Z wybitnymi dziełami jest często tak, że są na tyle uniwersalne, że każdy ma prawo odkrywać i poznawać je po swojemu. Bywa, że czytelnicy lub widzowie dopatrują się w nich treści niezamierzonych przez autora. Tak właśnie będzie z najnowszym filmem Tomasza Sekielskiego „Zabawa w chowanego”.

Zacząłem od mocnego komplementu i chyba do końca nie zejdę z tego tonu. Tak, jestem pod wrażeniem tego filmu. Dlaczego? Bo uniwersalizm i wielopłaszczyznowość przekazu jest czymś normalnym w literaturze, np. w powieściach. Bo jest normalna w wybitnych filmach fabularnych. Mało jest jednak utworów dziennikarskich, które dawałyby odbiorcy komfort własnej oceny tego, co ten widzi, słyszy czy czyta. Tymczasem w „Zabawie w chowanego” widz taką możliwość dostaje.

Szacun Panowie!

To najlepszy film, jaki kiedykolwiek zrobił Tomek Sekielski i najlepszy, którego producentem był jego brat – Marek. Twórcy znaleźli dobry pomysł na przedstawienie problemu odpowiedzialności za zbrodnie popełniane przez pedofilów w sutannach. „Odpowiedzialność” napisałem? Błąd! – film mówi właśnie o tym, że tak naprawdę jej nie ma.

Trudno włożyć „Zabawę w chowanego” w ramy jakichkolwiek gatunków dziennikarskich. Dokument, dokument fabularyzowany, reportaż, felieton? Jest ona wszystkim po trosze; i jednocześnie – w czystej formie – żadnym z nich. I nie warto upierać się przy jakiejkolwiek klasyfikacji, bo spór dotyczyłby formy, a nie tego, co w filmie najważniejsze – treści.

Opowieść o losie dwóch braci, którzy padli ofiarą tego samego księdza-pedofila, jest głęboko osadzona w realiach współczesnej Polski. Możemy dzięki niej poznać zwykłe życie, zwykłych pracowników kościelnych zdanych na wolę i zachcianki ich „Pana” – proboszcza. Możemy poczuć demony zła, kotłujące się pod jego sutanną. Możemy zrozumieć mechanizmy, które wykorzystuje duchowny, by zaspokoić swoje chore rządze. Możemy wejść w hermetyczną strukturę Kościoła katolickiego. Jak po skałach stąpamy po skamieniałych sumieniach jego hierarchów i oglądamy kolejne głazy – symbole ich pychy i obłudy. Patrzymy na poddaństwo organów ścigania wobec nich. W końcu jesteśmy w stanie poczuć prawdziwy ból ich ofiar – przegranych już w dzieciństwie, samotnych i załamanych traumą w dorosłym życiu.

Poszczególne wątki opowieści Sekielskiego przerywają piękne i wzniosłe obrazy. W dziennikarstwie telewizyjnym lub sztuce filmowej nazywają się one „przebitkami”. W filmie są to kościoły, mówiąc ściślej ich wieże, a jeszcze bardziej precyzując te obrazy – wieńczące je krzyże. Nie ma w tym pychy, prowokacji, ani zakłamania. Film jest o Kościele i kapłanach Zbawiciela, a krzyż jest przecież symbolem wiary, którą „krzewią”.

Przemyślany scenariusz; świetne zdjęcia; znakomite animacje; wymowna grafika; doskonały montaż; dobra i przemyślana muzyka, która podkreśla nastrój, nie aspiruje jednak by być „samoistnym bytem”. Zrozumieć zawiłości prawne opisywanych wydarzeń pomaga w filmie mec. Artur Nowak, znany z pierwszej produkcji braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Bez niego (też ofiary pedofila w sutannie) ten film nie byłby taki sam.

Tomku, Marku, Arturze, Panie i Panowie, którzy tworzyliście ten film – Szacun!

Wielki dramat małych chłopców

Wszystko działo się przed mniej więcej 20 laty w niewielkim Pleszewie (woj. wielkopolskie, diecezja kaliska). Do miejscowej parafii pw. Ścięcia św. Jana Chrciciela, trafił organista z rodziną. Łącznie 6 osób (4 dzieci i rodzice). Jedno z dzieci, synek był poważnie chory – wymagał stałej opieki i leków. Na „nieszczęście” organista, miał jeszcze dwóch zdrowych synków (Kubę i Bartka). Choć dzieli ich różnica 6 lat, obaj padli ofiarą tego samego księdza-pedofila, który był pracodawcą ich ojca, a przy okazji nadzieją rodziny na godne, choć skromne życie oraz nadzieją na zdrowie ich chorego dziecka. Mieszkali w centrum miasteczka, w starym mieszkaniu o skrzypiących podłogach, z którego okien widać było wieżę miejscowego kościoła.

Wydaje się, że wybór organisty nie był dla księdza-pracodawcy, Arkadiusz H., sprawą „przypadkową”. Wybrał rodzinę, która była całkowicie zależna od jego woli; rodzinę z młodymi, grzecznymi, inteligentnymi, zadbanymi synami. Pracodawca ojca chłopców zaprzyjaźnił się z całą rodziną. Chętnie i często wpadał do ich mieszkania pod pretekstem uczenia chłopców gry na gitarze. „Lekcje” odbywały się w zaciszu najbardziej oddalonego w mieszkaniu pokoju. W rzeczywistości czas nauki był jednocześnie czasem molestowania dzieci – ściskania, obmacywania, całowania, w końcu gwałtów. Wspomniana wcześniej skrzypiąca podłoga, była dla księdza swoistym alarmem. Po usłyszeniu kroków miał kilkanaście sekund na doprowadzenie siebie i dziecka do stanu „niewinności”. Po zaspokojeniu rządzy chętnie obdarowywał malców prezentami – a to samochodem zdalnie sterowanym, a to ciepłymi butami na zimę. Ich dzieciństwo było wypełnione bólem i cierpieniem.

W filmie poznajemy też jeszcze inną ofiarę tego samego księdza – Andrzeja. Został zgwałcony wcześniej, podczas pobytu kapłana w innej parafii – w Sycowie (w woj. dolnośląskie) na terenie tej samej diecezji – kaliskiej. Mechanizmy działań pedofila w sutannie były w sumie podobne.

Zabawa w sprawiedliwość

Ofiar było więcej. Ile? Wiele – tak przynajmniej można wnioskować po wypowiedzi nagrywanego ukrytą kamerą ks. Andrzeja H. który rozmawiając z jedną ze swoich ofiar nie zaprzeczał faktom, ale prosił o doprecyzowanie jej personaliów. Sam miał widać kłopot, by spamiętać wszystkie przez niego skrzywdzone.

O jego skłonnościach wiedzieli wszyscy – rodzice innych „wybranych” przez księdza dzieci (wypowiedzi), pracująca z księdzem siostra zakonna (nagranie), „duchowy ojciec” pedofila – biskup diecezjalny. Wiedzieli wszyscy!!! Jedyną reakcją władz kościelnych na kolejne afery pedofilskie ich „syna i kapłana” było przenoszenie go w coraz to nowe miejsca na terenie tej samej diecezji kaliskiej. Kiedy pokazuje go kamera (nagranie sprzed dwóch lat) – jest kapelanem w szpitalu w Kaliszu – siedzibie kurii biskupiej.

Ów biskup diecezjalny – Edward Janiak, zaistniał już w ogólnopolskich mediach innych niż katolickie. Zanim objął „swoją” diecezję, czyli diecezję kaliską, był biskupem pomocniczym w sąsiedniej – archidiecezji wrocławskiej. Medialnie wypłynął przy głośnej sprawie skazanego za pedofilię ks. Pawła Kani. Kania przed końcem swej kościelnej kariery niósł słowo Boże w diecezji bydgoskiej. Trafił do niej z archidiecezji wrocławskiej (czyli od bp. Janiaka). Później (już w diecezji kaliskiej) ten sam biskup, nadzorował posługę księdza Arkadiusza H. winnego gwałtów na bohaterach filmu Sekielskiego. Kania trafił do Bydgoszczy dzięki pomocy biskupa E. Janiaka. W nowej parafii na terenie nowej diecezji znalazł nowe ofiary. Jedną z nich był Arek. Działo się to w czasie, kiedy przeciwko ks. Kani toczyła się już sprawa karna, czyli biskup Janiak miał świadomość jego skłonności.

Trudno o bardziej wyrazisty przykład troski „ojca” o los swojego „duchowego synka”.

– Nie jest wyłącznie ofiarą księdza Kani. Jest ofiarą systemu Kościoła. Systemu, który umożliwiał przenoszenie księdza-pedofila między diecezjami – mówi w filmie Marta Laudańska, reprezentująca Arka w procesie kanonicznym.

Tylko powiedz wszystkim

To, co pokazali bracia Sekielscy, jest częścią naszej rzeczywistości. Zważywszy na pozycję Kościoła w Polsce – częścią ważną. Ten film po prostu trzeba zobaczyć. Wśród dziennikarzy pojawiają się głosy zarzucające twórcom m.in. niedostateczny obiektywizm. Zapewniam – bzdura! Ludzie i obrazy mówią wszystko, co na ten temat powiedzieć trzeba.

I na koniec coś, co do końca nie wiedziałem czy wypada zdradzać. Chodzi o tytuł filmu. Doskonale opisuje on treść obrazu, ale nie tylko. Jest przy okazji tytułem przejmującej niczym krzyk dziecka piosenki. Wykonuje ją inna ofiara pedofila w sutannie.
Co, spina się wszystko w bolesną całość? No spina… To, o czym opowiada film, wypełnia świat wokół nas. Jest obok, choć nie wszyscy to czujemy. Znam tylko jeden sposób, by ukrócić lub chociaż próbować zmniejszyć to okrucieństwo: nie milczcie! Kadry z dokumentu „Zabawa w chowanego” zabolą Was, jak mnie, ale zapewniam: trzeba go zobaczyć.


Facebook Comments
Poprzedni artykułTeatr jednego aktora
Następny artykułPrawo i sprawiedliwość
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).