Zakupy w lumpeksach przestały być powodem do wstydu. Są „eko”, modne i… tanie.

Jeszcze kilkanaście lat temu zakupy w lumpeksie były obciachem. Pamiętam jak mama ciągnęła mnie do szmateksu, a ja nerwowo rozglądałam się po ulicy, upewniając się, czy nikt znajomy mnie nie widzi. Dziś sklepy z używaną odzieżą przeżywają renesans. Ich klientami są nie tylko bezrobotni, renciści i emeryci, ale i panie doktorowe, prawniczki, artystki. Kobiety, które szukają czegoś szałowego, co nie zrujnuje ich portfeli. Lumpeksy, szmateksy, ciucharnie ewoluowały. Z zatęchłych sklepików z górami kłębiących się szmat zmieniły się w eleganckie „second handy”, „vintage shopy”, „galerie mody” i „butiki” ze starannie wyselekcjonowaną, markową odzieżą. Albo ogromne hale, gdzie można znaleźć dosłownie wszystko: różnego rodzaju ubrania i dodatki do nich, zabawki, sprzęt sportowy, naczynia, kostiumy karnawałowe, dekoracje wnętrz, bieliznę, biżuterię, a nawet świąteczne ozdoby i… erotyczne gadżety. To właśnie hale, oprócz ogromu rozmaitości, otwierają przed klientami inny, intrygujący świat. Wchodząc tam, trzeba się liczyć z tym, że już zawsze będzie się wracało.

Świat szmat

Z badań przeprowadzonych przez TNS OBOP wynika, że aż 42 proc. z nas kupuje regularnie w second handach. 13 proc. robi to okazjonalnie. Nie bez powodu polski rynek ubrań używanych jest wart 5–6 mld zł, co stanowi ok. 12 proc. wartości sprzedaży wszystkich ubrań. Rynek ten rośnie szybciej niż sprzedaż tzw. nówek. Ubrania z drugiej ręki najczęściej wybierają tzw. millenialsi, czyli osoby w wieku 25–37 lat (33 proc). Zaraz za nimi (31 proc.) są tzw. boomersi, czyli osoby po sześćdziesiątce. 16 proc. to osoby z generacji 18–24 lata. Świat ciucholandów zdecydowanie opanowały kobiety. Uwielbiają je blogerki, stylistki, a nawet ludzie ze świecznika.
Piosenkarka Monika Brodka, uznawana za jedną z najbardziej stylowo ubranych gwiazd, przyznaje, że spora część jej stylizacji jest efektem wypadów do sklepów z tanią odzieżą. W jednym z wywiadów chwaliła się, że za grosze udało jej się kupić dwie torebki Prady. Dla Izabeli Trojanowskiej lumpeksy to „muzea sztuki”. Aktorka Małgorzata Kożuchowska lubi kupować odzież z drugiej ręki, jednak gustuje w zagranicznych ciucholandach. Twierdzi, że „w Londynie czy Barcelonie to jest dopiero uczta!”. Margaret, jedna z najpopularniejszych piosenkarek młodego pokolenia, również poluje na używane ubrania. Agnieszka Włodarczyk na festiwalu w Międzyzdrojach w 2014 r. zaprezentowała się w dwóch kreacjach z second handu – każda z nich kosztowała 2,50 zł.
Jak złowić prawdziwą perełkę? Pierwszy krok to wejść do lumpeksu.
– Nie chciałam chodzić do lumpeksów. To była dla mnie siara – mówi 23-letnia Ola, sędzia koszykówki z Łodzi.
– Wszystko zmieniło się, kiedy odkryłam, że bez problemu znajduję tam spodnie i spodenki w moim rozmiarze. A mam 183 cm wzrostu – wyjaśnia.
– Zawsze obrzydzał mnie ten specyficzny zapach. Kiedy urodziłam dziecko, okazało się, że nie nadążam z kupowaniem ubrań dla synka. Wydawałam krocie, a nie wszystko spełniało moje oczekiwania. Wtedy przeprosiłam się z second handami. Ubranka są dobrej jakości i tanie – mówi Marta, 39-letnia przewodniczka wycieczek z Krakowa.
– Chodzę do ciucholandów, bo można tam znaleźć dobrej jakości rzeczy w niskich cenach. Jestem już do nich tak przyzwyczajona, że jak widzę ceny w „normalnych” sklepach, to jestem przerażona. Odwiedzam second handy często, chociaż ostatnio trochę się uspokoiłam. Wcześniej byłam w jakimś przynajmniej raz w tygodniu – mówi Ala, 26-letnia studentka medycyny z Łodzi.

Dzień dostawy

Chełm (woj. lubelskie), ul. Wieniawskiego. Czwartek rano. Deszcz i chłód zdają się nie przeszkadzać kilkudziesięciu osobom, które już pół godziny czekają pod dyskontem z tanią odzieżą. Do otwarcia o godz. 8 zostało zaledwie kilka minut. Tłum coraz bardziej się rozrasta. Niektórzy nerwowo spoglądają na zegarki. Obok mnie, mojej siostry, kuzynki i koleżanki („do ciucha” chodzimy w grupie, wtedy jest większa szansa na złowienie prawdziwej perełki), stoją głównie kobiety. Emerytki, urzędniczki, nastolatki, studentki, młode mamy. Wszystkie gustownie ubrane. Widać, że lumpeksy nie mają przed nimi tajemnic. Większość jest tu co czwartek, wiele drugi lub trzeci raz w tym tygodniu.
– Od ośmiu lat tu przychodzę: w czwartki na dostawy, we wtorki na „połówki”, w środy na „złotówki”, a w piątki i soboty z nudów. Tyle rzeczy tu nakupiłam, że chyba sama mogłabym lumpeks otworzyć – śmieje się stojąca w tłumie emerytka.
Rozmowa jest miła, wszyscy się uśmiechają. Za chwilę to się zmieni, ponieważ będziemy dla siebie konkurencją.
W tłumie są też mężczyźni. Niejednokrotnie w roli chodzących wieszaków, dźwigają zdobycze swoich partnerek. Są też młodzi chłopcy. Działają w grupkach, zazwyczaj polują na markowe buty i ciuchy. Są też handlarze. Na nich trzeba uważać. Z impetem wpadają do sklepu, przepychają się, a z wieszaków zgarniają wszystko jak leci.
Jest ósma – słychać chrzęst klucza w zamku. Tłum rusza. Wszyscy chcą jak najszybciej dostać się do środka. Kuzynka śmieje się, że zaraz będzie jak na koncercie: napierający tłum wniesie nas do środka. Najważniejsze, żeby się nie potknąć.
W sklepie trzeba być zwinnym. Szybki chwyt koszyka i każda biegnie w stronę wieszaków. Wcześniej ustaliłyśmy, że ja „atakuję” sukienki, siostra bluzki, koleżanka ubranka dziecięce, a kuzynka torebki i buty. Widzę, że inni mają podobną strategię. Bierzemy wszystko, co w naszym mniemaniu jest ładne i co może pasować na którąkolwiek z nas lub na nasze dzieci i mężów. Znamy dobrze ich rozmiary i wzrost. Potem wymieniamy się łupami.
Dzisiaj jest dobry towar. Mam już kilka kiecek: 12, 16, 18 zł i jedną wyjątkową, ale drogą – za 24 zł. Obok mnie rosły mężczyzna zgarnia prawie cały wieszak ubrań. Nie ogląda, nie szuka dziurek i mankamentów. Na to nie ma czasu. Nie przerywając wertowania ciuchów, obserwuję jak w kącie usypuje cały stos damskich ubrań. Dopiero później spokojnie przegląda je w towarzystwie dwóch kobiet. Markowe odkłada na kupkę „do wzięcia”. Pewnie sprzedadzą je potem w internecie z kilkakrotną przebitką. Ludzie potrafią z tego całkiem nieźle żyć.
„Kupuję ubrania w lumpeksie, potem je piorę, prasuję, fotografuję i wystawiam na aukcji w internecie. Miesięcznie zarabiam na tym 3–4 tysiące złotych” – pisze na forum poświęconym taniej odzieży Agnieszka, internautka z Lublina.

Takich jak ona jest więcej

– Używane rzeczy to dobry interes, a do tego można się pośmiać – mówi Monika, 33-letnia była właścicielka „Kupciuszka”, małego szmateksu, która działalność przeniosła do internetu. – Najzabawniejszą rzeczą, jaką znalazłam przy sortowaniu towaru były chyba męskie erotyczne stringi z głową konia tam, gdzie powinno być przyrodzenie. Przez te wszystkie lata było trochę dziwnych i zabawnych rzeczy – wspomina.
Przy pojemniku z butami kłócą się dwie kobiety. Jedna ma w ręku prawy elegancji kozaczek, druga lewy. Żadna nie chce ustąpić. Od próśb przechodzą do wyzwisk. Pozostałych klientów to nie rusza, przywykli. Nieraz byłam świadkiem agresji i łez w lumpeksie. Kiedyś dwie kobiety się biły; też o buty. Nie ma co się oszukiwać. Tania odzież nie służy przyjaznej atmosferze zakupów. Klienci potrafią popychać się, wyrywać sobie ubrania z rąk, podkradać z koszyków.
– Coś za coś – rzuca wymownie koleżanka, mijając mnie z koszem wypchanym ciuchami.
Zaczynam „nurkować” w koszu z rozmaitościami dla dzieci. W ręce wpada mi Świnka Peppa – 8 zł. Nie zastanawiam się. Nowa jest warta przynajmniej 60 zł. Mam jeszcze ciapy z jednorożcem dla siostrzenicy – 4 zł i poduszkę w kształcie głowy mopsa – 11 zł. Mała będzie zachwycona. W tłumie dostrzegam siostrę – macha ręką. To znak, że już czas. Zbieramy się wszystkie w możliwie jak najwygodniejszym kącie w pobliżu lustra. W wielu dużych ciucholandach nie ma przymierzalni. Dlatego na „shopping” trzeba się odpowiednio ubrać. Najlepiej w leginsy (można wtedy nałożyć spodnie na spodnie) i obcisłą bluzkę, ponieważ łatwo mierzyć na nią inne rzeczy. Torebka przez ramię, bo nie ogranicza ruchów rąk.
W ciucholandzie trzeba uważać na własne ubrania.
– Kiedyś babka wyszła z ciucholandu bez swoich butów. Kiedy przymierzała sandały, ktoś zwinął te, w których przyszła – śmieje się kuzynka.
Po wspólnych przymiarkach, wzajemnym ocenianiu mamy po pełnym koszu ciuchów. Ubrałam siebie, dzieci, kupiłam też coś dla męża. Zapłaciłam 130 zł. To dużo, ale w dzień dostawy towaru jest najdrożej. Czuję gorączkę zakupów.
W sobotę będę już w Łodzi; na ul. Gdańskiej jest wyprzedaż. Wszystko będzie po 2 zł. Kupiłam tam kiedyś buty sportowe „Clarks” za 2,80 zł. W poniedziałek jest towar przy ul. Pomorskiej. Stamtąd mam skórzane, rzemykowe sandałki na obcasie za 27 zł. Drogo, ale nowe; podobne warte są 400 zł. To niejedyne złowione przeze mnie perełki. Do swoich największych zdobyczy mogę zaliczyć torebkę „Chanel” za 9 zł, kurtkę Hugo Bossa za 17 zł, dresy Nike za 11 zł, portfel Louis Vuitton za 7 zł, kurtki przeciwdeszczowe „Guess” dla moich synów – wartość nieznana (cała reklamówka ciuchów kosztowała mnie wtedy 15 zł) oraz dziesiątki sweterków, marynarek, koszul, bluzek, na które z zazdrością patrzą koleżanki z pracy. Wszystko dobrej jakości.
– Jak coś jest w dobrym stanie w ciuchlandzie, a przecież ktoś już w tym chodził, takie zostanie – mówi Urszula, 54-pielęgniarka z Olsztyna.
Ubrania w polskich lumpeksach pochodzą głównie ze Skandynawii (te najbardziej lubię), z Niemiec, Anglii, Danii i Belgii.

Używane znaczy lepsze

Stacjonarne lumpeksy to kropla w morzu odzieży z drugiej ręki. Na popularnych internetowych platformach sprzedażowych w dziale moda można znaleźć nie tysiące, ale miliony aukcji odzieży używanej. Do tego doliczyć trzeba dział „Dla dzieci”. W portalach społecznościowych funkcjonują setki grup skupiających mieszkańców miast, dzielnic i osiedli, których członkowie wymieniają się lub sprzedają ubrania. „Uwolnij łacha” – z warszawskiej Pragi Południe, „Ciuchowisko” z Osiedlowego Domu Kultury Zasole, „SWAP Warszawa – wymiana ubrań” – to tylko
kilka z nich.
Pierwszym koncernem odzieżowym, który postanowił sprawdzić potencjał rynku odzieży używanej jest H&M. Firma niedawno zaczęła testować sprzedaż używanej odzieży przez internet. Eksperci przewidują, że lumpeksy wkrótce wkroczą do centrów handlowych, także w Polsce. Jak wskazuje portal Innpoland.pl, miasta są w stanie pomieścić skończoną liczbę galerii handlowych wraz z kolejnymi sklepami tych samych sieci. Między innymi dlatego second handy rosną w siłę. Ważna jest też cena i… aspekt ekologiczny.
– Czasy mamy takie, że nie chcemy pić z jednej butelki albo z jednej szklanki. Nosimy jednak chętnie ubrania po sobie – komentuje Marta, 44-letnia księgowa z Bydgoszczy. – Ludzie coraz bardziej dbają o środowisko. Nie tylko segregują śmieci, ale kupują ubrania, żeby dać im drugie życie. Wydaje mi się, że ludzie coraz bardziej świadomie robią zakupy – dodaje.

Odzieżowa bomba

Dane na temat wpływu przemysłu odzieżowego na środowisko są zatrważające. Wszystko przez nasze rosnące zamiłowanie do zmieniającej się mody. Tylko w 2014 r. ludzkość kupiła 60 proc. więcej ubrań niż w roku 2000. Powód jest prozaiczny: stać nas. Zachłysnęliśmy się też tanimi rzeczami w sieciówkach, „szafiarkami”, które z YouTube’a mówią nam, co mamy nosić w danym sezonie, a co jest już passé. Niemal 2 mln Polaków kupuje nową odzież przynajmniej raz w tygodniu. Szwedzi kupują 12 kg ubrań rocznie. Ale oni i tak wypadają blado przy mieszkańcach Wysp Brytyjskich, nabywających rocznie na głowę około 50 sztuk (ponad 26 kg ubrań). W skali planety coroczna konsumpcja ciuchów i innych tekstyliów to więcej niż 30 mln ton. Tego nasza planeta na dłuższą metę może nie udźwignąć.
– Produkcja ubrań jest odpowiedzialna za 10 proc. zanieczyszczeń powietrza, 99 proc. ubrań zużywa bezpowrotnie nasze zasoby, nie mówiąc już o tym, że 6 z 10 wyprodukowanych ubrań jest wyrzucanych. W 2017 r. do produkcji ubrań zużyto 79 miliardów metrów sześciennych wody, czyli ilość wystarczającą do wypełnienia 120 jezior Śniardwy. Tkaniny syntetyczne rozkładają się nawet 300 lat, niektóre nie rozkładają się wcale – mówi Aleksandra Jatczak z Łódź Young Fashion 2019, wydarzenia skierowanego do środowiska młodych projektantów mody z całego świata, współtworzonego przez miasto Łódź i Akademię Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego.
Do wyprodukowania jednego bawełnianego T-shirtu trzeba zużyć ok. 2,7 tys. litrów wody. Tyle wystarczyłoby przeciętnemu człowiekowi prawie na cztery lata. Jednak żeby koszulka miała odpowiedni fason, kolor i fakturę, musi wchłonąć ok. 100 ml chemikaliów nieobojętnych dla zdrowia i środowiska. Para dżinsów kosztuje środowisko blisko 14 tys. litrów wody. 40 proc. odzieży dostępnej na rynku produkujemy z bawełny. I choć jej plantacje stanowią zaledwie 2,4 proc. wszelkich plantacji roślinnych na naszym globie, to pochłaniają 25 proc. pestycydów i 10 proc. innych chemikaliów używanych w uprawach roślin. Jeszcze gorzej jest z tkaninami syntetycznymi. Przy ich produkcji wykorzystuje się włókna ropopochodne, które stanowią zagrożenie na etapie produkcyjnym, a ponadto nie rozkładają się. Warto o tym pamiętać, ponieważ zanieczyszczenie syntetykami niszczy morza i oceany w alarmującym tempie – rocznie z powodu ich obecności w wodzie ginie 100 tys. zwierząt morskich.
Projektanci mody, troszcząc się o środowisko, prześcigają się w pomysłach na ubrania z biobawełny, lnu, bambusa i konopi.
– To „szybka moda”, wykreowana przez wielkie koncerny odzieżowe, ma tak katastrofalny wpływ na środowisko. Podczas naszego spotkania zastanawialiśmy się, czy tylko koncerny ponoszą za to odpowiedzialność, czy projektanci też. A może to my, konsumenci, ostatni element tego łańcucha? Konsumenci powinni podejść do mody w sposób bardziej zrównoważony. Nie wymieniać zawartości szafy co sezon, zwracać uwagę na produkty może trochę droższe, ale takie, które przetrwają więcej niż trzy prania i wspierać producentów inwestujących w nowe technologie, np. przetwarzania poliestru, który pozyskuje się m.in. ze starych ubrań. Poliester rozłożony na molekuły może być wykorzystywany wielokrotnie – tłumaczy A. Jatczak.
Wygląda więc na to, że odzież używana jest nie tylko trendy, ale i eko. Do zobaczenia w lumpeksie!

Facebook Comments
Poprzedni artykułPodkarpackie Zagłębie Penitencjarne
Następny artykułKuba Wątły w „Faktach i Mitach”
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).