– Czuję się oszukana i bezradna – mówi pani Halina Dziurawiec, była kościelna parafii w Katowicach-Szopienicach, która po 30 latach pracy została z głodową emeryturą. Teraz ma również opuścić służbowe mieszkanie.

Państwo Halina i Edward Dziurawcowie od 20 lat mieszkają w 58-metrowym mieszkaniu służbowym, należącym do parafii ewangelicko-augsburskiej Zbawiciela przy ul. Bednorza 18 w Katowicach-Szopienicach. W dniu, kiedy się spotykamy, mija ostateczny termin, do którego małżeństwo powinno opuścić swój dom. Tak wynika z „Przedsądowego wezwania do opuszczenia lokalu”, jakie otrzymali od pełnomocnika parafii.
– Siedzimy tu jak na rozżarzonych węglach. Po nocach nie śpimy. Chcielibyśmy stąd odejść, zakończyć ten rozdział raz na zawsze, ale nie mamy dokąd – mówi przez łzy Halina Dziurawiec, w 2016 r. postanowiła przejść na emeryturę. Wtedy okazało się, że szopienicka parafia, w której przez 17 lat na stanowisku kościelnej pracowała pani Halina, nie zapłaciła za nią ani jednej składki do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Kobieta otrzymuje tylko 571 zł emerytury, ponieważ ZUS uwzględnił jedynie 13 lat pracy, którą wykonywała, zanim została kościelną.
– Do kościoła przestaliśmy chodzić. Nie możemy słuchać, jak ksiądz na kazaniach o rzetelności i uczciwości mówi. Szkoda, że w swoim życiu tego nie stosuje. Czuję się oszukana i bezradna – mówi załamana.
Tymczasem polscy luteranie nie widzą żadnej swojej winy. W tym przekonaniu utwierdził ich Sąd Apelacyjny, który unieważnił korzystną dla byłej kościelnej decyzję ZUS i Sądu Okręgowego w tej sprawie.
„Pani Dziurawiec nigdy nie była pracownicą parafii i miała wiedzę na ten temat. Nigdy ani proboszcz, ani ona, ani jej mąż, ani żaden członek Rady Parafialnej nie uważał, że z parafią łączy panią Dziurawiec jakikolwiek stosunek prawny, który można byłoby nazwać umową o pracę albo umową zlecenia” – twierdzi w piśmie przesłanym „FiM” Agnieszka Godfrejów-Tarnogórska, rzecznik Kościoła ewangelicko-augsburskiego w RP. „Jedyne co łączyło panią Dziurawiec z parafią, to okoliczność, w której za mieszkanie, które zajmowała ze swoją rodziną w budynku parafialnym, spełniała posługę kościelnego. Nie otrzymywała za to żadnych pieniędzy, miała wyłącznie prawo mieszkać w mieszkaniu parafialnym” – dodaje rzeczniczka.

Posługa, nie praca

Pani Halina pracę w parafii w Szopienicach rozpoczęła 10 września 1999 r. Na dowód tego wręcza mi „Umowę o pełnieniu obowiązków kościelnego”, pod która widnieje podpis pani Haliny, jej męża Edwarda oraz proboszcza parafii ks. Adama Maliny, który (jak w każdej parafii ewangelicko-augsburskiej) z urzędu jest członkiem rady parafialnej.
– W tej umowie wymieniono szeroki zakres obowiązków, które od tej pory miały do mnie należeć. Wszystkie przez kolejne lata wypełniałam sumiennie – zaczyna swoją historię 65-latka.
Było tego sporo: utrzymanie czystości nie tylko w kościele, ale i budynku parafialnym, salce katechetycznej i parafialnej, kancelarii, korytarzach, klatce schodowej, strychu, toalecie, kaplicy, a także na terenie należącym do kościoła. Z zapisów umowy wynika, że do pani Haliny należało również ogrzewanie, dbanie o stan zieleni znajdującej się na terenie parafii, koszenie, przycinanie żywopłotów i odśnieżanie. Kobieta musiała również przygotowywać kościół do nabożeństw i kaplicę do odprawiana pogrzebów.
– Często pomagali mi mąż i córki, bo sama nie dawałam rady – wspomina była kościelna. – Tyle lat człowiek dawał z siebie wszystko, a teraz ksiądz, jak nas widzi, to głowę odwraca. Straż miejską i dzielnicowego nasyła. Ostatnio dlatego, że ziarno ptakom wysypałam. Jego dzieci nawet „dzień dobry” nie mówią, jak nas na klatce schodowej mijają. Te same dzieci, których 19 lat temu, kiedy rodził się najmłodszy syn księdza, pilnowałam – dodaje ze smutkiem.
Stosunki między proboszczem ks. Adamem Maliną jako zarządcą parafii a państwem Dziurawcami zaczęły psuć się już w 2012 r. Konflikt rozgorzał na dobre cztery lata później, kiedy pani Halina zaczęła starać się o emeryturę.
– Poprosiłam księdza o świadectwo pracy. Nie dostałam go. Mimo to we wniosku do ZUS wpisałam, gdzie pracowałam przez ostatnie 17 lat i dołączyłam tę moją umowę. Tak zaczęło się dochodzenie – relacjonuje i podsuwa mi dokumenty.
W decyzji nr 772, wydanej przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych Oddział w Chorzowie, czytamy:
(…) „W opinii Oddziału omawiana umowa o pełnienie funkcji kościelnego jest umową o świadczenie usług, do której zgodnie z art. 750 Kodeksu Cywilnego stosuje się przepisy dotyczące (umowy) zlecenia. W związku z tym, że w zamian za pełnienie obowiązków kościelnego Pani Halina Dziurawiec uzyskuje przychód w postaci nieodpłatnych świadczeń, umowy tej nie można traktować jako działalności typu wolontariat. W konsekwencji umowa ta powinna rodzić obowiązek ubezpieczeń społecznych. Ponieważ w umowie nie określono odpłatności za jej wykonanie kwotowo, w kwotowej stawce godzinowej lub akordowej albo prowizyjnej podstawę wymiaru składek powinna stanowić kwota minimalnego wynagrodzenia”.
W tym samym piśmie ZUS wyliczył, że parafia zalega ze składkami na ponad 216 tys. zł, które musi zapłacić. Decyzję tę 13 lutego 2018 r. podtrzymał Sąd Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Okręgowego w Katowicach. Ten wyrok pozwoliłoby pani Halinie złożyć wniosek w ZUS o ponowne przeliczenie jej emerytury i bez wątpienia mogłaby liczyć na wyższe świadczenie niż to, które otrzymuje teraz. Niestety, szopienicka parafia postanowiła odwołać się i sprawa trafiła do Sądu Apelacyjnego.
„Pani Dziurawiec nigdy nie była zgłoszona do ZUS, nigdy nie były opłacane za nią składki, nigdy nie otrzymywała żadnych deklaracji podatkowych do Urzędu Skarbowego. Dodatkowo sama również nigdy nie żądała z tego powodu od parafii żadnych deklaracji podatkowych, czy informacji z ubezpieczenia społecznego. Zawsze i w każdym czasie akceptowała taki stan i, szczególnie na początku, była wdzięczna parafii, iż parafia przyjęła ją i jej rodzinę w trudnej sytuacji. (…) Taki stan prawny został ustalony w postępowaniu sądowym. Postępowanie podjęte przez ZUS zakończyło się ostatecznie wyrokiem Sądu Apelacyjnego, który jednoznacznie podzielił w tej sprawie argumenty parafii” – informuje rzeczniczka Kościoła.
14 marca br. w Sądzie Apelacyjnym w Katowicach odbyła się ostatnia rozprawa w tej sprawie.
– Sędzia w ogóle nie zwracała na nas uwagi. Sprawiała wrażenie, jakby chciała klęknąć przed księdzem. Powiedziała, że przegraliśmy i nawet nie odczytała wyroku. Powiedziała, że jak dostaniemy postanowienie sądu, wtedy ewentualnie będziemy mogli starać się o kasację w Sądzie Najwyższym. Już po kilku dniach złożyliśmy wniosek o wydanie wyroku z uzasadnieniem, jednak niczego nie dostaliśmy. W maju zrobiliśmy to samo. Do dziś nic – żali się pan Edward.
Jak informuje Aleksandra Janas, rzecznik ds. cywilnych Sądu Apelacyjnego w Katowicach, państwo Dziurawcowie otrzymają odpis wyroku w ciągu najbliższych kilku dni.
– Pani Halina Dziurawiec, jako osoba zainteresowana, wystąpiła o doręczenie odpisu tego wyroku z uzasadnieniem. Uzasadnienie zostało już sporządzone i aktualnie jest przetwarzane w sekretariacie Wydziału III (projekt uzasadnienia sporządza sędzia referent, a następnie podlega on akceptacji przez pozostałych członków składu) – tłumaczy rzeczniczka sądu.

Ufałam i bałam się…

– Jak do tego wszystkiego doszło? Dlaczego nigdy nie zasięgnęliście porady prawnika? – zasypuję małżeństwo pytaniami.
– Zaufaliśmy mu – odpowiada pani Halina. – Bo czemu ksiądz miałby kłamać? – pyta, patrząc mi głęboko w oczy, tak jakby teraz to ona oczekiwała odpowiedzi ode mnie.
Ks. dr Adam Malina jest proboszczem nie tylko w szopienickiej parafii. Służbę duszpasterską pełni jeszcze w ewangelickich parafiach w Hołdunowie, Mysłowicach i w Sosnowcu. W 2017 r. został wybrany na prezesa Synodu Kościoła XIV kadencji. Jest przewodniczącym Redakcji Programów Religijnych Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego oraz przewodniczy Komisji Mediów Polskiej Rady Ekumenicznej. Jest także przewodniczącym Zarządu Oddziału Krajowego Światowej Federacji Luterańskiej oraz redaktorem naczelnym portalu Luteranie.pl.
– Pamiętam, jak po około pięciu latach pracy zapytaliśmy pierwszy raz księdza o PIT-y. Powiedział, że nam się nie należy. Zaczął dociekać, skąd my w ogóle wiemy, że jakieś pity powinniśmy dostawać. Potem rok w rok pytaliśmy o to samo. Ksiądz albo mówił, że nic się nie należy, albo że wszystko jest dobrze, żeby się nie martwić. Mawiał też, że „znajdą się ludzie” na moje miejsce, rozumie pani? – denerwuje się kobieta. – Myśmy się bali, że nas wyrzuci. Nie chcieliśmy zatargów. Do tego mieliśmy długi – wyjaśnia.
Z kolei proboszcz Malina utrzymuje, że temat składek ZUS nie był nigdy poruszany przez panią Dziurawiec. Dlatego nigdy nie miał on powodu, aby zapewniać panią Dziurawiec, że wszystko względem ZUS jest w porządku.
– Czego człowiek był taki głupi, ludzi nie zapytał, tylko wierzył jak cielę… – zastanawia się głośno pan Edward. – Zanim zamieszkaliśmy na parafii, mieliśmy mieszkanie kolejowe w Mysłowicach, 118 metrów. To były lata 90., a czynsz wynosił, jak dobrze pamiętam, 1 800 zł. Nas nie było na to stać! Do Częstochowy, do Warszawy jeździliśmy, żeby nam zamienili to mieszkanie na mniejsze, ale zawsze odprawiali nas z kwitkiem – opowiada pan Edward. – Bardzo się wtedy zadłużyliśmy. Kiedy usłyszeliśmy o tej pracy kościelnego ze służbowym mieszkaniem, to było dla nas jak dar z niebios. Dar, który teraz okazuje się utrapieniem – załamuje ręce mężczyzna.

Wezwanie

(…) „Wzywam Państwa do opuszczenie i wydania lokalu w terminie 14 dni liczonych od daty otrzymania niniejszego pisma. (…) Państwa umowa najmu została wypowiedziana w związku z czym nie mają państwo żadnego tytułu prawnego do zajmowania w/w nieruchomości. Jest to wezwanie ostateczne. Po upływie tego terminu będę zmuszony podjąć kolejne kroki postępowania, a mianowicie skierować sprawę do sądu…” – czytamy w piśmie z kancelarii prawnej radcy prawnego Andrzeja Kijaka, reprezentującego parafię.
Jak zapewnia rzeczniczka luteranów, „sprawa mieszkania służbowego nie ma związku z wyrokiem Sądu Apelacyjnego”. Twierdzi, że wolę zakończenia wszelkich relacji z państwem Dziurawcami parafia wyraziła już w styczniu 2012 r., rozwiązując umowę o pełnieniu obowiązków kościelnego i wzywając ich do opuszczenia zajmowanego lokalu.
„Od tego czasu parafia wielokrotnie wręczała wezwania do opuszczenia lokalu mieszkalnego. Niestety, były to działania nieskuteczne. Parafia starała się również pomóc państwu Dziurawiec w uzyskaniu przez nich lokalu mieszkalnego z zasobów miasta Katowice. Popierano ich wnioski składane do miasta, wyjaśniano ich skomplikowaną sytuację. Ponieważ parafia z przyczyn humanitarnych nie zdecydowała się na wszczęcie procedury eksmisyjnej, a państwo Dziurawiec przebywali w mieszkaniu do niej należącym, miasto nie miało możliwości udzielenia im pomocy. Dnia 28 maja 2016 roku parafia postanowiła zakończyć wszelkie możliwe relacje, ponownie wezwano p. Dziurawców do opuszczenia lokalu. Jednocześnie wyznaczono wysokość opłaty z tytułu zajmowania lokalu bez tytułu prawnego oraz wskazano na konieczność ponoszenia kosztów za zużyte media. Efekt podjętych działań był negatywny. Państwo Dziurawiec odmówili opuszczenia mieszkania i regulowania wszelkich kwot za zajmowany lokal. Od 2016 roku nie uregulowali żadnej kwoty za zajmowany lokal, ani za media, w tym za ogrzewanie lokalu, gaz, za śmieci” – przekonuje Agnieszka Godfrejów-Tarnogórska.

Pani Halina odpiera zarzuty

– Od kiedy tu mieszkamy, płacimy za wszystkie media. Chociaż w umowie było zapisane, że koszty zużytego gazu, wody, śmieci, a nawet telefonu pokrywa parafia – denerwuje się kobieta.
Zgodnie z prawem, w ostatnim piśmie nakazującym opuszczenie mieszkania wskazano państwu Dziurawcom mieszkanie zastępcze.
„Parafia wskazała im możliwość skorzystania z konkretnego lokalu na zasadach rynkowych. (…) Obecnie pełnomocnik parafii przygotowuje wniosek do sądu w powyższej sprawie. Jednocześnie powstaje wezwanie o uregulowanie wszelkich należności z tytułu zajmowanego nielegalnie lokalu i niepłaconych mediów” – informuje rzeczniczka.
Zaproponowane mieszkanie można było obejrzeć tylko we wskazanym w piśmie dniu o godz. 20.30. Kobieta, która miała pokazać je państwu Dziurawcom nie potrafiła jednak odpowiedzieć na żadne z pytań, jakie zadawało jej małżeństwo: Do kogo należy ta kamienica? Kto jest jej zarządcą? Jaki jest czynsz? Na każde nasze pytania odpowiadała „nie jestem uprawniona”.
– Pojechaliśmy na miejsce. Oczy nam wyszły z orbit, jak zobaczyliśmy sam budynek. Sama pani widzi, tu luksusów nie mamy, ale tam to ruina, stare okna, drzwi… to nam wystarczyło. Do środka nawet nie weszliśmy – opowiadają.
W pytaniach przesłanych w sprawie państwa Dziurawców do luteranów zapytałam również o ewentualną pomoc, jakiej Kościół mógłby udzielić ludziom, którzy byli z nim związani przez kilkanaście lat.
„Na podstawie informacji uzyskanej w parafii pani Halina Dziurawiec, a także cała jej rodzina, od drugiej połowy lat 90. ubiegłego wieku otrzymała od Kościoła bardzo dużą pomoc, która uratowała ich rodzinną egzystencję. Dzięki pomocy parafii mieli możliwość skorzystania z propozycji zamieszkania w mieszkaniu parafialnym, gdzie za niewielkie zaangażowanie na rzecz parafii mogli korzystać z bezpłatnego lokum” – odpowiada rzeczniczka Kościoła.
Państwo Dziurawcowie od 2002 r. starają się o mieszkanie komunalne. Ich wnioski zawsze były odrzucane.
– A to o kilka złotych przekroczyliśmy dochody, a to mieszkań nie było, albo kolejka duża, albo ktoś w gorszej sytuacji życiowej dostawał – opowiada pan Edward.
Ostatni wniosek złożyli 22 maja br.
Pomoc zaoferował miejscowy społecznik i radny miejski Józef Zawadzki:
– Sugerowałbym nie wyprowadzać się. Skoro państwo mieli tytuł do lokalu jako lokalu służbowego, to siłą nie można ich usunąć, dopóki nie będzie wyroku o eksmisję. A w przypadku takiego wyroku miasto musi udzielić lokalu zastępczego. Proszę przyjść z wnioskiem, postaram się jakoś pomóc – zadeklarował w rozmowie ze mną radny.

Komentarz

To już kolejna sprawa dotycząca ludzi skrzywdzonych przez Kościół, którą opisuję. Kolejny raz bardzo to przeżywam. Boli mnie, że ludzie za bardzo ufają instytucjom kościelnym i ich reprezentantom. Kolejny raz nie mogę zrozumieć sądu, który nie stoi po stronie zwykłych ludzi. Kolejny raz przekonuję się, żeby trzymać się od Kościoła – każdego – jak najdalej.

* zachowano pisownię oryginału pism radcy i rzeczniczki

Facebook Comments
Poprzedni artykułMówili o nich Ciemnogród
Następny artykułBiedny jak Watykan
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).