Mając 13 lat śpiewała papieżowi, dziś uważa, że Kościół to instytucja szkodliwa. Hanna Gill-Piątek, kandydatka do Sejmu RP – numer 2 na łódzkiej liście Lewicy, opowiada „FiM”, dlaczego chce rozdziału Kościoła od państwa i  pochwala program 500+.

Likwidację Funduszu Kościelnego, opodatkowanie tacy, wyrzucenie lekcji religii ze szkół, zakończenie grandy powoływania się na klauzulę sumienia i wtrącania się Kościoła w sprawy państwa oraz przywrócenie aborcji na żądanie – obiecuje nowa lewica. Jak realnie wyobraża sobie pani te zmiany w ponoć katolickiej Polsce?
Po pierwsze, chcę podkreślić, że Lewica nie idzie na wojnę z osobami wierzącymi, tylko chce wyraźnie oddzielić Kościół od państwa i skończyć z uprzywilejowanym traktowaniem tej instytucji. Jeśli okaże się, że do przywrócenia równości w tym względzie konieczna będzie rewizja zapisów umowy konkordatowej, będziemy to negocjować w ramach przepisów prawa międzynarodowego. Po drugie, nie zamierzamy nikogo odciągać od jego wiary, lecz zapewnić Polakom takie warunki, by sami mogli dokonać wyboru.

To znaczy?
W Polsce Kościół od lat zastępował słabe państwo w wielu jego obowiązkach, był blisko ludzi i dla ludzi w czasie, gdy kolejne władze na tych zwykłych ludzi się wypinały. Jeśli w końcu państwo przestanie się migać od swoich obowiązków, jeśli zacznie do tych ludzi wychodzić, dając im szansę angażowania się i wpływu na sprawy społeczne, to mając alternatywę, oni sami zaczną odchodzić od Kościoła. Co zresztą już się powoli dzieje.

Co konkretnie miałoby robić państwo?
Na przykład wspierać finansowo świeckie organizacje pozarządowe, a nie katolickie. Dziś samorządy często zlecają (i finansują) rozmaite działania społeczne instytucjom kościelnym, a dla organizacji świeckich nie zostaje wiele. Jak zatem mają się one stać alternatywą dla Polaków?

Kiedyś należała pani od Kościoła. Co sprawiło, że pani od niego odeszła?
Mając 13 lat, w 1987 r., byłam w scholi i śpiewałam papieżowi podczas jego trzeciej pielgrzymki do Polski. Zaledwie dwa lata później Kościół dokonał radykalnego antyspołecznego zwrotu. Zaczął zachowywać się agresywnie, reprezentować przemocowe wartości wobec kobiet i słabszych… Chyba już wtedy stwierdziłam, że to nie dla mnie. Kolejny moment nastąpił po urodzeniu syna w 1995 r., czyli po wprowadzeniu najbardziej represyjnej w Europie ustawy antyaborcyjnej. Dla mnie to był szok, że kiedy w Łodzi upadał przemysł, włókniarki szły na bruk, nie miały środków do życia, to jeszcze odebrano im prawo decydowania o własnym ciele i życiu. Rola kobiet została sprowadzona właściwie tylko do rodzenia dzieci… Zajmując się rewitalizacją obszarów zdegradowanych społecznie, widzę skutki tamtych działań Kościoła. Nie mogę się z tym pogodzić i dlatego tak ważny dla mnie jest rozdział tej instytucji od państwa. To się jednak nie stanie, dopóki PiS będzie u władzy.

A jeśli w jesiennych wyborach zdobędzie konstytucyjną większość?
Będzie lansować się jako nowe centrum, zajmujące się problemami zwykłych ludzi. W reżimowej telewizji będą mówili: „na prawo mamy Konfederację, czyli tych, którzy chcą biegać z bronią i mieć jednomandatowe okręgi wyborcze”, „na lewo jest Lewica, czyli ci oderwani od rzeczywistości, biegający z piórkami w tyłkach i pijący sojowe latte”; „jedynie my jesteśmy normalni”. I ci „normalni” będą nam do spółki z Kościołem układać życie. Zapewne też dokonają zamachu na Konstytucję poprzez ograniczanie praw człowieka, w szczególności praw kobiet.

A jeśli do głosu dojdzie Lewica, jak zamierza polepszyć życie Polek?
Tu znowu wracamy do tematu Kościoła, który bazuje na nieustannym wzbudzaniu poczucia winy za to, że mamy jakąś płciowość, seksualność. To poczucie winy pomaga mu w zdobywaniu pieniędzy i utrzymaniu władzy. Dodatkowo wpływając na polityków, Kościół wpływa jednocześnie na kształtowanie prawa. Niedawno na plebanii pod Poznaniem kobieta rodziła dziecko księdza. Ten założył słuchawki na uszy i zostawił ją samą. Dziecko umarło, a ksiądz został uniewinniony. Wygląda więc na to, że w Polsce ciążę „legalnie” można usunąć tylko na plebanii. To, jakim restrykcjom podlegają teraz kobiety powoduje niezliczone dramaty życiowe, korzysta na tym czarny rynek medyczny, handlarze pigułek poronnych i antykoncepcyjnych. Mój postulat to darmowy gabinet ginekologiczny bez klauzuli sumienia w każdym mieście. Na początku wojewódzkim, później powiatowym. Obecnie 15-latka ma prawo do współżycia, ale nie ma prawa iść do ginekologa bez zgody rodziców. Chciałabym uporządkować prawo w tym zakresie. Młodzież powinna mieć również dostęp do wiedzy, dlatego chciałabym zamiast lekcji religii wprowadzić do szkół edukację seksualną. Dla mnie to kwestia zdrowia publicznego.

Sądzi pani, że to się uda przy obecnej, coraz bardziej konserwatywnej polskiej mentalności?
Ta konserwatywność nie bierze się znikąd, ani nie dotyczy wszystkich. Dziś młodzi są często bardziej konserwatywni od swoich rodziców i – moim zdaniem – to wynik tego, że państwo wycofało się z wychowawczej roli edukacji, tym samym czyniąc młodych nieodpornymi na manipulację. Jeśli szkoła nie wychowuje dzieci, wychowa je ulica lub co dziś bardziej prawdopodobne manipulujący przekaz płynący z mediów. Nadzieja w młodych polskich kobietach, bo one mniej się konserwatyzują niż młodzi chłopcy.

Pisowskie 500+ i młode Polki może przeciągnąć na ciemną stronę mocy?
Środowiska feministyczne zauważyły, że te pieniądze z 500+ bardzo pomogły kobietom. Ofiary mężów katów zaczęły od nich odchodzić, poprawiła się ściągalność czynszów w zasobie komunalnym, splajtowały lichwiarskie firmy pożyczkowe. Osobiście 500+ poszerzyłabym o dzieci z domów dziecka, które w tej chwili są tego świadczenia pozbawione. Kiedy w 2010 r. pisałam z Henryką Krzywonos książkę na temat biedy, co czwarte dziecko w Polsce żyło na granicy ubóstwa. Dzięki 500+ to zmieniło się radykalnie, dlatego jestem zwolenniczką tego programu. Na pewno utrzymamy wszystkie obecne zdobycze socjalne, bo jest to normą w krajach cywilizowanych. PiS skrzętnie wykorzystał, że Platforma przegapiła moment, kiedy powinna była podzielić się z ludźmi korzyściami wynikającymi ze wzrostu gospodarczego. My chcemy na tym budować dalej.

Wielu socjologów uważa, że 500+ niczego nie rozwiązuje i nie polepsza, wręcz przeciwnie, powoduje odpływ kobiet z rynku pracy, a najnowsze dane GUS mówią też o wzroście poziomu skrajnego ubóstwa, które uderza głównie w dzieci.
500+ nie tyle spowodowało porzucanie przez kobiety miejsc pracy, co dało im możliwość zrezygnowania z pracy niewolniczej, słabo wynagradzanej i mało przez kogokolwiek docenianej. Co do ubóstwa, to ono zawsze najbardziej uderza w dzieci, zwłaszcza te z rodzin wielodzietnych. A obecnie jest wynikiem tego, że PiS potrafi jedynie dawać świadczenia, ale kompletnie nie dba o to, co dalej. W efekcie mamy obecnie w kraju horrendalny wzrost cen produktów spożywczych w sklepach i automatycznie większą skalę biedy. Przy czym wzrost cen wynika z tego, że nie mamy rąk do pracy, bo Ukraińców, którzy mogliby zbierać te symboliczne kalafiory, trzyma się rok w kolejce po pozwolenie na pracę. Rząd nie uwzględniania też takich problemów, jak choćby wywołujące suszę zmiany klimatu, które wpływają na wydajność rodzimego rolnictwa.

A czy Lewica liczy się z kwestiami ekonomicznymi? Z tym, że budżet państwa nie jest workiem bez dna i nie można z niego wciąż tylko wyjmować?
Lewica doskonale zdaje sobie z tego sprawę, jednak uważa, że czas zaciskania pasa, który mieliśmy w latach wprowadzania reformy Balcerowicza, nie może trwać wiecznie. Po pierwsze, na dłuższą metę tworzy to barierę popytową – ludzi nie stać, by kupować coś ponad dobra najpotrzebniejsze, więc rynek zamiera, a po drugie, osiągnęliśmy już pewien stopień dobrobytu i państwo może sobie pozwolić na większe wspieranie socjalne swoich obywateli. Rzecz w tym, że po trudach okresu transformacji w wielu z nas wciąż żyje duch Margaret Thatcher, który podsyca lęki, że tego, co osiągnęliśmy nie da się utrzymać. Lęk nie jest dobrym doradcą. Chcemy lepiej urządzić to państwo, tak żeby Polacy mieli nie tylko co włożyć do garnka, ale żeby też mieli poczucie, że żyją w normalnym kraju, którego nie muszą się wstydzić za granicą, w którym nie są dzieleni na lepszy i gorszy sort, w którym w sądach nie będzie ważne, z jaką partią się sympatyzuje.

Rozmawiały Katarzyna Wilk-Wojtczak, EK

Facebook Comments
Poprzedni artykułBóg, honor, nienawiść
Następny artykułSen o PRL
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).