje kanoniczne” i „potępienie”. Podobnych przypadków w skali kraju było znacznie więcej. Co ciekawe, Kościół nigdy nie wycofał się z punktu ósmego opisanego wcześniej porozumienia.

Katolicy przeciw bandom

Legalnie działający ruch świeckich katolików popierał stanowisko Episkopatu. Przeciwko podziemiu antykomunistycznemu występowali zarówno narodowcy spod znaku PAX, jak i umiarkowani w swych sądach działacze. Krytykami oporu w ruchu narodowo-katolickim byli m.in. Bolesław Piasecki, Władysław Grabski, Stanisław Kozicki, Zygmunt Przetakiewicz i Adam Doboszyński. Wszyscy wymienieni uważali, że prowadzenie wojny partyzanckiej mija się z celem, a wyczekiwana przez „niezłomnych” III wojna światowa (ZSRR kontra Zachód) nigdy nie będzie miała miejsca.
W 1952 r. PAX wydał głośną broszurę „Wróg pozostał ten sam”, w której grupa działaczy chrześcijańskich i księży wypowiedziała się m.in. przeciwko działalności „band reakcyjnego podziemia”. Współautorami broszurki byli Z. Przetakiewicz i Tadeusz Mazowiecki, co zresztą w minionych latach było brutalnie wykorzystywane przez skrajną prawicę w atakach na tego wybitnego męża stanu i byłego premiera. Niezależnie od ocen, tzw. postępowi katolicy mieli duży udział w uratowaniu przed represjami grona działaczy narodowych i antykomunistycznych.

Początki mitu

O podziemiu antykomunistycznym milczano do lat 80. Po zniesieniu stanu wojennego pamięć o uczestnikach walk z komunistami pielęgnowały najbardziej skrajne organizacje opozycji. Podziemie było dla nich wzorem nieprzejednanej antyrządowej postawy. Te same ugrupowania niosły „wyklętych” na swoich sztandarach po transformacji ustrojowej. W połowie lat 90. pamięć o „leśnych” na stałe weszła do mainstreamu. W 1995 r. nakręcono głośny film dokumentalny pt. „Zwycięstwo” w reżyserii Aliny Czerniakowskiej, w którym przybliżono widzom skróconą wersję Polski po 1945 r. W produkcji wykorzystano materiały Ligi Republikańskiej – antylewicowej organizacji, która jako pierwsza użyła terminu „żołnierze wyklęci” (1993 r.).
Ks. Józef Tischner był jednym z pierwszych kapłanów przypominających wiernym o ruchu oporu. Idolem ks. Tischnera był porucznik Józef Kuraś, pseudonim Ogień. W 1995 r. na mszy w Waksmundzie kapłan po raz pierwszy publicznie stanął w obronie „niezłomnych”. Podziemie antykomunistyczne było także tematem artykułów księdza, publikowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Tygodnika Podhalańskiego” i „Znaku”. „Myślę, że zasłużył na pomnik. Tragiczny pomnik bohatera wojennego, który symbolizuje jakąś część polskich losów w czasie wojny i po wojnie. W tej postaci zogniskowała się historia pewnego pokolenia” – mówił o Kurasiu w wywiadzie opublikowanym przez „Nową Trybunę Opolską”. Pomnik Kurasia odsłonięto w Zakopanem w 2006 r. Tablica upamiętniająca porucznika od lat widnieje również w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie.
Stali czytelnicy „FiM” z pewnością znają czarne karty z życiorysu Kurasia, które warto jednak odświeżyć. Oficer podziemnej armii według części źródeł był antysemitą, mordującym ocalałych z Holocaustu Żydów. Pojawiają się także relacje mówiące o atakach na mniejszość słowacką i zwykłych aktach bandytyzmu w wykonaniu podkomendnych „Ognia”. Sam fakt służby w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego wzbudza olbrzymie kontrowersje (był szefem PUBP w Nowym Targu), co jednak nie zniechęciło ks. Tischnera od wystawiania mu laurek.

Popyt na „bohaterów”

Po 2015 r., wraz z ogólnonarodową celebrą „wyklętych”, do kultu podłączyli się kościelni hierarchowie. W listopadzie 2017 r. podziemie chwalone było przez abp. Marka Jędraszewskiego. W jednej z homilii duchowny mówił, że partyzanci zostali wyklęci przez „okrutny, komunistyczny i ateistyczny system” (porównanie komunizmu i ateizmu to dla wielu księży norma). Innym razem mówił, że „jesteśmy duchowymi spadkobiercami żołnierzy niezłomnych”. 1 marca 2018 r. o podziemiu przypomniał abp Wacław Depo: – II wojna światowa i czasy powojenne rozbiły naszą polską osobowość. Uwierzono w walkę klas i szklane domy, sprawiedliwość społeczną, Front Jedności Narodu, sprzeniewierzając się etyce i wierze w prawdziwego Boga. Uwierzono po raz kolejny, że odchodzenie od korzeni polskości związanej z krzyżem i Ewangelią nie jest złem, tylko znakiem czasów i realizmu międzynarodowego. Dziś znowu możemy usłyszeć to samo. Zagubiliśmy się w wolności – zrównywał czasy stalinowskie ze współczesnością metropolita częstochowski. Z miłości do antykomunistów znany jest też abp metropolita szczecińsko-kamieński Andrzej Dzięga.
Przemowy arcybiskupów są jednak niczym przy buńczucznych deklaracjach bp. Piotra Libery. „Wkraczacie tu dzisiaj, bo macie do tego święte prawo, bo jesteście rycerzom Krzywoustego podobni. Bo nie byliście żadną bandą, jak was nazywali zdrajcy, jeno ostatnimi rycerzami Rzeczypospolitej, rycerzami stąd, z mazowieckich miast i wsi” – mówił w marcu 2018 r., odwołując się do żołnierzy podziemia. W dalszej części wypowiedzi biskup określił „wyklętych” mianem „Ostatnich Rycerzy Korony Polskiej”. Imiennik Libery, biskup Greger w maju 2017 r. nazwał antykomunistów walczących „sumieniem narodu”. W podobnym tonie wypowiadał się sędziwy biskup świdnicki Ignacy Dec, znany z krytyki feministek, in vitro, parad równości i sympatii do rządzącej obecnie partii. Pokrewnych wypowiedzi są setki.
Z retoryki części duchownych można odnieść wrażenie, że „wyklęci” nie walczyli z dyktatorskim reżimem, a jedynie przeciwko ateizmowi i w imię Boga. Biskupi najchętniej widzieliby w „wyklętych” polską wersję cristeros (meksykańscy powstańcy chrześcijańscy z okresu wojny domowej lat 1926–1929 – przyp. red.), podczas gdy program niektórych organizacji podziemia (np. WiN) był lewicujący.
W tej pogmatwanej wykładni wszyscy zapomnieli o punkcie ósmym Porozumienia Państwo – Kościół z 1950 r. W niebyt odeszły też informacje o makabrycznych zbrodniach, których dopuścili się niektórzy określani dziś mianem bohaterów. Społeczeństwo cierpi na zbiorową amnezję, która nie ominęła Episkopatu. „Żołnierze wyklęci” zasługują na szacunek, ale należy oddzielić ziarno od plew – prawdziwych bohaterów (m.in. Pilecki, Pajdak, Pużak) od złoczyńców (Szendzielarz, Rajs, Kuraś, niektórzy dowódcy NSZ). Tylko w ten sposób zwrócimy należny honor ofiarom polskiego stalinizmu i uczestnikom bratobójczych walk okresu
powojennego.

Przydatnym źródłem przy pisaniu artykułu była praca „Kościół katolicki w województwie białostockim wobec podziemia antykomunistycznego w latach 1945–1953” autorstwa dr. hab. Krzysztofa Sychowicza. Została ona opracowana na podstawie materiałów źródłowych i jest napisana w niezwykle bezstronny sposób.

Największe zbrodnie podziemia:
  • Dubinki (23.06.1944 r.) Od 21 do 27 zabitych cywilów pochodzenia litewskiego. Sprawca: 5. Wileńska Brygada AK pod dowództwem Zygmunta Szendzielarza, pseudonim Łupaszko.
  • Zaleszany (29.01.1946) 16 zamordowanych prawosławnych cywilów. Sprawca: Pogotowie Akcji Specjalnej NZW pod dowództwem Romualda Rajsa, pseudonim Bury.
  • Puchały Stare (31.01.1946) Mord na 30 prawosławnych chłopach. Sprawca: PAS NZW „Burego”.
  • Zanie, Szpaki i Końcowizna (1–02.02.1946) 31  cywilnych ofiar. Sprawca: PAS NZW „Burego”.
  • Działania oddziału Józefa Kurasia, pseudonim Ogień, który według informacji podanych w 1990 r. przez nowotarską sekcję Światowego Związku Żołnierzy AK miał na sumieniu 430 ofiar.
Facebook Comments
Poprzedni artykułSynod hańby
Następny artykułPrzewał „na brata”
Norman Tabor
Urodziłem się w 1996 roku. Pochodzę z Wybrzeża i przez całe życie mieszkam w województwie zachodniopomorskim. Obecnie kończę studia licencjackie na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Szczecińskiego. (Głęboko wierzy w to, że zdoła poprawić świat, ale młody wiek usprawiedliwia tę naiwność - przy. red.).