„Czy popiół tylko zostanie i zamęt,
Co idzie w przepaść z burzą? – czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,
Wiekuistego zwycięstwa zaranie?”.

Norwidowski czterowiersz, który posłużył Andrzejewskiemu za motto i zarazem zainspirował ostateczny tytuł słynnej, napisanej w latach 40. ubiegłego wieku, powieści „Popiół i diament”, dziś, w piątym roku drugiego kaczyzmu, niesie zbyt duży ładunek optymizmu. Polska szybkimi krokami zmierza ku zamętowi, a właściwie już go osiągnęła. Przynajmniej w sądownictwie.

Po 2015 r. niemała część Polaków w działaniach kaczystowskich rządów dopatrywała się pozytywów. Zwłaszcza że nie spełniły się czarne scenariusze PO o rychłym upadku gospodarki, która miała nie wytrzymać przede wszystkim 500+, obniżenia wieku emerytalnego i podnoszenia płacy minimalnej. Nie tylko wytrzymała, ale początkowo obszary skrajnej biedy faktycznie się zmniejszyły. Kilka milionów obywateli, których Balcerowicz pogrążył w nędzy, zostało dowartościowanych zarówno pieniędzmi, jak i szacunkiem. Pozornym, bo pozornym, ale przecież nawet takiego nie doświadczyli po 1989 r. Z pomiatanych pariasów z dnia na dzień stali się suwerenem. Brzmiało dumnie. Świat, przynajmniej werbalnie, znowu należał do nich – ludu pracującego miast i wsi.

Prezydent Duda obiecał nawet, że „zwyczajni ludzie” napiszą nową konstytucję, a nie, jak obecną, znienawidzone przez PiS elity, już za pierwszego kaczyzmu nazwane łże-elitami, po 2015 r. zaś „gorszym sortem”. Prezydencki pomysł, choć nie został zrealizowany, bo prezes Kaczyński uznał go, zresztą słusznie, za głupi, wielu się spodobał. Jednak najważniejsze było zupełnie co innego. Kaczyści szybko, choć wbrew intencjom, wyrobili sobie opinię złodziei, ale janosikowych, którzy wprawdzie kradną, ale też dzielą się z najbiedniejszymi. Toteż połowa społeczeństwa na nową władzę patrzyła i nadal patrzy z dużą dozą sympatii, a wybacza w zasadzie wszystko.

Nawet ci, którym się bezpośrednio nie poprawiło, odczuwali satysfakcję z gnębienia beneficjentów transformacji. PiS po mistrzowsku obrócił afery na swoją korzyść. Po wpadce premierki Szydło z wysokimi premiami dla członków rządu, kaczyści obniżyli o 20 proc. wynagrodzenie parlamentarzystom i samorządowcom. Zastosowali zasadę „kowalzawinił, Cygana powiesili”, ale najważniejsze, że skoro była zbrodnia, znalazła się kara. W dodatku po raz pierwszy dotknęła polityków, którzy nie cieszą się w społeczeństwie szczególnym szacunkiem. Z wynikiem zaledwie 18 proc. dużego poważania, politycy zajmują ostatnie (31.) miejsce w rankingu zawodów badanych przez CBOS. Jedyna pociecha, że 43 proc. uznaje ten zawód za wart średniego poszanowania, co daje łączny wynik 61 proc. aprobaty. Też najgorszy z badanych, ale oznaczający, że jednak więcej niż połowa społeczeństwa byłaby skłonna posłać do polityki swoje dzieci i wnuki.

Według Polaków, zdecydowanie godniej niż politykiem jest być robotnikiem wykwalifikowanym (3. miejsce i 80 proc. dużego szacunku), a nawet niewykwalifikowanym (24. miejsce i 50 proc.), sprzedawcą w sklepie, sprzątaczką, szewcem (14., 15. i 18. miejsce), nie mówiąc już o strażakach. Obecnie mają największe społeczne poważanie (94 proc. dużego i 6 proc. średniego uznania) i plasują się tuż przed pielęgniarkami, murarzami i tokarzami, górnikami, profesorami uniwersytetu, lekarzami, nauczycielami, inżynierami w fabryce i indywidualnymi rolnikami. Pierwszą dziesiątkę zamykają księgowi z 75 proc. dużego i 21 proc. średniego szacunku dla zawodu.

Najciekawsze są jednak zmiany społecznej akceptacji dla poszczególnych zawodów, które nastąpiły w latach 1975–2019. Największe in plus (25 pkt proc.) dotyczą właścicieli sklepu (wzrost z 45 do 70 proc. dużego szacunku) i rolników (z 51 do 76 proc.), a in minus księży (spadek z 69 do 51 proc.). Widać tu wpływ unijnych dopłat, które uczyniły rolników największymi beneficjentami przystąpienia do Unii Europejskiej. Polacy bowiem cenią i kochają pieniądze. Może dlatego, że nigdy ich nie mieli. Równocześnie, ponieważ mają dużo współczucia i empatii dla upadających, małych, polskich sklepików, które nie wytrzymują konkurencji z sieciowymi marketami, szanują walczących o swoje sklepikarzy. Upadek prestiżu księży jest następstwem ujawnienia ogromnej skali pedofilskich afer oraz filmu braci Sekielskich, który ten przestępczy proceder upublicznił i nagłośnił.

O dziwo, pomimo niewiarygodnej nagonki na sądownictwo, w opinii publicznej zawód sędziego trzyma się mocno. W 2019 r. cieszył się dużym poważaniem u 58 proc. respondentów i średnim u 28 proc. Zaledwie 10 proc. miało mały szacunek do zawodu sędziego, a 4 proc. nie posiadało w tej materii zdania. To klęska PiS i osobiście Ziobry, który tępi sędziów, faktycznie niefortunnie nazwanych „nadzwyczajną kastą ludzi” przez sędzię NSA Irenę Kamińską. Jej słowa, wypowiedziane w całkiem innym znaczeniu i kontekście, od lat są bezczelnie wykorzystywane przez zwolenników „dobrej zmiany” do deprecjonowania wymiaru sprawiedliwości.

Przoduje w tym prezydent Duda, który przy każdej okazji, a nawet bez, mówi o sędziach źle i bez oporów kłamie w żywe oczy. A może ma na oczach bielmo i dlatego nie widzi, że w sądach orzeka już kolejne pokolenie. Stare komuchy zaś są głównie w PiS i z jego rekomendacji w Sejmie, Senacie, rządzie, samorządzie, ale już nie w sądach, bo wyeliminował ich kalendarz. W grudniu 2019 r. prezydent Duda grzmiał: „Sędziowie muszą zrozumieć, że sądy są dla obywateli, a nie obywatele dla sądów. To wynika z konstytucji. Ale wolą chronić siebie nawzajem, rączka rączkę myje”. To uzasadnienie i zarazem usprawiedliwienie rychłego podpisania kolejnej ustawy niszczącej sądownictwo, tzw. ustawy kagańcowej.

PiS jest rozbestwione, bo z Trybunałem Konstytucyjnym poszło łatwo. Prezydent Duda nie przyjął ślubowania od trzech sędziów legalnie wybranych przez Sejm, a przyjął od ich dublerów. Potem już tylko czekał, aż skończy się kadencja kolejnych sędziów i w ich miejsce dał swoich, w tym Przyłębską, którą prezes Kaczyński – w uznaniu zasług kulinarnych – uczynił prezeską TK. Obywatele początkowo bronili Trybunału, ale z czasem nastąpiło zmęczenie. UE też nie wykazywała specjalnej stanowczości. Konsekwencją są skrajnie upolityczniona i nielegalna neo-KRS, roszady w sądach, trąd w Ministerstwie Sprawiedliwości, dwie nowe izby w Sądzie Najwyższym (Dyscyplinarna oraz Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych).

Kiedy już się kaczystom wydawało, że przejęli sądownictwo, obudził się Sąd Najwyższy. Z inicjatywy pierwszej prezes prof. Gersdorf, połączone trzy „stare” Izby w sile 60 sędziów orzekły, że sędziowie powołani przez neo-KRS (a jest już ich dobrze ponad pół tysiąca), powinni powstrzymać się od orzekania, bo wyroki wydane z ich udziałem mogą zostać wzruszone. Natomiast Izba Dyscyplinarna SN w ogóle nie jest sądem według prawa krajowego i unijnego. To przełomowa uchwała. Prawdziwy diament w pisowskiej pożodze.

Zabolało rządzących, bo uchwała połączonych izb ma moc zasady prawnej, co oznacza, że wiąże wszystkie składy SN, a mocą autorytetu wszystkie sądy w kraju. Ziobryści dosłownie się wściekli i oświadczyli, że „uchwała SN z mocy prawa jest nieważna”, a niejaki Kowalski, podsekretarz stanu u Sasina, posunął się do oświadczenia: „ja mam w nosie tych 60 profesorów, bo ja jestem za Polakami. To nie są dla mnie autorytety”, po czym zapowiedział, że „bezkarność kasty, która broni sędziokracji i dyktatury prawników dobiega kresu!”.

Czy jasność, którą wreszcie sprawiła uchwała SN, ustąpi pod wpływem twardego kursu PiS? Odpowiedź jest w rękach suwerena, który na szczęście wciąż zdecydowanie bardziej szanuje sędziów niż polityków.

Facebook Comments
Poprzedni artykułGroteska sądownictwa
Następny artykułMario, Jarosława syn
prof. Joanna Senyszyn
Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).