– Ale łacina. Jedzie profesjonalnie z tym koksem. – Roman spod 16 z uznaniem pokiwał głową.
– Oby nic mu się nie stało. Gdzie ci strażacy? Czekamy już pół godziny – denerwowała się pani Irena z kiosku.
– I jeszcze ciemno jak w…
Staliśmy wokół niezabezpieczonego, głębokiego wykopu, z którego dochodziły złorzeczenia, bluzgi i przekleństwa najlepszego sortu. Delikwent był fachowcem w tej materii.
– Pani się nie boi – pan Zenek z parkingu dłubał palcem w uchu. – Złego diabli nie wezmą.
– Skąd pan wie, że on zły? Każdy w takiej sytuacji straciłby panowanie nad sobą – fuknęła pani Irena.
– Szła sobie, zagapiła się w pornografię przez telefon, to i wpadła menda do dołu. Tfu! – splunął w czarną otchłań Zenek. – Ja w takiej sytuacji na pewno nigdy nie będę. Nie mam w zwyczaju śledzić zmagań dwóch wąsaczy, którzy… fuj! – z obrzydzeniem wskazał na leżący w błocie przedmiot.
Faktycznie. Obok rowu leżał telefon, który nadal wyświetlał fascynującą historię dwóch pastuszków, konia i owcy.
Pani Irena splunęła w ślad za plwociną pana Zenka.
W końcu przyjechała straż pożarna i wyciągnęła z dołu umorusanego ojca Oktana, proboszcza naszej parafii.
Widzowie nagle rozpierzchli się do swych zajęć, a ja kolejny raz pochyliłem się nad mądrością prostego człowieka.
Miał rację pan Zenek: złego diabli nie wezmą.

Facebook Comments